Zabójczo dobra Nikita

Tydzień temu zakończył się jeden z najbardziej wciągających, niezwykłych i zdecydowanie fajniejszych seriali, jakie udało mi się w ostatnich latach obejrzeć. Żałuję, że przekonałam się o tym dopiero niedawno, ale cieszę się, że zrobiłam to przed oficjalnym końcem emisji. Nie dla każdego serialu jestem w stanie zapomnieć o całym świecie – ale w Nikicie zakochałam się na zabój.

Mowa oczywiście o wersji z 2010 roku z Maggie Q w roli tytułowej – w której, od razu powiem, jest absolutnie fenomenalna – która to wersja ma z poprzednimi tyle wspólnego, co ogólną oś fabularną. Ani jednej (oryginalnego filmu Luca Bessona), ani drugiej (kanadyjskiego serialu z Petą Wilson) nie widziałam, ale to w końcu nie o nich chcę tu napisać. Możecie mi więc wierzyć od razu, a ja Wam w dalszej części udowodnię, dlaczego Nikita produkcji CW – tej stacji, z której wszyscy się śmieją, bo robi kiepskie seriale dla nastolatków – to jeden z najbardziej niedocenionych tytułów ostatnich lat, który poza rzadką otoczką sensacyjno-szpiegowską może się pochwalić przede wszystkim prawdziwie silną postacią kobiecą.

Strasznie dużo rzeczy chcę Wam o Nikicie opowiedzieć. Tak naprawdę już po kilku pierwszych odcinkach kotłowałam się ze zniecierpliwienia, kiedy wreszcie będę tu mogła o Nikicie napisać, bo samo zachwycanie się przed ekranem nie odzwierciedlało mojego totalnego zauroczenia i zachwytu nad tym serialem. W tym momencie powinniście już przypuszczać, że jest on produkcją kompletnie i całkowicie rozrywkową, który jednak w obrębie tej rozrywki porusza się z gracją, wyczuciem i przebłyskami prawdziwego geniuszu. Nie muszę chyba podkreślać, że umiejętność balansowania na cienkiej linii śmieszności jest dla seriali tego typu bardzo ważna – i Nikita, w większości, wychodzi z tego testu obronną ręką. A nawet jeśli nie, dla mnie i tak było już za późno. Kilka absolutnie perfekcyjnych decyzji po stronie producentów zadbało o to, żebym już po pilocie zapragnęła zostać z Nikitą do samego końca.

Ale zanim dojdziemy do końca, trzeba zacząć od tego, że Nikita jest komiksem. Po prostu. Prawdopodobnie nawet najlepszym serialowym komiksem, jaki w ostatnich latach pojawił się na małym ekranie, daleko w tyle zostawiając za sobą komiksowe z tytułu Arrow czy Agents of S.H.I.E.L.D. Ani jednej komiksowej adaptacji, ani drugiej nie udało się bowiem aż tak skutecznie przenieść na język serialu opowieści o nadzwyczajnych jednostkach, które w tajemnicy przed światem ratują rządy i obalają władze, a do tego prowadzą nieprzerwaną batalię z własnym sumieniem, sercem i duszą. Żaden najbardziej wymyślny gadżet, żadna niesamowita scena akcji, żaden mistrzowsko rozegrany fortel nie będzie mieć w serialowej rzeczywistości szans, jeśli nie będą mu towarzyszyć bohaterowie z krwi i kości, w których wzloty i upadki zaangażujemy się bezgranicznie. Żywe i autentyczne postacie zamieszkujące świat z plastiku są kluczem do jego zrozumienia i zaakceptowania – mówię to jako ogólną prawdę – a właśnie takie postacie zamieszkują plastikowy świat Nikity. I choć jest to przede wszystkim szpiegowski serial akcji, osobiste dramaty bohaterów szybko stały się dla mnie największym wabikiem.

Ale skupmy się na razie na czystych faktach. Nikita z Maggie Q opowiada o wychowanej przez system narkomance, której tajna rządowa organizacja zwana Sekcją oferuje szansę na nowe życie. Wymóg jest tylko jeden: zostanie bezwarunkową zabójczynią na jej usługach. Gdy z biegiem czasu dla bohaterki staje się jednak jasne, że Sekcja z rządowego ramienia przeobraziła się w prywatną armię na wynajem, podejmuje decyzję o ucieczce – lecz nim do niej dochodzi, agencja morduje jej ukochanego. Trzy lata później Nikita, najlepsza agentka, jaką Sekcja kiedykolwiek wytrenowała, powraca, by zniszczyć ją raz na zawsze.

Pierwszą rzeczą, jaką należy wiedzieć o tej fabule, to że jest kompletnie niedorzeczna. Mamy zdeterminowaną mścicielkę, która w pojedynkę daje sobie radę z całymi oddziałami Sekcji, oddziały Sekcji, których niekompetencja ustępuje tylko gwiezdnowojennym szturmowcom, niedoświadczoną pomocnicę, która z każdej opresji wychodzi obronną ręką, w ogóle mamy Sekcję, której istnienie opiera się na najbardziej absurdalnych założeniach na świecie – już nie wspominając o zatrważającej ilości tzw. „technologicznego bullshitu”, bo to, co tam się przy użyciu komputera wyprawia to czysta, lekkim krokiem hasająca po zielonych pastwiskach fantazja. Mamy całe mnóstwo mniejszych i większych, jak ja to mówię, bubli, które gdzie indziej rozłożyłyby ten serial na części pierwsze i jeszcze nie zostawiły na nich suchej nitki. Słowo daję, za głowę łapałam się nawet ja, a przecież właśnie Wam piszę, jak straszliwie podobał mi się ten serial. Nie powiem więc, że do oglądania Nikity trzeba posiadać pewną dozę luzu – bo to wydaje mi się oczywiste – ale powiem za to, że przy tych wszystkich skrajnie ewidentnych bublach Nikita bez trudu wygrała dla mnie na tylu innych płaszczyznach, że z bubli tylko rozkosznie się śmiałam.

Po pierwsze, Nikita powstała z myślą nakręcenia serialu z silną kobiecą protagonistką. Macham ręką na to, że stworzenie silnej kobiecej protagonistki było tu celem samym w sobie – o wiele bardziej wolę, kiedy silna postać kobieca nie jest tworzona po to, by coś komuś udowadniać – bo zanim tę informację przeczytałam wpadłam pod absolutnie głębokie wrażenie, jak faktycznie silną protagonistką Nikita się okazała. I nie mówię naturalnie o tym, że potrafi kopać tyłki, tylko o tym, że jest naprawdę dobrze napisana. Już w pierwszym odcinku można się na przykład dowiedzieć, że zemsta na Sekcji za krzywdy, jakie jej wyrządziła nie jest tak naprawdę jej główną motywacją, a w obliczu niebezpieczeństwa potrafi być tak samo nieustraszona, jak i przestraszona. Im dalej w las, tym lepiej widać, że z papierowej kalki przeobraża się w wyrazistą, pełną sprzeczności, zalet, a przede wszystkim mających realne podłoże wad osobę, która żelazną wolą napędza siebie, napędza innych i siłą rozpędu napędza też cały serial – nawet wtedy, kiedy jej decyzje i działania niekoniecznie spotykały się z moją aprobatą. I tak, choć odnosiła zwycięstwa, nie zawsze wygrywała, ale przegrywając, bezustannie ewoluowała – Nikita z początku serialu to niemal inna postać niż ta z jego końca, i widać to wyraźnie patrząc nawet z odcinka na odcinek w środku sezonu. I oczywiście, jest badassem, jest bohaterką bez płaszcza, jest komiksową kreacją, która w prawdziwym świecie nie ma prawa bytu – ale ja w jej emocje, w jej przejścia, w jej dramaty uwierzyłam. I to, właśnie to, sprawia, że Nikita w gruncie rzeczy jest dla mnie serialem bardzo rzeczywistym.

Druga sprawa jest taka, że w tytułową bohaterkę wciela się Maggie Q. Maggie Q powinniście kojarzyć chociażby z czwartej odsłony Szklanej pułapki, w której zagrała twardą jak kamień partnerkę głównego złego i skutecznie kopała bohaterom tyłki – i wtedy powinniście skojarzyć, że co jak co, ale kopać te tyłki faktycznie potrafi. Mnie jednak w Szklanej pułapce 4 spodobała się dlatego, że jej bohaterka miała jaja – a to oznacza, że jaja miała również Maggie Q. I w Nikicie udowadniała to praktycznie w każdym odcinku. Ewidentnie było dla mnie widać, że aktorka bawi się swoją rolą niemal w takim samym stopniu, w jaki jej bohaterce zdarza się bawić swoimi przykrywkami – lekko, nonszalancko, naturalnie – co w konsekwencji sprawia, że Nikitą ona po prostu jest. Świetnie sprawdza się od dramatycznej, komediowej i sensacyjnej strony, w dodatku jakby przychodziło jej to bez żadnego wysiłku. Pół sukcesu za moim uwierzeniem w tę postać to scenariusz, drugie pół to Maggie Q – jej styl, jej pazur, jej głos (ma naprawdę interesujący głos). I choć naprawdę nie jest to ani postać, ani rola z najwyższej półki, perfekcyjnie mi wystarcza, że jest żywa, autentyczna i naturalna. Każda z tych cech razem i osobno sprawia, że ów plastikowy świat nabiera dla mnie realnych barw.

Ale nawet z tak dobrą rolą i tak dobrą postacią, Nikita samą Nikitą nie stoi. Po trzecie więc – i nie wiem nawet, czy nie najważniejsze – cała pozostała obsada tego serialu jest obsadzona w sposób absolutnie idealny. W początkową pomocnicę bohaterki, Alex, wciela się Lyndsy Fonseca (Gotowe na wszystko, Jak poznałem waszą matkę), która nadała swojej postaci miks młodzieńczej naiwności i dojrzałego zdecydowania, czyniąc z niej bohaterkę niemniej ciekawą – bo wciąż dorastającą – jak Nikita. Byłym szkoleniowcem tej i główną rolą męską w serialu jest z kolei Shane West, którego szczerze Wam powiem, najlepiej kojarzę z roli Toma Sawyera z Ligi Niezwykłych Dżentelmenów, ale za to kojarzę wyjątkowo pozytywnie. Michael, jego bohater, to postać obarczona chyba największą traumą, ale choć mająca podobne doświadczenia do Nikity, będąca jednocześnie jej moralną przeciwwagą. Ergo, stanowią dla siebie idealne uzupełnienie, tym bardziej, że razu można wyczuć niezaprzeczalną, wręcz gołym okiem widoczną i kipiącą chemię, jaka pomiędzy nimi iskrzy.

Dalej jest mój ulubieniec, komputerowy haker i popkulturalny geek, Birkhoff, grany przez Aarona Stanforda, który swego czasu bawił się ogniem jako Pyro w dwóch częściach X-Menów. I ten pan, ten mój ulubieniec, to oślizgły ślimak, którego pokochałam od pierwszego wejrzenia i z każdej późniejszej ewolucji cieszyłam się jak dziecko (nie, to nie spoiler, to prawo relacji pomiędzy bohaterami). Ci z Was, którzy na bieżąco śledzili moje tweety z oglądania na pewno mieli dość ciągłego cytowania przeze mnie Birkoffa, ale słowo daję, koleś ma najlepsze teksty, najfajniejsze usposobienie, interesujące – i wcale nie wyłącznie komediowe – wątki, a na dodatek cudowną, autentyczną i rozmiękczającą serce przyjaźń z Nikitą. On – ale i cała reszta postaci, którzy wszyscy razem spajają ten serial nicią szczerego ciepła, zaufania i miłości. Oni by się za siebie dali pokroić, ale ja za nich tak samo.

Tylko że to jeszcze wcale nie koniec. Mamy tu jeszcze dwie postacie spoza wesołego kręgu, których casting jest chyba dziełem geniuszu: kierującego Sekcją Percy’ego – Xandera Berkeleya – oraz jego wspólniczkę Amandę – Melindę Clarke. Oba nazwiska znałam już wcześniej, ale nigdzie nie były tak perfekcyjnie dopasowane jak w Nikicie. Znudzona i zmęczona twarz Xandera Berkeleya pasuje do Percy’ego jak ulał, a sposób, w jaki ten odnosi się do swoich podwładnych w absolutnym przekonaniu, że jest od nich lepszy, nie udałby się nawet w połowie tak dobrze, gdyby nie charakterystyczny sposób gry (bycia?) aktora. Z kolei za pierwszym razem, kiedy zobaczyłam w pilocie Melindę Clarke – którą większość z Was (nie dopuszczam do myśli faktu, że mniejszość) powinna pamiętać z jednego odcinka Firefly – niemal pisnęłam z radości, bo od razu wiedziałam, że pokocham ten serial jeszcze bardziej. Amanda praktycznie w mgnieniu oka daje się poznać jako największa enigma ze wszystkich – dostojna, chłodna, bezwzględna, okrutna, dwulicowa, ale przy tym niezwykle fascynująca i momentami wręcz hipnotyzująca. Były chwile, kiedy nie chciałam, by znikała z ekranu tylko po to, żebym mogła dłużej na nią popatrzeć lub posłuchać jej wyjątkowego głosu. Nie chcę zdradzać za dużo na wypadek, gdybym już zdążyła Was zachęcić do obejrzenia Nikity, ale od razu poznacie, że Amanda skrywa w rękawie więcej kart niż każe nam wierzyć. Mówi się, że kluczem do sukcesu danej opowieści jest dobrze napisany, ciekawy „zły” – w Nikicie „źli” są tak samo ciekawi, jak groteskowi, ale nade wszystko rewelacyjnie zagrani.

No dobrze, ale z powyższego mogłoby wynikać, że ja ten serial oglądałam wyłącznie dla bohaterów. No więc i tak, i nie. Tak, bo jak napisałam, są barwni i interesujący i spaja ich wybitna chemia; nie, bo sama historia toczy się w tak nieprawdopodobnie szalonym tempie, że wszystkie nieścisłości wynikające z komiksowej natury szpiegowskiego serialu akcji zostawia daleko w tyle. W Nikicie absolutnie nie ma ani jednego nudnego odcinka – nudne odcinki po prostu w niej nie istnieją. Co więcej, formuła serialu może sprawiać wrażenie proceduralnego case of the week – i na początku niestety faktycznie tak jest – ale po pierwsze, bardzo szybko wyłania się dominujący wątek główny, a po drugie wydarzenia, jakie są motorem napędowym bohaterów tak naprawdę służą jako tło do pogłębiania ich charakterów i relacji pomiędzy sobą. Nikita to tzw. character driven drama – nic nie nie dzieje się tu bez przyczyny i konsekwencji dotykających bohaterów osobiście. Nie dzieją się też rzeczy w dużej mierze wpadające pod typowe dla gatunku „myki” – fabuła wielokrotnie robi niespodziewane zakręty i nieprzewidywane zwroty, a nawet kolejna milionowa scena akcji potrafi dmuchnąć powiewem świeżości. Wielokrotnie byłam po prostu zdumiona, że tak daleko w sezon, a tu wciąż jestem głodna dalszych wydarzeń. Zabawa plastikowym światem wessała mnie doszczętnie.

I pal licho, że są skróty (zgadnijcie, ile czasu zajmuje bohaterom podróżowanie na drugi koniec świata), że są uproszczenia (błagam, komunikator głosowy?), że są idiotyzmy, przez które można podważyć inteligencję scenarzystów (regularne proszenie się o manipulowanie przez wroga numer jeden to mój ulubiony), że dzieją się tu niestworzone rzeczy i kosmiczne przypadki – to taki serial. Jeśli komuś nie pasuje taka konwencja, najprawdopodobniej nie powinien się do Nikity nawet zbliżać. Ale z momentem akceptacji jej taką, jaką jest, jedna po drugiej wyłaniają się zalety za zaletami. I piszę to z pełną świadomością i otwartymi, krytycznymi oczami.

Na końcową uwagę zasługuje też fakt, że serial zakończył się na czterech sezonach, z czego ostatni dostał od stacji jedynie sześć odcinków na podsumowanie wszystkich wątków. Trzeci sezon (najsłabszy, ale wcale nie zły) zamknął się na potężnej nucie, straszliwie komplikując bohaterom życie. Jest więc tym bardziej niesamowitym, że w sześciu pospiesznych odcinkach udało się scenarzystom zamknąć serial w absolutnie satysfakcjonujący sposób. Biorąc pod uwagę, że materiału fabularnego było na cały sezon, albo i dwa, nie obyło się bez wpadek, ale wszystkie one maleją w obliczu emocji, jakie ten finał, na wielu płaszczyznach, wywołał. Jeśli seriale mają się kończyć, powinny to robić tak jak Nikita. Zresztą tutaj powinnam wpleść wiązankę przekleństw wobec ludzi, którzy zdecydowali się wyrzucić trzy kipiące od akcji sezony do kosza, rezygnując z serialu, który ani przez chwilę nie spadał poniżej pewnego poziomu. Jak to jest, że jedni Amerykanie potrafią stworzyć coś tak świetnego, a drudzy uznać, że to do nich nie przemawia? Nigdy tego nie zrozumiem.

A zatem ja jestem za, bardzo, bardzo za. Nie jest to serial dla każdego, nie każdemu przypadnie go gustu i jestem pewna, że nie każdego zachwyci tak jak mnie. Ale dla mnie przebojem wspiął się na szczyty mojej listy najlepszych i w zasadzie bez żadnej reklamy, poleceń czy opinii rozkochał mnie w sobie na zabój. Nikita forever.

  • Misiael

    „Ale zanim dojdziemy do końca, trzeba zacząć od tego, że Nikita jest komiksem. Po prostu. Prawdopodobnie nawet najlepszym serialowym komiksem, jaki w ostatnich latach pojawił się na małym ekranie, daleko w tyle zostawiając za sobą komiksowe z tytułu Arrow czy Agents of S.H.I.E.L.D. Ani jednej komiksowej adaptacji, ani drugiej nie udało się bowiem aż tak skutecznie przenieść na język serialu opowieści o nadzwyczajnych jednostkach, które w tajemnicy przed światem ratują rządy i obalają władze, a do tego prowadzą nieprzerwaną batalię z własnym sumieniem, sercem i duszą.”

    Sanctuary, my lady. Just Sanctuary

    A Nikicie pewnie się w swoim czasie przyjrzę.

    • Powiem szczerze, że kiedyś „Sanctuary” spróbowałam – ale zrezygnowałam po obejrzeniu połowy pilota. Po Twojej niedawnej recenzji uznałam, że to jednak serial nie dla mnie ;)

  • Scoagarak

    Aeth nie oglądała Sanctuary, Misiael „Nikity”. A ja widziałem oba i oba mi się bardzo podobały. Co do samego artykułu, po raz nie wiem już który trafiłaś Aeth w sedno.
    [bije brawo]

  • syja

    Recenzja Nikity świeżym okiem. Nigdy dotąd nie spotkałam się z tym. Dzięki Tobie stwierdziłam, że jednak nie zgłupiałam oglądając tę wersję. Choć dla mnie jednak nic nie przebije kanadyjskiego serialu.

  • Paweł Zarzycki

    Nikita. Luc Besson zrobił niesamowity, klimatyczny film o metamorfozie zniszczonej narkotykami, zagubionej dziewczyny – morderczyni z przypadku w pełną życia młodą kobietę, która stopniowo zdaje sobie sprawę z tego w co się wpakowała i jaką cenę płaci za własną głupotę. Jest to dramat przykryty doskonale skrojonym płaszczykiem kina akcji. I, Aeth, jeśli chcesz zobaczyć naprawdę silną postać kobiecą (na dodatek genialnie zagraną) to obejrzyj film Bessona. Nigdy potem nie udało się mu zrobić równie dobrego filmu choć „Leon Zawodowiec” był blisko. Wszystkie odsłony późniejsze całkowicie zlały dramat postaci koncentrując się wyłącznie na teoriach spiskowych i akcji.
    Nikita z 2010 roku to duża ilość strzelanin oraz bezsensownego kung-fu z pomijalną fabułą. Wytrzymałem pilota i zniosłem kilka dalszych odcinków, potem stężenie głupoty w serialu przekracza moje normy. Na trzeźwo tego nie idzie oglądać i nawet wypięty tyłek Maggie Q nie ratuje sprawy. :)

    Kanadyjski „La Femme Nikita” był dużo lepszy (nawet pod względem komiksowatości).

    A Sanctuary jest dobre, nawet bardzo dobre momentami. Zwłaszcza późniejsze sezony.

    BTW: Dla mnie „Nikita” zawsze będzie wyglądać tak:
    http://3.bp.blogspot.com/-NNyqUxvRMuU/T-xiRORLJ7I/AAAAAAAAAJo/9-GBIfXcjLI/s400/Nikita.jpg

  • Seji

    Przynajmniej tutaj się zgadzamy. ;)

    Prośba – nie odmieniaj tak ohydnie: „X-Menów”. X-Men – to już jest liczba mnoga. Jedna wystarczy. :)

    PS. Jaki komunikator głosowy?

    • Świadomie odmieniam w tak ohydny sposób, brzmi bardziej po „polskiemu” ;)

      A komunikator ten, przez jaki Nikita kontaktowała się z Alex przez większość 1. sezonu – ten, który mówił ludzkim głosem, choć byłoby naprawdę lepiej, żeby tego nie robił ;)

  • rob

    serial fajny pełna zgoda choć wersja z petą wilson niebyła gorsza moim zdaniem pomijając naturalny różnice techniczną w końcu oba seriale 10lat oddziela nawiasem jedna z aktorek z tego serialu gra też w nowej wersji , w starej grała główną złą odpowiedniczkę melindy clark a w nowej gra zdaje mi się panią senator .pani clark grała w najemnikach xenie no i ostatnio w csi las vegas

    • rob

      ale co do jednego nie ma wątpliwości że maggie Q prezentuje się zdecydowanie lepiej niż peta wilson :D

  • Tores-

    Kołek do zawieszania niewiary urwał mi się już w połowie pilota. Dlatego tak późno, bo nieuważnie oglądałam. I nawet nie chodzi o te wszystkie techniczne bzdury, ale o stosunki międzyludzkie: każdy agent miękki jak kaczuszka i nic tylko ma wątpliwości i sumienie go gryzie – jak taka sekcja mogłaby działać dłużej niż pół dnia?
    Ale na razie oglądam dalej, bo lubię kopanie tyłków ;)