Zagubieni na Ziemi 2

Lata 90-te były dla serialowego science-fiction czasem obfitości. Kolosom takim jak Star Trek: Następne pokolenie bądź Babylon 5 towarzyszyły znane i lubiane produkcje pokroju SeaQuest DSV, Gwiezdnej eskadry czy później Stargate SG-1. Znalazł się wśród nich tytuł, który wyraźnie odstawał jednak od reszty. Serial o kolonistach nieznanej planety, którzy zamiast zmierzać się z problemami tygodnia, zmierzali się ze środowiskiem i samymi sobą.

Ziemia 2 (Earth 2) to produkcja, która zabiera nas w kosmos, ale kosmos zupełnie inny od tego, do czego przyzwyczaiły nas space opery. Nie ma tu statków kosmicznych, dzielnych załóg śmiało zmierzających tam, gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek, międzygalaktycznych wojen, od których zależą losy wszechświata, konfliktów rasowych czy tajemnych sekretów powstania cywilizacji. Nie, Ziemia 2 zabiera nas w kosmos, by szybko porzucić na obcej planecie, na której przetrwanie zależy od zaradności jednostek. Wrzuceni w sytuację, na którą nie są przygotowani, pozbawieni szkolenia i struktury, która wyznaczałaby im kierunek działania, bohaterowie zaledwie 22-odcinkowego serialu niejeden raz poczują się jak zagubieni na pozornie bezludnej wyspie rozbitkowie.

Nie pamiętam, od jak dawna chciałam napisać tekst o serialu, który po latach wciąż zajmuje wysokie miejsce na mojej liście fantastycznych hitów. Na dobrą sprawę zupełnie też nie pamiętam, jak to się stało, że zaczęłam Ziemię 2 oglądać – pamiętam tylko, że jako nastolatka w podstawówce przed każdym emitowanym na Polsacie odcinkiem zasiadałam z wypiekami na twarzy, nawet pomimo tego, że nigdy w trakcie polskiej emisji nie udało mi się obejrzeć pilota. Zafascynowana skomplikowanymi kreacjami bohaterów, tak innymi od typowych kosmicznych policjantów, wojskowych czy badaczy, każdy odcinek śledziłam z nosem przy ekranie, zupełnie wtedy nie rozumiejąc, dlaczego. Gdy dziś patrzę na ten serial, niewiele się w moim uwielbieniu zmieniło – doszła jednak wyrobiona doświadczeniem świadomość, że Ziemia 2 była tytułem znacznie wyprzedzającym swoje czasy.

Serial rozpoczyna się w roku 2192, w czasach, kiedy zdewastowana Ziemia dawno przestała nadawać się do zamieszkania. Ci, których na to stać, przenieśli się na orbitalne stacje kosmiczne, zostawiając na planecie górników i ubogich robotników fizycznych. Okazuje się jednak, że brak naturalnego środowiska stał się prawdopodobnie przyczyną rzadkiej choroby u dzieci, Syndromu, która z rzadka pozwala im przekroczyć wiek dziewięciu lat. Devon Adair, milionerka i zdesperowana matka dotkniętego chorobą chłopca, organizuje więc misję kolonizacyjną na ziemio-podobnej planecie, G889, na której ona i rodziny innych umierających dzieci będą mogły rozpocząć nowe życie. Nim jednak pierwsze statki wyruszą w daleką podróż na drugi koniec galaktyki, bohaterowie natką się na rządowy spisek chcący pozbawić wyprawy szans na powodzenie. Mimo przeszkód, Projekt Eden dociera na miejsce – tylko, by odkryć sabotaż, w wyniku którego jego członkowie awaryjnie lądują na powierzchni planety. Zrzuceni w niewłaściwym miejscu, pozbawieniu całości sprzętu, który miał zapewnić im przetrwanie, zdani praktycznie tylko na siebie, postanawiają stanąć przeciwnościom losu twarzą w twarz.

Kolonistom przewodzi Devon Adair (Debrah Farentino), kochająca matka i twarda liderka. Wychowana wśród wyższych sfer, gdzie indziej musiałaby ciągle udowadniać swoje kwalifikacje do przewodzenia grupie niezależnych osobników w obcym środowisku, ale w Ziemi 2 widać, że znalazła się na właściwym miejscu. Wyrozumiała i rozsądna, jednocześnie stanowcza i uparta, nie poddaje się kaprysom, choć naturalnie bywa nieznośna. Nie pamiętam, czy wcześniej spotkałam w serialach podobną bohaterkę – i, bądź co bądź, przywódczynię – postać, której mogłabym ochoczo przytaknąć, ale czasami mieć ochotę wydrapać oczy. Choć Devon nigdy nie była moją faworytką, zawsze czułam, że była autentyczna i niejednoznaczna – a to więcej niż mogę powiedzieć o innej kobiecie-dowódcy z innego serialu science-fiction, który pojawił się na amerykańskiej antenie mniej-więcej rok później.

Jej prawą ręką szybko zostaje mechanik pokładowy, John Danziger (Clancy Brown), mężczyzna szorstki, ale wrażliwy, a przy tym trzymający głowę na karku i głęboko troskliwy wobec swojej dziesięcioletniej córki, True. Dzięki zdystansowanemu podejściu do świata, Danziger to natychmiastowy materiał na ulubieńca, dodatkowo podkreślany charyzmatyczną osobowością Clancy’ego Browna. Głęboki głos, twarde usposobienie i nawet swobodna fryzura składają się na idealną mieszankę, która jest tu najlepszym castingowym strzałem w dziesiątkę.

Wśród rozbitków znajduje się też dr Julia Heller (Jessica Steen), młoda, niedoświadczona lekarka, genetycznie zmodyfikowana do pełnienia swojego zawodu. Początkowo zmagająca się z niewielkim zaufaniem, jakie w leczeniu jej syna pokrywa w niej Devon, z czasem odkrywamy, że jej powiązanie z Projektem Eden jest dla niej prawdziwym wewnętrznym koszmarem. Tylko rozwijająca się znajomość z niepokornym pilotem, Alonzo Solace (Antonio Sabato, Jr.), dla którego pobyt na G889 wiąże się z niemal całkowitym załamaniem, pozwoli im obojgu zaakceptować swoje miejsca w grupie. Duchowym przewodnikiem tej jest z kolei Yale (Sullivan Walker), były skazaniec i członek rządowego programu, w wyniku którego kryminaliści zostają przekształcani w cyborgów-guwernerów. Z prywatnego nauczyciela Uly’ego, syna Devon, staje się jednak mentorem i głosem rozsądku dla wszystkich, którzy szukają u niego wsparcia i porady. W całym serialu Yale jest jednym z najciekawszych fantastyczno-naukowych konceptów, a jego historia jedną z najbardziej dramatycznych.

Obsady dopełniają postacie Morgana i Bess Martin (John Gegenhuber i Rebecca Gayheart), małżeństwa pomiędzy tchórzliwym rządowym urzędnikiem a energiczną młodą kobiety z ziemskiej rodziny robotniczej, którzy pomimo bycia najbardziej męczącą parą, czasem potrafią się na coś przydać. A to wszystko nie wspominając nawet gościnnego wystąpienia Tima Curry’ego, którzy na przestrzeni kilku odcinków stworzył jedną z najbardziej niezapomnianych serialowych kreacji. No i oczywiście pomijając rolę Terry’ego O’Quinna.

O ile jednak w serialu wyróżniają się sami bohaterowie – nie ma wśród nich dwóch takich samym charakterów – tak w serialu wyróżnia się sposób opowiadania historii. W Ziemi 2 mamy bowiem historię ciągłą, która wyraźnie kontrastowała z cotygodniowymi kosmicznymi przygodami na pokładzie tego czy innego statku. Począwszy od zapewnienia sobie najistotniejszych środków do przetrwania, bohaterowie zabierają nas w podróż wzdłuż nieznanego lądu, a my wraz z nimi niemal w każdym odcinku odkrywamy nowe sekrety G889. Niebezpieczeństwa środowiskowe szybko okazują się tylko drobną przeszkodą, kiedy na drodze stanie im próba pogodzenia swojej obecności z natywnymi mieszkańcami planety. Miejsce kosmicznych sekretów zajmuje zatem tajemnicza rasa Terran, na wpół roślinnych humanoidów, którzy porozumiewają się z kolonistami za pośrednictwem snów – a później i Uly’ego. Nie dające się wyjaśnić naukowo wydarzenia, grupa zróżnicowanych charakterologicznie ocalałych, wrzucona w nieznany świat w wyniku katastrofy i niestandardowa narracja, która dba o zachowanie ciągłości wydarzeń: czy aluzje do Zagubionych stają się już jasne?

Być może staną się jeszcze jaśniejsze, jeśli przyjrzeć się motywom serialu z bliska. Podobnie jak Zagubionych trudno sklasyfikować jako science-fiction w sposób jednoznaczny, taki Ziemia 2 wychodzi poza standardowe ramy znacznie głębiej niż poprzez porzucenie kosmosu. Sami twórcy przyznawali, że nie chcieli traktować swojego serialu w kategorii ścisłej fantastyki naukowej, a stworzyć opowieść, która przemawiać będzie do dojrzalszych i bardziej wymagających widzów. W rezultacie w serialu przewijają się wątki bezwzględnej kontroli planety, niewolnictwa Terran i nielegalnych eksperymentów, silnie kontrastujące z przekonaniem bohaterów o możliwości pokojowej koegzystencji. Wyraźnie można w nim odczytać nawiązania do pierwszych kolonistów w Ameryce Północnej – szczególnie do zaginionej kolonii Roanoke – sugerujące próbę odniesienia się do wrażliwości historycznej Stanów Zjednoczonych.

Jednak nawet bez tych powiązań, Ziemia 2 sięga po szeroko rozumiane tematy odosobnienia, moralnych granic człowieczeństwa, zdrady, odkupienia, bezwzględności nowoczesnego świata, mniejszego zła i innych cięższych tematów. Nie ma tu niewinnych przygód, wydarzenia zawsze mają swoje konsekwencje, które w następnej kolejności prowadzą do zmian w bohaterach. Naiwni i optymistyczni koloniści z czasem uczą się, że życie na G889 jest usiane trudami, i jeśli się nie zaadaptują, zginą. O Zagubionych można w dużym skrócie powiedzieć, że była to opowieść o akceptacji – zmian, siebie, siebie nawzajem. W Ziemi 2 nie ma bardziej oczywistego motywu.

Warto też wspomnieć, że serial wspiera hipotezę Gai wysuniętą przez brytyjskiego pracownika NASA Jamesa Lovelocka, zakładającą, że wszystkie istoty żyjące i związki nieorganiczne są częścią systemu, która zapewnia planecie optymalne warunki do życia. Hipoteza jest tu symbolizowana przez związek Terran z G889, bez których planeta bezpowrotnie obumrze. Gdy obcy uleczają cierpiącego na Syndrom Uly’ego, ten staje się kluczem do zrozumienia planety i jej pokojowego zasiedlenia – albo, jak propaguje tajemniczy Zarząd, do jej całkowitej kontroli. Wprawdzie wątek tych powiązań w trakcie sezonu staje się mętny i zbyt, jak na moje gusta, mistyczny, tak bezlitosne intrygi Zarządu zawsze mnie intrygowały.

Tymczasem skok przyszłość nie jest też zbyt widoczny na poziomie samego przedstawienia świata. Akcja półtoragodzinnego pilota zaczyna się w czasach, w których stacje kosmiczne tylko kosmetycznie różnią się wyglądem od tego, co znamy z dzisiaj, a ciasne, duszne wnętrza statków wręcz krzyczą „funkcjonalność nad wygodą”. Gdy koloniści lądują na planecie, do dyspozycji będą mieć tylko kilka terenowych łazików, ciężarowych hummerów i podstawowych sprzętów takich jak namioty, kilka egzemplarzy broni czy zaopatrzenie medyczne. Każda z tych rzeczy bardzo szybko wpasowuje się w dzisiejszą wyobraźnię, bo designem nie odbiega od niczego, czego byśmy dobrze nie znali. Nawet stroje nie rażą ani starością, ani przesadną wymyślnością. Jedynym bardziej zaawansowanym technologicznie sprzętem jest komunikacja VR, w trakcie której rozmówcy „przenoszą” się do wirtualnej rzeczywistości i widzą się nawzajem w pełnej postaci. Jeśli coś miało się w Ziemi 2 zestarzeć, z całą pewnością trzeba tu VR zaliczyć. No i oczywiście jest też Zero, wielofunkcyjny robot przewijający się na trzecim planie, ale szczęśliwie pozbawiony własnej inteligencji.

Co więcej, wyraźnie widać, że na stworzenie wiarygodnego świata przyszłości włożono niemało nakładów finansowych bo nawet największe pojazdy to zmodyfikowane istniejące odpowiedniki, kostiumy obcych do dziś wyglądają w miarę wiarygodnie, a efekty specjalnie nie rażą po oczach. W 1995 roku Ziemia 2 pobiła nawet Babylon 5, Star Trek: Voyager, Star Trek: Deep Space 9 i SeaQuest DSV w bitwie o nagrodę Emmy w kategorii Best Visual Special Effects. Kto zatem lubi science-fiction w wersji brudniejszej i realistycznej, powinien się na G889 czuć jak w domu.

Prawdopodobnie właśnie tak niestandardowe podejście do fabuły i konwencji przyczyniło się do początkowego sukcesu serialu. Emisja pilotowego „First Contact” zebrała pozytywne recenzje i odnotowała bardzo wysoką oglądalność, mieszcząc się w ratingach zaraz za Ostrym dyżurem. Przez pierwszą połowę sezonu serial przyciągał przed ekrany zadowalającą ilość widzów, jednak po zimowej przerwie jego popularność zaczęła spadać. Co gorsza, druga połowa sezonu została wyemitowana w złej kolejności, robiąc z chronologii kompletny bałagan. Z kolei ostatni odcinek, „All About Eve”, skończył jednym z najbardziej pamiętnych cliffhangerów w historii telewizyjnego science-fiction, kiedy losy serialu nie zostały jeszcze przesądzone. Przykry moment nastąpił wraz z cięciami budżetowymi, w wyniku których zwolniony został dotychczasowy producent, a niesławne propozycje nowego spotkały się ze sprzeciwem stacji. Pomimo energicznej kampanii listowej ze strony fanów, Ziemia 2 nigdy nie wróciła na antenę, choć do dziś pozostaje w sercach wielu.

I tak Ziemię 2 oglądałam już w całości kilka razy i za każdym razem nigdy nie czułam, jakbym oglądała serial z lat 90-tych. Wyprzedzająca swoje czasy narracja, która odcinek po odcinku ciągnie historię do przodu, w widoczny sposób wpływa na bohaterów i poszerza swoją mitologię zawładnęła moją wyobraźnią bezgranicznie. Dziś trochę śmieję się ze swojej młodzieńczej fascynacji, ale jednocześnie świadomie doceniam, że dobrze ją ulokowałam. Od czasu polsatowskiej emisji minęło przecież kilkanaście lat, a Ziemię 2 wciąż zaliczam do trójki moich ulubionych seriali z gatunku. Nie oznacza to, że opowieść o kolonistach nie ma wad. Naturalnie zdarzają się odcinki, których akcja pozostawia wiele do życzenia i wątki, których nieszczególnie chce się oglądać. Całość składa się jednak na wyrazistą, wyróżniającą się historię, która dla mnie pozostaje elementem składowym mojej miłości do science-fiction.

 

  • Seji

    Fajny tekst. :)
    Ja tylko dorzucę, że wreszcie Earth 2 wyszła na DVD w regionie 2 i można całą serie kupić za 15 funtów na brytyjskim Amazonie. :)

  • Z jednej strony chętnie bym obejrzała, ale z drugiej skoro ostatni odcinek skończył się takim niedopowiedzeniem to nie wiem, czy będzie mnie stać na emocjonalne cierpienie z tym związane :) Ja w latach 90-tych to skupiałam się tylko na Xenie, Ostrym Dyżurze i Przyjaciołach, więc fajnie byłoby obejrzeć coś sprzed złotej ery telewizji, ale wyprzedzającego swój czas.

    • Kurczę, ja bym Cię jednak zachęciła do obejrzenia ;) Cliffhanger jest, owszem, mocny, ale z drugiej strony to tylko jedna scena na 22 odcinków, z którymi naprawdę warto się zapoznać. Serial ma mnóstwo niezapomnianych momentów, a przede wszystkim unikalny klimat, którego dzisiaj już się nie da podrobić ;)

  • Pierwszy raz słyszę o tym serialu, ale jestem bardzo zaciekawiona, chciałabym obejrzeć.

  • Paweł Zarzycki

    Ziemia 2. Kiedyś mi się podobał, ale to było dawno gdy jeszcze podobało mi się dokładnie wszystko co miało cokolwiek wspólnego z fantastyką. Próbowałem sobie niedawno odświeżyć i serial niestety poległ. Nie dlatego, że to jakoś strasznie zła produkcja tylko dlatego, że dopiero teraz zacząłem dostrzegać braki. Zacznę jednak od plusów. Głównym są aktorzy. Nieźle dobrani, parę twarzy „znanych nieco później”. Patrzy się na nich bez większego zgrzytania zębami, co w ostatnich czasach rzadko w serialach fantastycznych się zdarza. Tim Curry wybija się na tym tle oczywiście, ale czego oczekiwać po solidnym holywoodzkim rzemieślniku wśród trzecioligowców. Inna sprawa, że Curry świetnie się odnajduje w rolach charakterystcznych. Drugim z plusów, wynikających poniekąd z samej konwencji, jest oszczędność w efektach specjalnych (te które są, są w miarę dobrze zrobione) i dość sensownie utrzymany klimat low-tech, z paroma pomysłami, za które scenarzystów należy wyłącznie pochwalić.
    Co z tego, skoro Ziemia 2 jest po prostu męcząca. Zastrzegam od razu, że to raczej nie jest wina samej (nieco naiwnej) fabuły czy poszczególnych scenariuszy, które są koncepcyjnie niezłe tylko realizacji. Epizody kompletnie nie trzymają w napięciu. Akcja się wlecze. Momenty, które z założenia powinny być emocjonujące, powodują znużenie. Taki senno-leniwy efekt jak podejrzewam był zamierzony, ale powoduje, że w połowie odcinka idę sobie zrobić kawę, bo za chwilę zasnę. To emocjonalne wyjałowienie ma dodatkowy efekt – brak humoru, brak iskry dającej postaciom życie. Mam wrażenie, że oglądam same udręczone, zniechęcone i zmanierowane dusze, które gdyby im tylko dać pistolet i zostawić na chwilę to palnęłyby sobie w łeb żeby skończyć ten koszmar. Nic dziwnego, że serialowi spadła dramatycznie oglądalność w połowie sezonu, bo na dłuższą metę jest to po prostu niestrawne. Na pewno zaś nie jest to serial „do kolekcji”, z rodzaju takich, które fajnie pooglądać dla samego oglądania mimo, że dialogi zna się na pamięć. Ma on głównie wartość sentymentalną, bo bez takich różowych okularów ciężko jednak się to ogląda. :)

    • No, to widać, że mamy dwa kompletnie odmienne podejścia do tego serialu. Nie zgadzam się z prawie każdą rzeczą, którą tu napisałeś – a nie zgadzam tylko dlatego, że mam po prostu drastycznie różne odczucia – ale w jednym przyznam Ci rację: „Ziemi 2” zdarzają się pojedynczne odcinki nużące. Cała reszta zależy już chyba wyłącznie od osobistych preferencji, a tych nie tykam. Dla mnie to zdecydowanie jest serial do kolekcji, z interesującymi postaciami i nietuzinkową, wiarygodną historią, która porwała mnie nawet bez obecności humoru, akcji i dynamiki ;)

      • Paweł Zarzycki

        Owe drastycznie różne odczucia mogą wynikać właśnie z efektu „sentymentalnych różowych okularów” – ciężko jest się tego pozbyć. ;) Jak pisałem, kiedyś strasznie mi się ten serial podobał. Ba, zasadniczo to nadal mi się podoba – przez sentyment – i uważam, że mimo wszystko warto ten serial obejrzeć. Raz. BTW: Podobnie ciągle miło wspominam „Kapitana Power i żołnierzy przyszłości.” czy „Jazona z gwiezdnego patrolu”. Tych produkcji jednak wolę sobie nie odświeżać – po co niszczyć miłe wspomnienia. :)

        • Cóż, jak pisałam, „Ziemię 2” oglądałam już kilka razy – ostatnio bodajże w zeszłym roku – i nawet pomimo sentymentu, jaki do niego żywię, całość wciąż się dla mnie broni. Więc proszę, nie wmawiaj mi patrzenia przez różowe okulary, bo akurat sprawdziłam, że ich tu nie noszę ;)

  • Chyba będzie sobie trzeba przypomnieć ten serial, ostatni raz oglądałem go kilka lat temu i do tego chyba w kolejności emisyjnej :/

    W sumie można by zrobić sobie dajny maraton Earth 2 i FireFly,