Jakiś czas temu narzekałam, że wśród serialowych nowości na nowy sezon znów zabrakło rasowego kosmicznego sci-fi. Dziś mogłabym ugryźć się w język, bo jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się zapowiedzi niemal samych space oper. Czyżby czasy serialowej fantastyki nareszcie się zmieniły?

Gdy na początku marca nowy szef stacji Syfy – tej samej, która porzuciła Battlerstar Galactikę Stargate Universe, by nie wymieniać innych, na rzecz telewizyjnych horrorów klasy B  – oznajmił, że mają zamiar stać się najlepszą stacją oferującą science fiction oraz wrócić do korzeni, które wg fanów ostentacyjnie porzucili, nieszczególnie wyobrażałam się, że ich plany poznamy tak szybko. Nie, że nie uwierzyłam – przeciwnie, z miejsca się po prostu ucieszyłam. Tak bardzo brakuje mi serialowego kosmosu, że wolę wierzyć w sukces niż bać się porażki. Jednak pomimo kilku lat tęsknoty i oczekiwania, rozumiem – a przynajmniej wydaje mi się, że rozumiem – że na to ogłoszenie nie było miejsca wcześniej. Dziś więc postaram się prześledzić losy serialowej fantastyki, choćby w bardzo ogólnym sensie, w próbie wyjaśnienia, dlaczego koleje jej losu wyglądały tak a nie inaczej.

Na pewno nie raz usłyszeliście, że dawniej było lepiej, a dziś to już tylko równia pochyła. Jeśli spojrzeć na dowolne zestawienie najlepszych seriali fantasy lub science fiction, na szczytowych pozycjach znajdą się przede wszystkim produkcje z lat 90-tych, a więc Star Trek: Następne pokolenieBabylon 5Strefa mrokuZ archiwum X i inneOdświeżona Battlestar GalacticaFirefly czy granicząca na przełomie wieków Buffy: Postrach wampirów wydają się im na tych listach tylko towarzyszyć. Przyglądając się tym tytułom bliżej, ujawnia się ich podstawowa wspólna cecha: silna, głęboka i treściwa fabuła, która wydobywa z gatunku to, co najlepsze, pozostając jednocześnie trafnym komentarzem rzeczywistości. Nieważne, że dawne możliwości techniczne pozostawiały wiele do życzenia, dziś wciąż bardzo dobrze te tytuły wspominamy, a w dużej mierze chętnie do nich wracamy.

Tych uznanych jest jednak niewiele, a obok znajdują się produkcje marne – tak marne, że gdy próbuję przypomnieć sobie konkrety, kompletnie umykają mi z pamięci. Co tam było? Serialowe przygody Conana i Sindbada, jakiś kosmiczny posterunek, policjanci podróżujący w czasie, władcy zwierząt? A to i tak tylko garstka, która przedarła się pomiędzy nasze granice. Zapomniałam o nich łatwo, bo i nie było czego pamiętać – nudnych, powtarzalnych scenariuszy, kiepskich efektów, kostiumów i scenografii, słabo napisanych i obsadzonych bohaterów. Tamten okres nazywam czasem eksperymentów, próbami wykorzystania nowych technologii i przekonaniem widzów do „fajności” fantastyki. Niestety, próbami niezdarnymi, bardziej skoncentrowanymi na luźnych, pojedynczych przygodach, które nie wymagają od widza dużego skupienia, wykorzystujących na dodatek najbardziej oklepane i najprostsze motywy fabularne gatunku. Idea teoretycznie szlachetna, efekty do zapomnienia – ja, przynajmniej, zapomnieć o nich chcę.

Fast forward do przyszłości i nagle od seriali fantastycznych nie można się odpędzić. Dostaliśmy statki kosmiczne, obce planety, duchy, wilkołaki, wampiry, przygodowe fantasy, urban fantasy, supernatural fantasy, horror fantasy, cyberpunki, transhumanistyczne sf, zombie, inwazje i postapokalipsy, space opery małe i duże, powróciliśmy do znanych światów, zniszczyliśmy jedne, odkryliśmy nowe. Świat zachłysnął się fantastyką tak bardzo, że z trudem można już odróżnić, co do niej przynależy, a co nie. Czas eksperymentów minął, zakończony sukcesem, a gatunek tak bardzo przeniknął do świadomości masowej potencjalnych odbiorców – a przynajmniej bardziej niż kiedykolwiek – że nastał czas zbierania plonów. Przekształcania, formowania i ugniatania fantastyki w kształty, które dopasują się do wyobraźni tysięcy. Fantastyka stała się popularna, ba, mile widziana. Pod jednym warunkiem: ma się sprzedać.

Zaczęła się gra w bezpieczne. Najbardziej cenione seriale, zabierające nas w odległe wszechświaty, grzęznące w moralnych niejednoznacznościach i poruszające się po niewygodnych terytoriach albo szybko pożegnały się z ekranem, niedocenione i niezrozumiane przez widzów, albo zmąciły swój obiecujący potencjał do poziomu niestrawnej papki. Nastała więc era nieskomplikowanych supernaturalnych romansów, rodzinnych końców świata, baśniowych przygód w krainach nie odwiedzanych od dzieciństwa. Fantastyka zmieszała się z mainstreamem, z jednej strony pokazując nam coraz ładniej wykreowane środowiska, z drugiej oferując motywy mniej lub bardziej lekkostrawne, bez trudu nadające się do przełknięcia dla każdego. Telewizyjne ramówki zalały gatunkowe hybrydy, które, choć znalazły wystarczająco dużo adoratorów, by utrzymać się fali, nie zadowalały w pełni tych prawdziwych hardcorowców spragnionych poważnych, dojrzałych i trudnych tematyk. Kolejne zawody, jedne po drugich, sprowadziły ich do pozycji obronnej, w której rzadko która propozycja nie jest przyjmowana z chłodną kalkulacją.

To sytuacja oczywiście znacznie uproszczona, ale w wg moich obserwacji całkiem, w głębi natury, prawdziwa. Doskonale ją też rozumiem, wszak z największą przyjemnością obejrzałabym serial zarówno popularny (żeby utrzymywał się w ramówce), jak i dobry (żeby zadowalał moje wysokie gusta). Najlepiej, żeby zawierał właśnie te upragnione statki kosmiczne, obce planety i nieznane niebezpieczeństwa. O, i zombie (w kosmosie!). Zdaję sobie jednak sprawę, że przy obecnych trendach – erze grania w bezpieczne – takie życzenia pozostają w sferze marzeń. A w każdym razie pozostawały, bo oto wszystkie znaki na niebie i ziemi wydają się wskazywać, że wkraczamy w erę eksperymentowania 2.0.

Bezpieczeństwo się opłaciło. Widzowie przyzwyczaili się do swoich seriali, poznali inne rzeczywistości, otworzyli oczy na niesamowite historie, o których wcześniej im się nie śniło. Dostrzegli – lub być może zostało im wskazane – że w tych światach i w tych historiach kryje się jeszcze większy, jeszcze ciekawszy potencjał. Nie tylko utrzymywały widownię, ale zyskiwały prestiż. Po kolei, bez pośpiechu, ale odważnym krokiem wystąpiły więc niespodzianki, które przy prostych założeniach pokazały multum niespodziewanym treści oraz  nieoczekiwanie wysoki poziom. Historie o podróżach w czasie i moralnych implikacjach klonowania, choć wciąż zakotwiczone w bezpiecznym porcie znanej rzeczywistości, udowodniły, że fantastyka, poza byciem fajną, może też mieć sporo ważnego do powiedzenia. Te dwa sukcesy, wraz z popularnymi opowieściami blisko-fantastycznymi i wciąż niezaspokojonym głodem domagającymi się prawdziwego sci-fi, nagle utorowały ścieżkę, którą coraz śmielej mogą podążyć inni.

I tak wkroczą na nią retro koloniści uciekający przez zimną wojną, trójka kosmicznych łowców nagród, okupowani przez wrogie siły aniołów partyzanci, podróżnik w czasie w poszukiwaniu dwunastu małp, zombie postapokalipsa trzy lata po wybuchu, epicka konspiracyjna space opera, wojna o przyszłość w antycznym Rzymie. Trudno powiedzieć, czy którekolwiek z tych tytułów odniesie sukces, trudno powiedzieć, czy nawet się spodoba – ale zdecydowanie widać, że jeszcze kilka lat temu każdy jeden mógł stanowić dla stacji finansowe ryzyko. Dziś Syfy podejmuje rękawicę, wymienia sprawdzone, bezpieczne rejony na może i odkryte, ale świeżo odkurzone terytoria, po których poruszać się będzie zdane prawie zupełnie na siebie. Ale nie można już cofnąć się dalej, nie powtarzając w kółko tych samych, wielokrotnie przemielonych pomysłów. Teram można już tylko podążyć wprzód, śmiało wykorzystując doświadczenia ostatnich lat. Może się nie uda, ale z drugiej strony – dlaczego miałoby nie?

Będę się śmiać, jeśli to właśnie Syfy wyprowadzi fantastykę z dołka, jednak mimo przeżyć, bolesnych zawodów czy kasacji ulubionych tytułów, nie widzę powodów, by nie wierzyć w możliwość tego sukcesu. Decyzja nie przekraczania 13-stu odcinków na sezon już nie raz udowodniła, że jest dla fabuły zbawienna, a jeśli kilka lat nauczek, zawodzeń i obserwacji zaowocowało chociażby zagraniem producentom na ambicji, to uważam, że jest się z czego cieszyć. Ambicje są dokładnie tym, czego serialowa fantastyka potrzebuje.

  • Ziuta

    Mnie też podekscytowały wieści o zmianie linii programowej przez nowie kierownictwo SyFy/SciFi. Oczywiście jestem podejrzliwy, bo nie da się tak łatwo przeskoczyć od megarekinów do ekstraklasy. I liczba zamówień jest aż za duża, jak na możliwości stacji. Ale cóż – może czeka nas miła niespodzianka :)
    A jeśli chcesz „upragnione statki kosmiczne, obce planety i nieznane niebezpieczeństwa. O, i zombie (w kosmosie!)”, to właśnie The Expanse na podstawie trylogii Corey’a będzie właśnie o tym :)

    • Najszybszy komentarz ever ;)

      No i teraz chyba przed serialem sięgnę po książkę ^^

      • Ziuta

        Hehe :)
        „Przebudzenie Lewiatana” nie jest w żadnym stopniu wybitne, ani oryginalne, ale może dlatego właśnie zostanie zekranizowane – producenci pewnie chcieli mocnego średniaka korzystającego z osiągnięć wypracowanych przez klasykę SF. No i mógł pomóc fakt, że autorzy (Corey to pseudonim dwóch pisarzy) to kumple Martina – zadziałała magia nazwiska :)

        • Q’las

          A ja wciąż czekam na ekranizację „Hyperion’a” Don Simmons’a…

        • W sumie to ciekawe: zaczęłam szukać książki na Amazonie i widzę, że już jakiś czas temu dodałam ją do listy życzeń. Sama wiem, co dobre ^^

          • Paweł Zarzycki

            Simmons to klasyka. Polecam cały cykl Hyperiona, w kategorii SF nie znać tego, to jak nie znać Władcy Pierścieni w fantasy. A ogólnie to z Simmonsa świetne jest jeszcze: Ilion i Olimp (dylogia, zalecana znajomość mitologii greckiej) oraz Drood (zalecana wcześniejsza znajomość twórczości i biografii Dickensa). :)

      • rob

        jeśli chcesz zombie w kosmosie to polecam 4 odcinek space dandy to co prawda anime ale ten epizod im wyszedł ;)a co do SYFY widać że ciągłe pytanie na tweterze a kiedy dacie nam space opere a kiedy dacie nam space opere…..;D dało w końcu pożądany efekt :)

  • Ja jestem w tak przyjemnym szoku, gdy myślę o tym ile fajnych produkcji już teraz powstaje, a ile jeszcze fajniejszych nas wkrótce czeka… że aż… no… gęba mnie boli od uśmiechania się :)
    A co do SyFy: wiem, że to stacja od megasharków i innych tornado-monstrów. Ale zrobili też arcy-fajne miniserie „Alice” i „Tin Man”. Mają więc mój kredyt zaufani

    • No ja widzę przebłyski geniuszu nawet w średnim „Defiance”, poza tym wiem, na co ich stać po BSG, SGU i W13, więc w sumie nigdy nie przestałam wierzyć. Ale najwyższy czas, żeby pozbyć się ostatnich wątpliwości ;)

    • De gustibus, ja akurat obu tych miniserii szczerze nie znoszę.

  • SyFy musiałby stworzyć prawdziwe arcydzieło, żebym wybaczyła mu skasowanie SGU, ale podobno każdy zasługuje na drugą szansę. I jak to policjanci w kosmosie są nieudani, zaraz zaczynam to oglądać i oczekuje po nich co najmniej dobrej zabawy.

  • mg

    To ja idę sobie obejrzeć jeszcze raz Stargate…

  • ghost

    Tęsknie za całąserią Stargate