Pontypool: Najstraszniejszy film o zombie, jaki w życiu widziałam

pontypool-f

Zachęcona listą Best Unknown Horror Movies w serwisie Horror-Movies.ca, obejrzałam Pontypool. Na owej liście film wylądował na wysokim miejscu drugim, a w krótkim opisie autor tekstu stwierdzał, że to produkcja najbliższa klasycznemu stylowi George’a Romero i że bez dwóch zdań znajduje się ścisłej TOP20 jego ulubionych filmów o zombie/infekcji. Nie potrzebowałam większej zachęty – w końcu a) to serwis o horrorach, b) pisze to koleś, który z dużym prawdopodobieństwem zna się na rzeczy, c) wyraża się w samych superlatywach na temat jednego z moich wszechulubionych rodzajów filmów.

Gdy dodatkowo obejrzałam trailer – powoli budujący napięcie, pokazujący spokój zakłócany przez niewiadome, niepokojący aż do granic – zaczęłam zacierać rączki. Uwielbiam filmy o zombie, ale uwielbiam też, gdy mają one nieco więcej sensu niż bezmyślną sieczkę i radosne przedzieranie się przez kolejne hordy. Uwielbiam np. niedawny remake Dawn of the Dead, bo w dużej mierze pokazuje napięte relacje pomiędzy bohaterami, zombie traktując jako katalizator rosnących konfliktów. O krok dalej w tym kierunku idzie serialowy The Walking Dead, też jeden z moich faworytów. Ale to, co zobaczyłam w Pontypool bez dwóch zdań umieszcza go w ścisłej czołówce moich ulubionych zombie-filmów.

Absolutnie nie mam zamiaru zdradzać szczegółów fabuły – trailer powinien wystarczyć, by zachęcić do obejrzenia (radzę najpierw obejrzeć). Powiem tylko, że film jest niezależną produkcją kanadyjską, adaptowaną z powieści pod prawie tym samym tytułem przez samego autora (podobno w 48 godzin), i jest doskonałym przykładem prawdziwego kina grozy – którego obecnie można szukać ze świecą. Sposób, w jaki Pontypool buduje napięcie – słowem, dźwiękiem, muzyką, niby nic nie znaczącym ujęciem, zwykłym, codziennym dialogiem, i przede wszystkim: niespiesznie, po kolei – nie tylko fantastycznie pozwala wczuć się w sytuację bohaterów, ale niemal namacalnie odczuć, jakie to wszystko ma znaczenie. Fakt, że bohaterowie pozbawieni są jedynego zmysłu, który pozwoliłby im w to uwierzyć – wzroku – powoduje, że widz razem z nimi nie ma zielonego pojęcia, czego się spodziewać. Nie mają na niczym kontroli, nie mogą nic zrobić. Zaś skrawki wiedzy, którą krok po kroku zdobywają, malują obraz przerażającego, mrożącego krew w żyłach końca. Umiejętne z zabawy z kamerą dodatkowo podsycają atmosferę, skupiając się na postaciach, na wyrazie ich twarzy, na ICH przerażeniu – nie na tym, by przerazić widza. I naprawdę, zazwyczaj na tego typu filmach się nie boję. Zazwyczaj nie ma czego. Ale przy Pontypool, w którym pozornie nic się nie dzieje, zastanawiałam się, czy nie wyłączyć filmu i nie skończyć go rano…

Oczywiście nie powinnam musieć dodawać, że nie byłabym w stanie tak mocno w to uwierzyć, gdyby nie fantastyczna gra aktorska. Aż żałuję, że odgrywającego główną rolę Stephena McHattie’ego nie spotkałam wcześniej w żadnym innym filmie.

Uwielbiam w horrorach napięcie – o wiele, wiele bardziej niż kolejne zaskakujące potworności, fruwające flaki czy bezsensowną, niczym nie uzasadnioną przemoc. Oczywiście, film, który idealnie wyważa te dwie proporcje również znalazłby się na liście moich ulubieńców. Pontypool od wczoraj stał się zaś idealnym przykładem filmu, który wie, jak przestraszyć widza. Nie przez krew, wnętrzności i krzyk – ale przez cichą, spokojną i zatrważająco niepokojącą świadomość, że coś nieuchronnie się dzieje. Jeśli więc macie ochotę zobaczyć horror, który straszy i nie robi tego w sposób oklepany na dziesiątą stronę, a zamiast tego wraca do korzeni – polecam Pontypool. 90 minut dobrze wykorzystanego potencjału piechotą nie chodzi.