Nie byłabym sobą – nawet będąc w trakcie blogowego urlopu – jeśli nie napisałabym nic o zombie. Tym razem okazja trafiła się sama wraz z premierą prequelowego spin-offu The Walking Dead, czyli Fear the Walking Dead. Serialu o zombie, jakiego jeszcze nie widzieliście: idealnego dla miłośników dramatów obyczajowych z nutą niepokoju na marginesie życia.

Jeśli ten opis nie mówi Wam jeszcze, na jaki serial zapowiada się Fear the Walking Dead, możecie się jeszcze mocno zdziwić. Jeśli Wam mówi – albo jeśli czytaliście wczesne recenzje wypuszczone w sieć – powinniście wiedzieć, czego się spodziewać. Otóż jeżeli jesteście fanami Żywych trupów i oczekujecie hord nieumarłych często i gęsto otaczających bohaterów z wszystkich stron – albo, co gorsza, najlepiej bawicie się przy pokręconych akcjach w Z Nation – zapomnijcie o Fear the Walking Dead. Jeśli wierzyć pilotowi, ten serial, owszem, opowie Wam o początkach postapokalipsy zombie w Stanach Zjednoczonych, ale najpierw skupi się skomplikowanych losach rodziny z problemami, przez których pryzmat będziemy poznawać zmieniający się krajobraz Los Angeles. I wiecie co jest w tym najfajniejsze? Że przez większość 60-cio minutowego odcinka nawet nie tęskniłam za dreszczykiem emocji i skokami napięcia towarzyszącym zwykle spotkaniom z nieumarłymi. Wystarczyło mi zwykłe kibicowanie głównym bohaterom w ich zwykłych-niezwykłych celach i chłonienie powoli sączącego się z tla poczucia niepokoju.

Nie wiem, czy kiedyś pisałam to oficjalnie, ale jeśli o mnie chodzi, nie ma dobrej historii o zombie bez ciekawych, angażujących bohaterów. Z tego powodu bardzo rzadko oglądam niszowe filmy klasy B, w których postacie bohaterów są zazwyczaj pretekstem do przejścia w krwawą jatkę. Zupełnie nie o to w historiach o zombie mi chodzi. Prawdziwy horror i prawdziwe napięcie wynika dla mnie z faktu, że mam czyje losy przeżywać, o kogo się martwić i komu kibicować. Scenariusz jest tu więc kluczowy, podobnie jak dobre aktorstwo czy odgórnie przyjęta dramatyczna konwencja produkcji. The Walking Dead pozostaje pod tym względem moim niedoścignionym ideałem – bo świetnie łączy elementy dramatyczne z dynamicznym horrorem – z kolei Fear the Walking Dead skłania się raczej ku horrorowi nastrojowemu, siejącemu niepokój i lęk bardziej niż pobudzającą do akcji adrenalinę. Potwierdzeniem tego niech będzie fakt, że faktycznych nieumarłych widzimy w pilocie łącznie może w ciągu niecałych dwóch minut – reszta czasu poświęcona jest na stopniowe budowanie sympatii do bohaterów oraz atmosfery niepewności, która niezauważenie wprosiła się do Los Angeles.

Akcję pilota zaczynamy w towarzystwie Nicka (Frank Dillane), młodego narkomana, który jako pierwszy znany nam bohater przeżywa bliskie spotkanie z zarażoną osobą. I niech powiem Wam już na początku: sekwencja jego obudzenia, poszukiwań towarzyszki oraz następującej chwilę później ucieczki to jedna z najlepszych rzeczy, jakie widziałam w amerykańskiej tv. Duszne, ograniczone przestrzenie (nawet po wybiegnięciu na zewnątrz), odrobinę spowolnione tempo oraz przede wszystkim kamera ściśle nie odstępująca bohatera na krok wytworzyły niesamowitą atmosferę paniki w samym środku miasta o poranku, wyznaczając przy okazji klaustrofobiczną charakterystykę zdjęć całemu serialowi. Zakochałam się w nich od pierwszego wejrzenia i z największą przyjemnością wyłapywałam potem każdą powtórkę z rozrywki. Opowiem o tym jeszcze raz przy okazji omawiania dalszej fabuły, ale mówię Wam, zwróćcie uwagę na zdjęcia, bo ich użycie jest w tym pilocie mistrzowskie i bez nich cała ta historia wiele by traciła.

fot. AMC

Tymczasem losy Nicka szybko krzyżują się z jego rodziną – matką Madison (Kim Dickens), jej mężem Travisem (Cliff Curtis) oraz córką Alicią (Alycia Debnam-Carey). Już w pierwszych domowych scenach doskonale widać, że pomimo bycia jednostką zbudowaną z dość standardowych elementów – mąż ma syna z poprzedniego małżeństwa, córka to zbuntowana, choć lepiej powiedzieć: zrezygnowana nastolatka, matka zamartwia się losami wiecznie nieobecnego syna – stanowią dość zgodną i nieźle funkcjonującą rodzinę. Jest tu faktyczna miłość na dobre i na złe, coś, co w serialach zawsze mnie urzeka. Zdecydowanie przyjemniej ogląda mi się ludzi udzielających sobie wzajemnego wsparcia, więc partnerską, równoprawną relację Madison i Travisa załapałam natychmiastowo. Bo hej, jak można nie czuć sympatii do bohatera, który przywozi zmęczonej żonie ubranie na zmianę, nawet, jeśli wybrał nie pasujące do zestawu buty? To Travis jest również osobą – nauczyciel literatury, a zatem człowiek lubiący doszukiwać się drugiego dna – która z chaotycznych zeznań przerażonego swym domniemanym szaleństwem Nicka stara się przesypać fakty od zwidów.

Głównym skupieniem odcinka pozostaje zatem kryzys rodzinny: czy Nick tym razem da sobie pomóc i przejdzie przez detoks? Jak poszczególni członkowie rodziny radzą sobie z takim życiem na krawędzi? Co mają zrobić, by tym razem naprawić sytuację? Każde z nich jest wyraźnie, na swój sposób, zmęczone powtarzającym się scenariuszem znikania Nicka, i każdy na swój sposób radzi sobie inaczej. Alicia powtarza jak mantrę, że jeszcze tylko rok dzieli ją od wyjazdu na studia i szuka odskoczni w spotkaniach z chłopakiem. Madison po raz kolejny wpada w ten sam wir martwienia się o syna, bo jako matka – co innego ma zrobić? Travis poszukuje odpowiedzi w być może błędnym przesądzeniu, że pomagając Nickowi, będzie w stanie załatać problemy ze swym biologicznym synem. Z wyjątkiem sceny początkowej, wchodzimy w te dramaty jak w środek wycinka codzienności, który we własnym tempie prezentuje nam kolejne obyczajowe problemy. Miałam podczas tych fragmentów ciekawe wrażenie, że zasadniczo mogłabym po prostu ogladać historię tych ludzi i też byłabym zadowolona. Na szczęście oglądamy jednak serial o początkach epidemii zombie, więc Fear the Walking Dead nie trzyma nas długo w oczekiwaniu.

Nie trzyma – jednak robi to w sposób zupełnie odmienny od ewentualnych przyzwyczajeń. Zapomnijcie o tych wszystkich filmach, w których grupa lekkomyślnych nastolatków wpada na przypadkowego umarlaka i od jednego ugryzienia robi się masakra. Zapomnijcie o krawych masowych atakach i dźwięku łamanych kości. Właściwie zapomnijcie nawet o elemencie strachu, bo tak naprawdę nie ma się jeszcze czego bać. Z założenia jesteśmy w tym odcinku tak zabasorbowani kryzysem rodzinnym bohaterów, że tylko patrząc na margines wydarzeń będziemy w stanie dodać sobie dwa do dwóch. Jakiś dzieciak przychodzi do szkoły z nożem, bo z zasłyszanych spoza Los Angeles doniesień odrobił swoją matematykę i chce być przygotowany. W mieście pojawia się coraz więcej plakatów z zagionymi osobami. Policja robi obławę na człowieka, który nie chce potem paść od kilkunastu strzałów w klatkę piersiową. Wszystko to w odcinku obserwujemy, ale wydarzenia te rozrgywają się tylko gdzieś kątem oka. Nawet kamera – i tutaj wracamy do technikaliów – celowo ogranicza nam pole widzenia, potęgując rozproszenie bohaterów nie zwracających uwagi na czynniki dziejące się poza sferą ich problemów. Jest w tym pilocie świetna scena rozmowy w samochodzie, w której co chwila skupiamy się na postaci innego rozmówcy, podczas gdy za oknem widać i słychać początki niecodziennej sytuacji na drodze. Aż chciałoby się ubłagać kamerzystę, żeby pokazał nam, co się dzieje – ale nie, w napięciu musimy przeczekać, aż bohaterowie wydostaną się ze swojej bańki.

fot. AMC

Jeśli chodzi o mnie: mi to gra. Zdecydowanie czułam ten zabieg, zdecydowanie czułam stopniowo zagęszczającą się atmosferę, zdecydowanie popłaciła według mnie w kulminacyjnej scenie odcinka, gdzie zagrożenie widzimy w końcu czarno na białym. Przez praktycznie 50 minut poczułam się autentycznie wciągnięta w tą rodzinną dramę i jak wspomniałam, nawet nie tęskniłam za żadnym dreszczykiem emocji. Wręcz przeciwnie, każdy sygnał, że dzieje się coś nie tak odczuwałam ze zdwojoną siłą, bo był tak sporadyczny, i przez to jeszcze bardziej podkręcony. Również bohaterowie są teoretycznie strasznie zwyczajni, nie ciągnie ich jakieś wielkie przeznaczenie, nie mają wielkich planów, nie posiadają nawet specjalnych, wyróżniających ich umiejętności – ale właśnie to dodaje tej rozwijającej się w tle epidemii takiego smaczku. To właśnie uwielbiam w historiach zombie: zwykłych ludzi borykających się z niezwykłym problemem. W The Walking Dead już na starcie mieliśmy policjanta – tu mamy parę nauczycieli z dziećmi.

W tej zwyczajności tkwi moim zdaniem największa siła tego pilota – która jednocześnie jest również jego największą wadą. Niezależnie od tego, czy lubi się zombie, czy nie – a Fear the Walking Dead może być dla niektórych świetnym wprowadzeniem w gatunek – cała sprawa rozchodzi się o to, czy postacie bohaterów i ich prywatne dramy przypadną nam do gustu. Doszły mnie do słuchu już pewne marudzenia, że zasadniczo wszystko ok, jest klimat i niepokój, ale ciężko poczuć związek z protagonistami. Nie oszukujmy się: to nie będzie serial dla każdego (miłośnika zombie). Dla niektórych tempo będzie zbyt wolne, akcja zbyt drętwa, dialogi zbyt przegadane. Fakt, w paru miejscach takie są; to w końcu pilot, który w pierwszej kolejności chce nam przekazać jak najwięcej istotnych informacji. Wydaje mi się jednak, że nawet kilka przeciągniętych rozmów wychodzi temu odcinkowi na korzyść, kiedy atmosfera zaczyna się w końcu zagęszczać. Musimy przecież poznać świat, którego stopniowe zniszczenie będziemy później obserwować. Ja to kupuję. Jestem tym pilotem, jeśli nie zachwycona, to z całą pewnością usatysfakcjonowana. Z opisów kolejnych odcinków wynika też, że akcja może nas zaskoczyć szybciej niż się tego spodziewamy. Zobaczymy.

Decyzję pozostawiam Wam. Z całą pewnością nie jest to The Walking Dead, przypuszczać też można, że nie poznamy faktycznych detali powstania epidemii, jednak Fear the Walking Dead robi dokładnie to, co zapowiedział: pokazuje początki końca świata. Pokazuje w sposób klimatyczny, unikalny, inny niż wszystkie. Polecam obejrzeć chociażby tylko dla zaspokojenia ciekawości, z jak innej strony można było jeszcze zabrać się za zombie. Nie mam złudzeń, że wszystkim się spodoba, ale hej, po to mamy już trzy seriale o umarlakach, żeby było w czym wybierać. Ja pożeram je wszystkie.

  • Marcin Segit

    Strasznie dużo literek o dość nudym pierwszym odcinku. Ponoć dalej jest lepiej. :)