Śmiertelne wirusy – kolejna z moich najbardziej ulubionych rzeczy na świecie. Ronald D. Moore – twórca odświeżonej Battlestar Galactici, chyba jedynego serialu, który na stacji Syfy osiągnął niezaprzeczalny sukces. Helix – baza na lodowym odludziu Arktyki i tajemnica nieznanego zakażenia. Czego można by chcieć więcej? Paru rzeczy.

Och, jak ja na ten serial czekałam. Z pełną świadomością nie rzucałam się z wywieszonym językiem na każdy wystawiony w internecie kawałek informacji, żeby tylko nie skazić sobie nastawienia i móc odkryć ten serial jak niezbadany ląd – a nie jest to zachowanie, które przejawiam przed każdą premierą. Wszystko przez to, że o śmiertelnych wirusach i zamkniętych na skrajnym odludziu naukowcach mogłam do tej pory poczytać w książkach albo pooglądać przez dwie godziny na dużym ekranie, a teraz będę mogła to robić w każdą sobotę przez kilka najbliższych tygodni. Do pewnego stopnia jest to identyczna sytuacja jak z The Walking Dead, które szturmem wprowadziły moje ukochane zombie na ekrany telewizorów. Czekałam na te trupki z zagryzionymi palcami, czekałam i na śmiertelne wirusy na Arktyce. I wiecie co? Wirusów dostałam tu na pęczki – i jeszcze więcej. Niestety razem z nimi zapędziły się do Helixa inne rzeczy, które najchętniej wyrzuciłabym na ten ich mrożący krew w żyłach arktyczny śnieg.

W zasadzie nie ma sensu nawijać o fabule, bo słowa kluczowe składające się z bazy na Arktyce, naukowców amerykańskiego CDC, nieznanego wirusa, tajemniczych badań i niezrozumiałego zagrożenia wydają się wystarczająco treściwe. Serio, nawet lepiej na tym wyjdziecie – pod warunkiem, oczywiście, że przerwiecie czytanie tego tekstu już w tym momencie, żeby nie dowiedzieć się z niego za wiele (chyba, że już widzieliście, to czytajcie ile wlezie). Tak czy inaczej, dla ułatwienia rozdzielam ten tekst na punkty. Zobaczymy, jak matematyka będzie mi się kalkulować tym razem.

Za: Groza

Opowieść o tajemniczym, niezbadanym i niebezpiecznym wirusie nie byłaby sobą, gdyby nie częstowała nas dawką adrenaliny nieustannie utrzymującą nas w stanie napięcia. „Thriller” to w śmiertelnych wirusach rzecz obowiązkowa, ale w sumie jeszcze lepiej, jeśli jest horrorem. Helix jest zdecydowanie horrorem, i to horrorem zdecydowanie klimatycznym. Atmosfera grozy i tej nieznanej niewiadomej sączy się tu z każdego kąta, zakrętu i pomieszczenia (a nawet spojrzenia), genialnie podkreślana przez zdjęcia, montaż i rewelacyjny dobór muzyki – tak rewelacyjny, że aż dziwaczny, ale tak dziwaczny, że w swym niedopasowaniu wręcz idealny. W pierwszym momencie miałam wrażenie, że kurcze, pewnie nie wyłączyłam Spotify – ale właśnie, że wyłączyłam. To nie będzie Wasz typowy horror, który pozwoli Wam wierzyć, że doskonale wiecie, czego się spodziewać. Jednocześnie Helix to horror umiejętnie zaprojektowany, bo cudownie wolny rozwój akcji bynajmniej się nie ślamazarzy, ale na spokojnie wykorzystuje charakterystyczne dla gatunku motywy – a czasami, jak już wspomniałam, wręcz się nimi bawi. Pod względem klimatu jest więc z całą pewnością udany, a to w tym gatunku już połowa sukcesu.

Przeciw: Główny bohater

Niestety do drugiej połowy sukcesu prawdopodobnie zabraknie Helixowi pary, jeśli nie zrobi czegoś ze swoim głównym bohaterem, ucieleśnieniem cnót wszelakich, świetnym specjalistą, mentorem i człowiekiem bez skazy, który przy całym swym „profesjonaliźmie” potrafi zachowywać się jak rozkapryszona primadonna. Nie wiem, czy odrobinę nie przesadzam, ale trudno wypowiedzieć mi się pozytywnie o człowieku, który zabrania byłej żonie wykonywania swojej pracy, bo się boi, że ją straci. Dr Alan Farragut kompletnie nie przemówił do mnie już na początku serialu, bo jest praktycznie pozbawiony osobowości – jeśli osobowością można nazwać zbiór wszystkich najbardziej standardowych cech głównego bohatera – i we wszystkich scenach zachowuje się dokładnie tak, jak można się tego spodziewać. Mówię takim bohaterom zdecydowanie „nie” i liczę, że Helix skutecznie odwróci od niego moją uwagę (tudzież zrobi mu jakieś kuku – z kuku ewidentnie byłoby mu bardziej do twarzy).

Za: Dialogi

Na szczęście sztuka ta może się serialowi nawet udać, bo bohaterów jest w Helixie znacznie więcej, a każdy co najmniej dwa razy od Głównego Bohatera ciekawszy. Przy czym najciekawsze na razie jest w nich to, że scenariusz całkiem zgrabnie wplótł ich w przedstawione w pilocie wydarzenia. Naprawdę świetnie było oglądać sceny, w których bohaterowie wkraczają do wymagającego zbadania pomieszczenia i pomiędzy przeszukiwaniem kolejnych szafek nawiązują niezobowiązujący dialog o tak zwanym niczym. Szybko wprowadza to atmosferę swojskości, którą tą zimną, odległą bazę na Arktyce ociepla, a przy tym w fajny, naturalny sposób pozwala nam poznać bohaterów bliżej. I jest to o tyle ważne, iż z racji swojego zawodu to ludzie opanowani i zachowujący zimną krew, co nam, widzom, nieco utrudnia nawiązanie natychmiastowej i bezwzględnej więzi. Są fajni, mają jakiś tam charakter i można sympatyzować z ich sytuacją, ale jednocześnie nie są na tyle wyraziści, żeby na przykład zapamiętać ich imiona. Stąd więc dialogi, sceny i sytuacje pokazujące ich w ludzkim świetle zdecydowanie działają na korzyść tego pilota.

Przeciw: Wątek osobisty

No i wracamy do Głównego Bohatera, ale niestety, jest do czego wracać. O ile bowiem przeżyję kukiełkowatego doktora, tak w serialu o śmiertelnym wirusie w odseparowanej bazie na Arktyce absolutnie nie mam ochoty oglądać pseudo-miłosnych dram. Tymczasem jeszcze nim grupa naukowców stawia stopy na powierzchni arktycznego lodu dowiadujemy się, że dr Alan Farragut ma nie tylko brata, który został zakażony, ale do wyprawy namówiła go jego była żona, która ową byłą jest z powodu „incydentu” w ramionach tegoż brata. Rozumiecie, serial tak naprawdę jeszcze się nie rozpoczął, a mnie już opadły ręce. Oczywiście pada stwierdzenie, że mamy się nie martwić, oboje to profesjonaliści, ale jak już wiecie, przynajmniej jedno w sposób profesjonalny wcale się nie zachowuje. I jest to przykre, jest to ciosem, który mnie w tym pilocie naprawdę zabolał, a co gorsza, wybitnie zmartwił, bo nagle przypomniałam sobie, który to wątek tak bardzo odstrasza mnie na myśl o rewatchu Battlestar Galactici… Wszystko wyglądało tak pięknie, więc oczywiście musiało się okazać zbyt piękne, by mogło być prawdziwe…

Za: Konspiracja

Ale za to dobra wiadomość jest jaka, że intryga przygotowana na kolejne jedenaście odcinków już teraz pokazuje pazurki i w co najmniej paru miejscach okazuje się ewidentną niespodzianką. Pewne fakty są widoczne na samym starcie, ale kolejnych warstw pilot Helixa wcale nie stara się zostawić sobie na deser. To kolejna z tych zaskakujących rzeczy, o których wspomniałam wcześniej, i tym samym kolejna, dzięki której premierowe odcinki okazały się tak wciągające. Ważne też, że to właśnie dzięki konspiracji serial może być później naprawdę creepy, tym bardziej, że pewne elementy układanki są rewelacyjnie podkreślane przez samą tylko grę jednego z aktorów (szybko poznacie, którego). I choć w śmiertelnych wirusach nade wszystko uwielbiam element ludzki, tak wygląda na to, że element tajemnicy zatrzyma mnie przy Helixie najbardziej.

Przeciw: Logika

Na koniec trzeba powiedzieć, że pilot nie ustrzegł się jednego z najbardziej irytujących błędów, mianowicie próby bycia cool zamiast serious. Wiadomo, że bardziej cool będzie wyłamanie zamkniętego zamka albo buntowanie się przeciw kwarantannie – przez naukowców, którzy ideę kwarantanny powinni rozumieć jak nikt inny. Szczerze powiem, niektóre z decyzji podejmowanych w trakcie tego pilota wprawiały mnie w zakłopotanie, bo gdzie indziej przełknęłabym je bez skrzywienia, a tutaj wybitnie gryzły mi się z konwencją. W tak dobrze przygotowanym klimacie grozy i konspiracji, wydawały mi się strasznie dziecinne i niepoważne. Nie ma co ukrywać, pod tym względem spodziewałam się trochę więcej.

Czy zatem pilot Helixa był złym pilotem? Nie powiedziałabym, że był jednogłośnie dobrym – złym jednak go nie nazwę, bo tam, gdzie miał być śmiertelny wirus, tam był, tam gdzie miało być strasznie, tam było, a tam gdzie miał zaciekawić, tam zaciekawił. Szkoda jednak, że zawiódł na poziomie w gruncie rzeczy najciekawszym, dając nam póki co stosunkowo wyblakłych bohaterów, a co gorsza, wplatając pomiędzy nich wątek, którego tu zdecydowanie być nie powinno. Jako miłośniczka śmiertelnych wirusów jestem mimo tego w miarę zadowolona, ale do dalszej części sezonu podejdę już na znacznie spokojniej.

  • No cóż. Wymienione przez Ciebie plusy pilota jak najbardziej mnie zaciekawiły i zachęciły do obejrzenia. Z minusów najgorzej będzie z tym brakiem logiki, ale chyba to przeżyję. Główny bohater i jego dramy? Oglądam Tomorrow People dla „funu” (żeby nie powiedzieć „z nudy”), więc totalnie go oleje i skupię się na wszystkim dookoła niego. Przekonałaś mnie, jutro się biorę za pilota! :)

  • Paweł Zarzycki

    Z tego co widziałem wyszła mi raczej nieudolna próba skrzyżowania „The Abyss” z „Andromeda Strain”. IMO strata czasu.

  • Kamil Dzióbek

    Może obejrzę jak trafi do telewizji. Piractwo to grzech.