Na tym etapie prawdopodobnie już przeczytaliście o Guardians of the Galaxy wszystko, co od premiery pojawiło się w necie. To o byciu następcą oryginalnej trylogii Gwiezdnych wojen i mieszanką tak samo wybuchową jak Firefly? Prawda. W zasadzie co tu dodać więcej? Może tylko własne zachwyty nad najlepszą space operą, jaką świat widział od lat.

Nie mam bladego pojęcia, kim są Strażnicy Galaktyki, kiedy powstali, kto ich napisał i właściwie jak wpasowują się w ten wycinek świata Marvela, który kojarzę. Ale to nic. Podobno film lepiej sprawdza się właśnie dla tych totalnie zielonych, bo podobno wcale nie jest jakoś przesadnie wierny komiksom, a to niektórych wkurza. Jeśli o mnie chodzi – i tak nie zauważyłabym różnicy, więc good for me. Bawiłam się za to przednie, wchłaniając awanturniczy klimat przez skórę i zamykając śmiejącą się gębę tylko po to, żeby zaraz rozdziawić ją na widok fruwających statków, strzelających karabinów i niesamowicie genialne dobranej ścieżki dźwiękowej. Przed startem filmu szepnęłam w zasadzie „let’s rock and ride!” I jakaż to była jazda.

A zatem, po kolei:

Fabuła? Jaka fabuła?

Nie, wcale nie chodzi o to, że Strażnicy Galaktyki to film bez fabuły – bez przesady. Chodzi raczej o to, że film, w którym fabuła nie ma aż tak ważnego znaczenia. Prawdę mówiąc, bardzo szybko pogubiłam się kto, kogo i czemu chce zniszczyć – wystarczyło, że chce zniszczyć – ale wcale nie przeszkadzało mi to w oglądaniu pełną parą. Wszystko przez to, że sednem filmu jest pokazanie, jak poznali się bohaterowie i dlaczego postanowili działać razem. Na pierwszy plan wysuwają się interakcje, interakcje i jeszcze raz interakcje – i naprawdę, gdzieniegdzie aż chciałam, żeby ci źli przestali wreszcie wygłaszać swoje farmazony, byle tylko powrócić do tej piątki popaprańców.

Guardians-of-The-Galaxy-HD-screenshots-11

Każdy Strażnik razem i osobno

Wiecie, czym mierzę siłę drużyny bohaterów? Tym, że w chwilach zagrożenia strach chwyta mnie za serce na myśl, że mogłabym stracić choć jednego z nich. Takie przywiązanie zdarza mi się zazwyczaj po kilku odcinkach serialu – w Guardians of the Galaxy zdarzyło mi się już w drugiej godzinie oglądania. Mały chłopiec Star-Lord, nieustępliwa Gamora, wolno-myślący Drax, „jestem Groot” oraz wybuchowy Rocket (Rocket!) to banda tak kolorowa – nie pomijając ras, kształtów i kolorów skóry – że od początku iskrzy w niej od konfliktów interesów. Ich wzajemne docinki, dziecinne kłótnie a później braterskie porozumienie to serce całego filmu i to wokół nich obraca się cała fabuła – nie jakiejś-tam metalowej kuli skrywającej nie-wiadomo-co. Dajcie mi Strażników, a podążę za nimi na krańce galaktyki.

Spirit in the sky? Music in the sky!

Było jasne, że Guardians of the Galaxy będą wymiatali muzycznie nie tylko w trailerach – i tak właśnie wymiatają. Ile razy zginałam się w pół od samego słuchania piosenek, to nie zliczę. Już scena otwierająca z napisami zwala z nóg, a to tylko przedsmak prawdziwej uczty dźwiękowej. Niby oglądamy wielką nową kosmiczną przygodę gdzieś wśród miliarda gwiazd, ale swojskie nuty Jackson 5, Ruperta Holmesa czy duetu Marvin Gaye/Tammi Terrell osadzają ją głęboko w naszej nostalgicznej pamięci. W efekcie czuć, że to film dla dużych dzieci, hołd dla wychowanków komiksowej i nie tylko popkultury, który dziś mogą docenić swoje hobby z pełną świadomością dorosłego widza. Coś pięknego – i potężnego, skoro bez muzyki wszechświat mógłby nie istnieć!

Czy to science-fiction? Czy to przygoda? Nie, to komedia!

To nie jest tak, że Strażnicy Galaktyki są filmem całkiem niepoważnym, ale skłamałabym mówiąc, że nie śmiałam się przez jakąś jego połowę. Humor sytuacyjny, zabawne dialogi, świetne wyczucie absurdu (boże, TA scena z Grootem!) tworzą taką komedię, że naprawdę zastanawiałam się, do jakiej kategorii zaliczyć tę produkcję. Jest tu nawet miejsce na parodię znanych i oklepanych motywów w wątkach romansowych – co podobało mi się szczególnie. To bez wątpienia film znacznie lżejszy i zabawniejszy niż Avengers i wszystkie pozostałe filmy MCU razem wzięte. Idealna rozrywka dla widza poszukującego dwóch godzin totalnego oderwania się od rzeczywistości, idealne połączenie najlepszych elementów przygodowej akcji w kosmosie.

Guardians-of-The-Galaxy-HD-screenshots-1

Kamera, statki, akcja!

Na wspomnienie całej gamy cudownych sci-fi-owych widoków aż przechodzą mnie dreszcze ekscytacji. Nie dość, że działo się tu wszystko – od brawurowych ucieczek i dynamicznych pościgów po szalone walki w przestrzeni kosmicznej – to jeszcze działo się z zapierającą dech w piersiach pompą. Guardians of the Galaxy to wizualny prezent pod choinkę, wspaniale prezentujący się na jak największym ekranie jak to tylko możliwe. Wiadomo, że nie oglądam filmów dla efektów, ale tutaj wszystko pochłaniałam z zapartym tchem. Dla zjadacza widoków, choreografii i futurystycznych technologii to po prostu piękny, przepiękny film.

Bonus: polskie tłumaczenie

Pamiętacie pamiętne „zatkało kakao”? No więc z zaskoczeniem muszę stwierdzić, że tym razem polskie tłumaczenie czaiło bazę i nie tylko obyło się bez kwiatków, ale naprawdę stanęło na wysokości zadania. Jedną z najlepszych scen filmu zdecydowanie lepiej pamiętam w wersji polskiej niż oryginalnej, a to z moich ust coś mówi.

No tak – ale czy Strażnicy Galaktyki mają w końcu jakieś minusy? Mają. Płytką fabułę, o którą już zahaczyłam, albo na przykład dość skrótowe (albo w zasadzie nieistniejące) wprowadzenie do multi-świata. Wszystko jest tu podane na tacy – kosmici, planety, technologia – ale brakuje jakiegoś zakorzenienia. Teraz, po spłynięciu pierwszej fali entuzjazmu, te braki i skróty widzę jak na dłoni, ale też wcale nie umniejszą mi radości z oglądania. To miało być zapoznanie z bohaterami – i było. MCU miało do tej pory kilka filmów, by zapoznać nas z Avengersami, tymczasem Jamesowi Gunnowi i spółce udało się w to jednym. Co tu dużo mówić: brawa!

P.S. Totalnie przegapiłam cameo Nathana Filliona. Damn, muszę iść do kina drugi raz!

  • Film jest przedni, pod wszystkim mogę się podpisać. Jednak miałam wrażenie, że coś jest nie do końca dobrze z tłumaczeniem.

    Zupełnie zapomniałam o cameo Filliona, zresztą nie śledziłam uważnie materiałów promocyjnych i nie poszłam do kina specjalnie podjarana wizją seansu.Wiadomo w której scenie się pojawił?

    • IMDb i inne źródła podają jego rolę jako „Monstrous Inmate”. Gdzie indziej nazywają go „The Kyln”. W każdym razie gdzieś w więzieniu, ale nie dokopałam się, gdzie dokładnie.

      • Kamil Szólc

        A to nie był ten kosmita, któremu Groot wsadził galęzie w nos? ;)

        • Mówisz? Ok, przy następnym seansie będę mu się przyglądać :D

          • Kamil Szólc

            Ktoś, gdzieś tak pisał :) Ja wale za dwa tygodnie drugi raz aż w kinach trochę zelżeje od ludzi :)

    • Beryl Autumnramble

      W trailerze tłumaczenie było dużo bardziej kreatywne, a samym filmie bardziej bliskie oryginałowi, ale wydawało mi się dość solidne, nie było takich kwiatków i mylnych interpretacji jak w Zimowym Żołnierzu.

  • Megapodius

    Z tłumaczeniem byly też problemy.Xandar raz był Xandarem a raz Zandarem

    • Beryl Autumnramble

      Aże specjalnie zwróciłam na to uwagę przy drugim seansie i Xandar stał się Zandarem dokładnie raz, przez resztę był Xandarem. Widać literówka.

      • Megapodius

        Może rzeczywiście tak bylo. Moglo mi się wydać, że było tak wiecej razy bo bardzo zirytowało mnie to.

  • Marr

    Tłumaczenie ssało, fakt.
    To teraz kilka słów ode mnie, jeśli nie wyrzucisz ;)
    http://deusxtv.wordpress.com/2014/08/05/guardians-of-the-galaxy/

    • No dobra, dobra, wiecie, zapamiętałam „pięć fujar stojących sobie w kółeczku” i nie może mi to wypaść z głowy. Szczegóły mi jakoś poumykały :P

      • Beryl Autumnramble

        Pieć fujar było świetne. Takoż „Znajduję cię debilem” oraz „Ty! Coś posiadł Andoriankę!” (czy jak tej rasie było). Ładnie wybrnął facet z „looserów”, zmieniajac ich na „zera”. Z „100% członkiem” mu nie wyszło, ale mam wrażenie, że dystrybutor mógł ostro protestować przy „fiucie”.
        Wolę jak tłumacz tłumaczy z pomysłem a nie jak z podręcznika do danego języka (Zagorzała wieloletnia fanka „Edziu, nie męcz pana, bo ci zdechnie”)

  • Paweł Zarzycki

    Lepsze niż Avengers właściwie pod każdym względem. Reżyseria, scenariusz, rozpisanie postaci, dialogi. Największe przewagi były dwie. W przeciwieństwie do Avengers, gdzie film przypominał jazdę po wybojach: nuda, nuda, fajnie, nuda, fajnie, z GotG leci się jak po autobahnie, od początku do końca gładko, szybko i bez zgrzytów (drobiazgi pomijam). Po drugie Gunn dał każdej postaci czas. Nie „swoje pięć minut”, tylko czas. Rozpisał umiejętnie postacie tak by wszystkie sprawiały wrażenie równorzędnych i ważnych. Zrobił dobrze to, co Whedon u siebie koncertowo schrzanił. Dał zespołowi duszę i chemię.
    Znam na tyle uniwersum Marvela, że niespecjalnie przeszkadzał mi „brak wprowadzenia w multiverse” i nie traktuję tego jako wadę. :)

  • Pingback: Karnawał Blogowy #9 - Bobrownia()