Żegnaj, Nibylandio, witaj przerwo

Lubię świąteczne przerwy w nadawaniu seriali. Może nie uwielbiam ani ich nie oczekuję, ale zawsze cieszę się na myśl, że może uda mi się w te kilka krótkich tygodni wcisnąć jakiś inny tytuł. Albo dwa. Poza tym, to czas jesiennych finałów, a jesienne finały okazały się w tym roku nadzwyczaj udane.

Zakładałam, że do czasu zimowej przerwy wytrwam przy większości wybranych z premedytacją seriali. Nie moja jednak wina, że do Witches of East End wpakowano wór trudnych do uwierzenia głupot, American Horror Story: Coven zrobił się zbyt nudny, żeby chciało mi się nadrabiać trzy zaległe odcinki, a Atlantis zmęczył mnie ciągłym powtarzaniem tych samych schematów. Może wrócę do tych seriali w przyszłym roku, może. Na pewno jednak nie będę się nudzić oglądając wszystkie pozostałe, bo smakowite twisty i emocjonujące cliffhangery to było to, co tygryski lubią najbardziej. I żeby było zabawniej, najciekawiej pod tym kątem zaprezentowały się oba baśniowe mashupy. Spoilery.

Żegnaj, Nibylandio

Muszę powiedzieć, że z wielkim żalem powitałam powrót bohaterów Once Upon a Time do Storybrooke – a z jeszcze większym pożegnałam postać Piotrusia Pana, bo jego śmierć oznacza koniec cotygodniowego oglądania Robbiego Kaya. Pomimo powszechnych narzekań, uwielbiałam mroczną, dżunglową Nibylandię, bo dawała mi iluzję ciągłości fabularnej, przygodowego klimatu i stawek, których male miasteczko w stanie Maine nie jest w stanie mi wystarczająco uwiarygodnić. I tak ciesząc się z sukcesu bohaterów – w końcu dobro zawsze zwycięża zło, prawda? – żal ściskał mnie za serce na myśl, że skończyło się rumakowanie. Z drugiej strony mam jednak wrażenie, że scenarzyści nieźle ten ruch przemyśleli, nie wracamy bowiem do tego samego Storybrooke. Zanim ujawnił się ostateczny kształt tego finału, po kilka razy zdążyłam wyobrazić sobie Tink jako naczelną wróżkę baśniowej społeczności, jej intrygującą relację z Hookiem – bo teraz już sama nie wiem, której jasnowłosej kibicować u boku pirata – a na dodatek dalszy rozwój świetnej, damskiej przyjaźni pomiędzy Belle a Ariel. Nowa dynamika wśród (nowych) postaci to coś, co Once Upon a Time przyda się z nawiązką, bo stare dobre konflikty ciągnące się od początku serialu zdążyły już oklapnąć. To wszystko z uśmiechem wyobrażałam sobie przez dobre ponad pół odcinka, kiedy nagle okazało się, że Storybrooke znika na amen, a wszyscy baśniowi bohaterowie powracają do krain swojego pochodzenia.

Niezła niespodzianka – niezła, ale oczywiście wiadomo, że nieprawdziwa, bo Emma i Henry na pewno odzyskają swoje wspomnienia, bohaterowie znów się odnajdą, i znów wspólnie będą pokonywać magiczne przeszkody. Nie jest istotne jednak, czy sytuacja wróci do normy, ale jak jej się to uda i jakie będą tego konsekwencje. Nie wiem więc, jak Wy, ale ja jestem ogromnie ciekawa pierwszych odcinków po przerwie. Każde odświeżenie koncepcji będzie dla tego serialu korzystne, każda zmiana – w domyśle: na lepsze – będzie przeze mnie mile widziana. I choć z marcowych zapowiedzi wynika, że Storybrooke ma się dobrze, tak wprowadzenie Złej Czarownicy z Zachodu, której obecność zjednoczy przyjaciół i wrogów przeciwko wspólnemu zagrożeniu, to wyjątkowo ciekawy i barwny pomysł nawet jak na Once Upon a Time.

Trudno też uwierzyć, że twórcy naprawdę postanowili wypisać Rumplestiltskina ze scenariusza – i bynajmniej nie dlatego, że to Rumplestiltskin, ale dlatego, że to przecież wypisuje z serialu Roberta Carlyle’a, chyba jedyną bezapelacyjnie uznaną gwiazdę w tej ekipie. O ile więc historia jego bohatera nie mogła skończyć się w lepszy, bardziej odpowiedni sposób, tak pożegnanie Carlyle’a niekoniecznie wydaje się decyzją trafną. Skończy się na tym, że scenarzyści zapędzą się w kozi róg – przywrócenie bohatera do życia to pewnie tylko kwestia machnięcia różdżką, ale ciągnięcie jego historii na siłę, kiedy zatoczyła już pełen, idealnie namalowany krąg, stwarza ryzyko przeskakiwania rekina. O statusie aktora póki co ani widu, ani słychu, ale twórcy mgliście zdążyli już zasugerować, że jakaś obecność jest na rzeczy (i co więcej, nie tylko samego Rumpla). Póki co nie wiem, co o tym myśleć. Chciałabym wierzyć, że to jednak prawda – byłby to jak na ten serial odważny krok – ale z drugiej strony za bardzo przywykłam do jego miałkich rozwiązań, by mi się ta wiara utrzymała.

Tak czy inaczej, „Going Home” zaskoczył. Bardziej, niż się spodziewałam.

Nieoczekiwana zamiana miejsc

Tymczasem w porównaniu do Once Upon a Time, spinoff w Krainie Czarów nabrał tempa jak nic, co wcześniej widziałam. Przede wszystkim muszę wyraźnie powtórzyć, po średnich wrażeniach z pilota, już drugi odcinek przygód Alicji pozwolił mi uwierzyć, że mogą z tego serialu wyjść ludzie. Kolejne perypetie bohaterów oglądałam więc z autentyczny zaangażowaniem, co tydzień praktycznie modląc się o nie skasowanie mi dalszej przyjemności. Przy okazji nazwałam Once Upon a Time in Wonderland produkcją lepszą od swojej matki – mającą ciekawszych bohaterów, podejmującą ciekawsze wyzwania i poruszającą ciekawsze tematy – a jesienny finał jak nic pokazał, że najwyraźniej mającą znacznie ciekawsze plany na przyszłość (o ile ta przyszłość w ogóle nadejdzie). Oto bowiem już 8-my odcinek wywraca dotychczasową rzeczywistość serialu do góry nogami, nie tylko zachęcając Czerwoną Królową do odsłonięcia wszystkich swoich kart, ale zamieniając miejscami sytuację dwóch najważniejszych mężczyzn w życiu Alicji. I choć nie wiem, czy będzie mi się podobać oglądanie u jej boku szlachetnego Cyrusa zamiast cynicznego Waleta, to zdecydowanie podoba mi się fakt uczynienia tego drugiego dżinem. Już mogę sobie wyobrazić te dziesiątki wiązanek określających jego dobitny stosunek do swoich nowych okoliczności – choć w zasadzie i tak wystarczy mi jedno dobre bloody ‚ell.

Zamiana miejsc w ciekawy sposób zmienia też formułę serialu – Alicja nadal będzie przecież kogoś poszukiwać, tylko w innym towarzystwie, ale w użeraniu się z Jafarem pomocy użyczy jej prawdopodobnie Czerwona Królowa. Strasznie podoba mi się fakt, że obie panie się nie lubią, ale strasznie też cieszy, że najwyraźniej zostaną zmuszone do współpracy. Ten prosty fakt może nam dużo powiedzieć o jednej i drugiej – zwłaszcza o tej drugiej, bo jak to w baśniowych serialach ABC bywa, to złe królowe są w nich najciekawszymi postaciami – z niekłamanym zainteresowaniem oczekuję więc dalszego rozwinięcia tej sytuacji. Ogólnie rzecz biorąc, to naprawdę nie jest serial tak zły, jak o nim mówią – trzeba mieć tylko odrobinę wiary.

Komiksowe odkrycia

A będąc przy serialach nie tak złych, jak o nich mówią – pewnie już słyszeliście, że od pewnego czasu Agents of S.H.I.E.L.D. z odcinka na odcinek robią się coraz lepsi. Robią się tak na tyle skutecznie, że w 10-tym próżno było szukać chociaż jednej sceny, bez której lekką ręką mógłby się obejść. Dobre, zwyczajne dialogi nie sprawiające wrażenia na siłę pisanych na kolanie zrobiły na mnie chyba najlepsze wrażenie, choć docelowo miał nim być raczej wybuchowy cliffhanger. Dużo rzeczy zdarzyło się na tytułowym moście, dużo też na nim odkryto już w trakcie wymiany – ale najwyraźniej tak się zapatrzyłam w owe niespodzianki (tudzież widoczne gołym okiem idiotyzmy takie jak pozycja snajperska zasłaniająca praktycznie cały widok), że zupełnie nie przewidziałam nagłego zwrotu akcji. I choć tak naprawdę odkrycie prawdy stojącej za zmartwychwstaniem Coulsona wcale mnie jakoś nie fascynuje – winię za to wszystkie dziewięć odcinków wcześniej – to zwykła matematyka podpowiada mi, że teraz będzie jeszcze lepiej. Bo ja cały czas, ciągle i nieprzerwanie mogłabym ten serial lubić nawet bezkrytycznie.

Znacznie mniej zaskakująca była z kolei jesienna końcówka komiksowej konkurencji. Dla oglądających Arrow fanów DC nie było pewnie niespodzianką odkrycie, że dawny przyjaciel Olivera stanął przeciwko niemu – zapewne czekali na to od momentu poznania jego imienia – za to ja poznałam tę prawdę dopiero po przeczytaniu wpisu na Wikipedii, na którą pewnego dnia zaprowadziła mnie ciekawość. Gdybym poczekała te dwa, trzy tygodnie, pewnie miałabym z tego finału znacznie większą frajdę – na ten moment najjaśniejszych punktem „Three Ghosts” była Moira Queen pokazująca Malcolmowi Merlynowi przysłowiowy palec. No i oczywiście zakochałam się w Barrym Allenie bezgranicznie i teraz z niecierpliwością wyczekuję kolejnej serialowej odsłony przygód komiksowego bohatera, o którym nie mam bladego pojęcia.

Podróbki i przynęty

Za to to, co działo się w ostatnim Person of Interest zasługuje na jakieś podium. Trudno jeszcze ochłonąć po wydarzeniach z ostatnich trzech odcinków, które dosłownie wgniotły proceduralną formułę tego serialu w ziemię i zdeptały ją jeszcze na wszelki wypadek, a w kolejnym, pozornie najbardziej zwyczajnym na świecie, zostaliśmy poczęstowani bombą, która rozsadza całą naszą wiedzę od środka. Od zawsze uwielbiałam poznawać kolejne warstwy intrygi, która na początku zaczyna się tylko od wierzchołka góry lodowej, ale odkrycie drugiej Maszyny i innych tajnych rządowych programów (wśród których Prism jest tylko przynętą) tym razem było jak kubeł zimnej wody. Nie przypominam sobie, by wcześniej pojawiła się jakakolwiek przesłanka sugerująca istnienie tak głębokich tajemnic. W takich sytuacjach zawsze istnieje ryzyko, że serial przesadzi, próbując wcisnąć nam zbyt wybujały kit, ale w oglądając „Lethe” nawet mi przez myśl nie przeszło, że mogłabym go nie przełknąć. Wszystko chyba dzięki Finchowi, którego niepokojąco stoicka mina wzbudziła we mnie przeczucie, że doskonale o istnieniu Samarytanina wiedział…

Warto też wspomnieć, że mało kiedy udaje się tym złym tak pięknie wystrychnąć bohaterów na dudka. Sposób, w jaki Kontrola zagrała im na nosie dokładnie tak jak chciała był mistrzowski, zresztą nie mówiąc już o tym, że istnienie drugiej Maszyny odbiera Finchowi i spółce świadomość bycia właśnie bohaterami – tymi, którzy dokonują rzeczy niemożliwych. W rzeczywistości, w której ich kreacja nie jest jedynym takim bytem na świecie, przestają być wyjątkowi i niepowtarzalni. Jestem wybitnie ciekawa, jak odbije się to przede wszystkim na Finchu, który już od kilku odcinków z trudem znosi fakt, że jego Maszyna nawiązała zupełnie inną więź z osobą, którą uważa za wroga. A będąc przy Root – czy mamy zatem początek owej wojny, którą już od pewnego czasu wieszczy? Aż trudno zliczyć, ile świetnych wątków zrodzić może ten finał, a nie wspomniałam nawet o interfejsie Maszyny coraz bardziej przypominającej neurony w mózgu…

Wiem, że już polecałam ten serial – ale jeśli go jeszcze nie spróbowaliście, to naprawdę, spróbujcie.

Ciąg dalszy podsumować nastąpi, a w międzyczasie jakie Wy macie wrażenia z jesiennych finałów?

  • Nie przeczytałam fragmentu odnośnie Wonderland, bo jeszcze nie nadrobiłam, ale a’propo OUaT to mam własną teorię, jak przywrócą Rumple’a: jego cień. Co Ty na to?
    A tak w ogóle to OUaT miało jeden z najlepszych finałów, jakie kojarzę. Ten serial w ogóle miewa dobre finały. Nie wstydzę się przyznać, że się popłakałam. Also: biedny Hook, tak go spuściła na koniec po brzytwie :D

    • Ja bym za Rumplem w ogóle nie tęskniła, najchętniej naprawdę zostawiłabym go tam, gdzie jest teraz – ale jeśli już ma wrócić, to cieniem się nieźle zabezpieczyli ;)

      • Ja tęsknię o tyle, że usunięcie z serialu Roberta to strzał w kolano. Z drugiej strony, jak sama napisałaś, postać Rumple’a zatoczyła już cudowne koło pod względem rozwoju postaci. Nie ma już gdzie tego pociągnąć.

  • Bloody ‚ell! Walet jest chyba najciekawiej stworzoną i najlepiej zagraną postacią z obu serii. Chociaż może remisuje z Hookiem

  • noida

    Zaczęłam Person of Interest, ale po jakichś 3 odcinkach chyba odpuściłam, bo wydał mi się takim sobie proceduralem. Mówisz, że to błąd?

    • Może nie błąd – ale szczerze zachęcam, żebyś spróbowała jeszcze raz :) Na początku to niestety jest procedural, ale nawet w pomiędzy sprawy tygodnia potrafi wprowadzić dobrze napisane wątki osobiste. Później z kolei będziesz zaskoczona, że główny story arc rozwija się tak pięknie, że serial staje się w zasadzie proceduralem tylko w co którymś odcinku ;)

      • noida

        Znaczy się podobnie jak Fringe? Kurczę, tyle seriali, tak mało życia ;)

  • Dopiero wczoraj nadgoniłem zaległości w OUaT. I mam pytanie, bo nie zwróciłem uwagi, czy oni zdążyli wyleczyć księcia?