Dwa dni temu świat obiegła wiadomość, że przed premierą Przebudzenia Mocy, VII. oficjalnej części Gwiezdnych wojen, na półki sklepowe trafi aż 20 pozycji książkowo-komiksowych kładących podwaliny pod przyszłe wydarzenia w filmie. 20 pozycji. Tej jesieni. Teoretycznie, trochę zwariowali. Ale w praktyce nie mogłabym cieszyć się bardziej.

Wiadomość ta dotarła do mnie dosłownie dzień po odkryciu przeze mnie istnienia projektu o nazwie The Clone Wars Legacy, pod którego flagą mają powstawać historie na podstawie niewykorzystanych scenariuszy odcinków Wojen klonów. Jedną z nich jest zapowiedziana na lipiec powieść Dark Disciples, mająca opowiedzieć dalsze losy Asajj Ventress oraz Quinlana Vossa po wydarzeniach w serialu. Jeśli mnie znacie, to pewnie wiecie, że jestem tym faktem wniebowzięta – Ventress to jedna z moich ulubionych starwarsowych bohaterek, Voss to jedna z najciekawszych i najbardziej nietypowych postaci tego universum; oboje nadają się do swojej własnej historii jak ulał. W międzyczasie, gdybym miała się do tego lipca nudzić, mam do czytania nowe serie marvelowskich komiksów – serie, liczba mnoga. Więc gdy już myślałam, że ogarnia mnie za dużo szczęścia, nagle z nieba spadło mi aż kilka nowych powieści i przynajmniej jeden komiks. Zaiste, niezbadane są ścieżki Mocy.

Garść faktów: nowa linia, składająca się z książek, komiksów i albumów, wejdzie w skład cyklu Journey to Star Wars: The Force Awakens, której celem jest wypełnienie luki fabularnej pomiędzy końcem Powrotu Jedi a początkiem Przebudzenia Mocy. Dowiemy się z niej, jakie losy spotkały dalej Luke’a, Leię i Hana, ale dostaniemy również garść smaczków, których sens zrozumiemy dopiero podczas oglądania filmu (stąd Journey to the…). Pachnie mi to trochę sytuacją sprzed premiery Nowej nadziei w 1977 roku, kiedy Lucas zrzekł się zysków na rzecz zabawek i towarów pokrewnych, tylko że tutaj wszyscy już wiedzą, jak to się opłaca. Bo czy zrozumienie filmu będzie niemożliwe bez znajomości tych tytułów? Nie. Ale zawsze fajniej wyłapać nawiązanie.

Jeśli coś miałoby mi w tej sytuacji zamydlić entuzjazm, byłoby to właśnie biznesowe myślenie (20 tytułów jednej jesieni!?), jednak trudno mi, jako fance, oprzeć się pokusie niepohamowanej radości. Czas więc uporządkować moje porozrzucane tu i tam deklaracje, że z budowania kanonu na nowo bardzo się cieszę i wszem i wobec ogłosić w końcu, dlaczego. Ale zanim – znów kilka faktów.

Jeśli pamiętacie, gdy Lucasfilm wyjaśniał powody rezygnacji z Expanded Universe, jednym z argumentów była chęć fabularnego uporządkowania universum, innym – umożliwienie nowym autorom łatwiejszego „wejścia” w wykreowany świat. Nie oszukujmy się, ilość wydarzeń, przez jakie przewinęli się główni bohaterowie na przestrzeni lat i mediów jest tak wielka, że osobiście robi mi się słabo nawet na myśl o czytaniu streszczeń na Wookieepedii (oczywiście to samo prędzej czy później stanie się i w nowym kanonie, ale na razie nie o tym mowa). Oba argumenty są dla mnie perfekcyjnie zrozumiałe, ale jeden przemawia do mniej silniej niż drugi – bo wprawdzie nie jestem autorem, ale mnie również ciężko jest wejść w EU. Prawda jest taka, że od dawna nie mam czego w tym universum czytać i restart marki odbieram jako wymarzony powiew świeżości.

Na pewno czytają to osoby blisko związane z EU, więc od razu uprzedzę, że nie przypuszczam na niego ataku, wykładam tylko własną perspektywę. Otóż gdy zaczynałam swoją przygodę ze starwarsowymi książkami, świeżo po obejrzeniu wersji specjalnej w kinach, czułam się tak bardzo związana z tym światem i jego bohaterami, że pochłaniam wszystko, co tylko wpadło mi ręce. Nie było tego aż tak wiele – zaledwie kilka lepszych i gorszych trylogii przeplatanych kilkoma pojedynczymi przygodami, może w sumie te 20 pozycji. Z czasem jednak rozrosły się one tak wielkich rozmiarów i zaczęły sięgać tylu lat wprzód, że z trudem byłam w stanie wyobrazić sobie trójkę bohaterów po sześćdziesiątce. Słusznie ciężar opowieści przeniósł się wtedy na młodsze pokolenie. Szkoda tylko, że ono nigdy nie zafascynowało mnie na tym samym poziomie. Niczyja w tym wina, po prostu tak miałam. Zerwałam z EU gdzieś po pierwszej książce wprowadzającej Yuuzhan Vong i nigdy nie sięgnęłam po późniejsze tytuły.

Zasadniczo, żaden problem – premiera prequelowej trylogii spowodowała urodzaj nowości i z powodzeniem można było wybierać w opowieściach o Anakinie, Obi-Wanie czy bohaterach Starej Republiki. Stara Republika to moja druga ulubiona epoka w Gwiezdnych wojnach – zaraz po Rebelii – ale mimo wszystko mało który autor trafiał swoimi pomysłami (tudzież warsztatem) w moje gusta. Mało który autor wracał też do młodszych wersji głównego trio, czyli postaci, o których czytać chciałam najbardziej. Zamiast tego powstawały historie o bohaterach zupełnie nowych, które niestety w moich oczach się nie broniły. Ergo: pomijając kilka must-read tytułów (wśród których znajdują się np. Kenobi i Scoundrels), nie za bardzo mam z czego wybierać. I wtedy, nagle, pada wiadomość o całkowitym restarcie kanonu. Moja pierwsza myśl? Rany, wreszcie starwarsowe książki, które będę chciała przeczytać!

I tutaj właśnie pies pogrzebany. Widzicie, nowy kanon przemawia do mnie tak silnie, bo da mi coś, czego Expanded Universe już nie potrafi: powrót do czasów, które EU dawno zostawił za sobą. Możliwość ponownego zatopienia się w najciekawszym, z mojego punktu widzenia, okresie galaktyki, i możliwość poznania nowych – nie, że innych: nowych, takich, których jeszcze nie było – przygód ulubionych filmowych bohaterów. A potem nie tylko filmowych, jak pięknie wskazuje The Clone Wars Legacy. Może powstanie ich więcej, może będą ze sobą bardziej powiązane, może nie będą wyskakiwać w aż tak daleko w przyszłość, skoro w kolejce czekają nowe filmy, do których też wprowadzą nas pewnie książkowe opowieści. Dla mnie to nic innego jak druga szansa na poznanie tej galaktyki z bliska, bez ryzyka, że jej historia dosięgnie tej samej, niekoniecznie lubianej przeze mnie Nowej ery Jedi. A szansa to znacznie więcej niż dzisiaj może mi zaoferować Expanded Universe.

Oczywiście, z drugiej strony już raz to poznawanie nowych przygód przeżyłam, nawet więc rozumiem rozgoryczenie części fanów, którzy czują się zrobieni w bambuko i odmawiają jakiejkolwiek styczności z nowymi książkami. To w końcu lata czytania, lata tworzenia więzi, lata historii, od których niełatwo tak po prostu odstąpić. Mnie samą martwi na przykład pytanie, czy znów mam się bać o losy Wedge’a Antillesa? Albo zrezygnować z Mary Jade? Pożegnać się z Dziedzicem Imperium? Poza tym, że chcę poznać te nowe historie, jednak czuję pewien niesmak (chociażby względem twórców). Co więcej, nic nie gwarantuje mi, że nowy kanon będzie podobał mi się bardziej, albo że w ogóle przypadnie mi do gustu, więc cała ta radość i nadzieja może mi się jeszcze odbić czkawką. Ale póki mam przed sobą tę możliwość, rzucę się na nią jak zgłodniały pies.

I nie powiem, atrakcyjną jest dla mnie świadomość, że nad całym poszerzonym universum piecze sprawuje teraz konkretna, specjalnie powołana do tego siła. Podoba mi się myśl, że te historie łączyć będzie wspólna, jednolita wizja, która – miejmy nadzieję – uniknie błędów EU pozbywając się problemu zaprzeczających sobie faktów. Liczę też na to, że ekipa oddelegowana do kanonu będzie czuwać nie tylko nad spójnością wydarzeń, ale również jakością gotowych tytułów. Przede wszystkim liczę jednak na to, że dostanę mnóstwo dobrych Gwiezdnych wojen, które ponownie zabiorą mnie w czasy, kiedy Gwiezdne wojny stanowiły mój podstawowy powód wkraczania do (dzisiaj metaforycznej) księgarni.

  • Lukmaster

    Nic dodać nic ująć ;)

  • A powiedz mi jedno. Czy znalazlas gdzies info czy książki z nowego kanonu ukażą się u nas?

  • Łukasz Głusek

    Akurat to nie do końca tak, że w starym kanonie ciężko było czytać książki czy komiksy. Pomimo iż wszystko się ze sobą łączyło to mozna było zacząć od praktycznie czegokolwiek. Nawet pojedyncze zeszyty były tak tworzone by dało się je zrozumieć bez znajomości poprzednich.

    A co do yuuzahn Vong to Nowa Era Jedi, to jedna z najlepszych rzeczy w SW. Przeniosła historie na kompletnie nowy wymiar nadając jej więcej mroku i dramatu. Przestała to być historia w stylu „nieważne jakie będzie zagrożenie i tak uda im się bez żadnych strat”. Postaci musiały wiele stracić by wygrać, a same postaci rażąco zmieniły się pod wpływem wydarzeń. Jest to najbardziej hardcorowa rzecz jaką zrobiono z SW. Potem praktycznie wszystkie książki były troszeczkę poważniejsze i mroczniejsze, co mocno odświeżyło uniwersum.

    A co do historii z nowymi postaciami to najbardziej wypalają one w komiksach. Serie takie jak Republic, Rycerze starej Republiki, Mroczne czasy są strasznie starwarsowe, a jednocześnie opowiadają świetne historie.

    • No ale właśnie, może „nie do końca”, ale wystarczająco daleko, by źle w EU wchodziło się mnie :)

      Chętnie czytam pojedyncze, oderwane od większo-cyklowych serii historie, ale jakbym chciała – a zasadniczo chcę – znać całą chronologię i mieć choć ogólny kontekst wydarzeń, to już nie daję rady. Dlatego cieszę się, że mogę to wszystko zacząć od początku. Absolutnie przy tym nie mówię, że coś jest złe tylko dlatego, że mi się nie podobało – ot moja opinia :)

      • Łukasz Głusek

        Ogólnie to książki SW w pewnym momencie poszły w różne pojedyncze książki i krótsze serie, niezorientowane w jednym kierunku (opowiadano rożne historie). Ktoś kto chciałby ogarnąć wszystko od razu mógł się trochę przeliczyć. Ale jeśli ktoś lubi długie opowieści, gdzie wszytko ze sobą jest jakoś związane mógł się dobrze bawić.

        • Lukmaster

          Problem w tym, że były pozycje wykluczające się nawzajem, dziejące się w tym samym czasie albo opowiadające na różne sposoby jakieś wydarzenia, np jak Anakin przestał być padawanem dwie książki przedstawiają dwie zupełnie inne historie na ten temat, a o komiksach to już nie wspomnę tam to dopiero masakra, autorzy którzy swoimi komiksami zaprzeczali historie z innych komiksów, no i niektóre historie ech szkoda pisać :P