Wszystkie bronie lepsze od miecza

link-sword-featured
Okropnie nie lubię w grach mieczy. Nie lubię ich od bardzo dawna – jeszcze za czasów grania w pierwszego Baldur’s Gate – ale im dłużej siedziałam przy Assassin’s Creed II, prawda ta zaczynała objawiać mi się coraz silniej. Wszystko przez to, że znajdujące się tam menu w jakiś sposób uniemożliwia defaultowe podmienienie miecza na inną broń i za każdym razem musiałam przestawiać go ręcznie. Ewentualnie nie odkryłam jeszcze, w jaki magiczny sposób tego dokonać – ale wtedy nie byłoby tego wpisu. Tak czy inaczej, straszliwie mieczy nie cierpię i nie cierpię uzbrajać w nie swoich postaci, nieważne jakich bonusów by nie dawały i jakich obrażeń nie zadawały. Więc stworzyłam listę innych broni, które w grach są od miecza znacznie fajniejsze.

Cała ta niechęć sprowadza się do jednego: uważam miecze za broń niesamowicie nudną, pospolitą i pozbawioną charakteru, a ich technikę walki za toporną i nieciekawą machaninę odartą z jakiekolwiek finezji. Miecz to podłużny kawałek wyprostowanego metalu, skrzyżowany u nasady z innym mniej lub bardziej podłużnym kawałkiem metalu, który może, ale wcale nie musi, być nieco ładniejszy. Zasada prosta jak konstrukcja cepa – i nudna jak flaki z olejem.

Dokładnie tak samo nudna, jak gros typowych bohaterów pierwszoplanowych. Standardowy bohater pierwszego planu dostaje do ręki standardowy miecz, ci co fajniejsi standardowo mogą zamiast niego dostać katanę (bo bohater z kataną standardowo robi się od razu bardziej cool), a jak wiadomo, standardowe rozwiązania są zazwyczaj najmniej ciekawe. Popatrzmy np. na Final Fantasy. W VII mamy Clouda posługującego się absurdalnie przerośniętym kawałkiem metalu, który miał zapewne ukryć fakt, że to bohater standardowo prawy, poświęcający się w imię dobra i w porównaniu z innym postaciami całkowicie blady charakterologicznie (udawanie, że nic go nie obchodzi, a potem mentalne załamanie niczego tu nie usprawiedliwiają). W VIII jest Squall dzierżący rozpoznawalny już gunblade, ciekawe połączenie miecza i pistoletu. Squall jest z początku zimny i obojętny – co teoretycznie jest ciekawym wstępnym założeniem na bohatera – ale znów okazuje się, że to tylko maska skrywająca jego zakorzeniona szlachetność. W X i XII są Tidus i Vaan – obaj dosyć do siebie podobni, bo weseli i beztroscy, ale posiadający silne poczucie dobra (Tidus dostał też miecz niestandardowy, ale nie doprawienie charakteru). W XIII znów powrót do gunblade i postaci kompletniej pozbawionej ikry, bo pomimo napadów gniewu Lightning jest dokładnie taka, jakiej po standardzie można oczekiwać. Wystarczy postawić naprzeciwko nim Zidane’a z IX, żeby zobaczyć, że jeden mały złodziejaszek ma więcej osobowości niż cała piątka razem wzięta.

Tego typu standardowość mnie denerwuje, więc pospolitość miecza również, ale nie tylko. Szukając obrazków do tego wpisu dokładniej przyglądałam się Glamdringowi i Andurilowu (jednymi z najpiękniejszych, plotka głosi, mieczy we Władcy Pierścieni), przy okazji cały czas mając w głowie scenę pojedynku Brienne i Jaimiego z drugiego odcinka 3. sezonu Gry o tron oraz Ogara z Lordem Bericiem z piątego – i w absolutnie żadnym przykładzie nie potrafiłam dostrzec ani piękna w konstrukcji, ani estetyki w technice walki. Machnąć, grzmotnąć, zapomnieć. W większości przypadków miecz jest dla mnie za długi i nieporęczny (bo „sztywny” kawałek metalu nie posiada kształtu wspomagającego naturalny, płynny sposób poruszania się), wymagający szerokiego pola do zamachu, a do tego więcej siły niż gracji. O niezgrabnych dwuręcznych kolosach nie wspominając (a o tarczach już w ogóle zapominając). Właśnie ta gracja, to niemal artystyczne piękno w technice walki, oraz szybkość, subtelność i precyzja – oraz dynamika – w każdym pojedynczym ruchu stanowią dokładnie to piękno, które tak cenię w broni białej. I stąd dzisiejsza lista wszystkich broni, które standardowy miecz przewyższają pod każdym aspektem.

1. Sztylet

assassins-creed-1-knife-f

Bezwzględnie. Teoretycznie mini-miecz, ale obracający całą sprawę o 180 stopni. Sztylety są krótsze, więc wymagają mniejszego dystansu, co z kolei wymusza perfekcyjne wytrenowanie w szybkim i wprawnym atakowaniu. Trzeba umieć się poruszać, i to umieć poruszać się z prędkością błyskawicy. Co więcej, nawet, jeśli sztylet ma zupełnie prostą, lub prostą ale zaostrzoną klingę, jej krótkość w znacznie wygodniejszy sposób przedłuża ramię, bo nie obciąża go ani nie wymusza przesadnej siły. Dzięki temu walka sztyletem przypomina lekki i wyrafinowany taniec, a już zwłaszcza – a w zasadzie tylko wtedy – jeśli sztylet trzyma się ostrzem do dołu. Taki uchwyt uwielbiam zresztą we wszystkich możliwych konfiguracjach, bez względu na to, o jakim sztylecie mowa – wliczając w to nawet co ciekawsze krótkie miecze (że już o świetlnych nie wspomnę). Przy czym nie chodzi wcale o zwiększenie sobie stopnia trudności, ale o precyzję – i wygląd. Uwielbiam te zamaszyste ruchy, by ciąć przeciwnika po gardle, a potem obrócić się zwinnym piruetem i ułamku następnej sekundy wbić ostry koniec w bebechy drugiego. To oczywiście opis prosto z Assassin’s Creedów, bo tam wygląda to najpiękniej, jak w grach do tej pory widziałam, ale te ruchy hipnotyzują mnie w każdej formie, szczególnie w przypadku postaci z dużego ekranu. Bohater ze sztyletem dostaje ode mnie automatyczny bonus do charyzmy.

Sztylet naturalnie wiąże się bowiem z ustalonymi skojarzeniami: jako broń krótkiego zasięgu wymaga nie tylko zwinności, ale ryzykanckiego usposobienia, stąd idealnie pasuje do pewnego rodzaju bohatera. Szelmowscy, zawadiaccy, pyszałkowaci – jeśli taka postać pojawia się na którymkolwiek planie, z dużym prawdopodobieństwem będzie posługiwać się sztyletem, a najlepiej dwoma, najlepiej orientalnymi, naraz. Pewne siebie łobuzy, bez względu na płeć, to zazwyczaj najbarwniejsze postacie danej produkcji, rzadko jednak pełniące główną rolę – z wyjątkiem Zidane’a z Final Fantasy IX, który jest niemal podręcznikowym przykładem mojego ulubionego typu bohatera (oraz do pewnego stopnia Ezio, którego ukryte ostrza mówią wszystko o jego profesji zabójcy), nikt inny nie przychodzi mi do głowy. Z pewnością kojarzycie jednak Isabelę z Dragon Age II (której klasę oczywiście skopiowałam dla siebie) czy Kirosa z Final Fantasy VIII (który jest przy okazji fajnym przykładem na szydercę dystyngowanego), nie wspominając o całej masie cRPG-ów i jRPG-ów, w których ze sztyletów można korzystać do wyboru, do koloru.

Natomiast wyobraźcie sobie dylemat, kiedy ulubionym żółwiem ninja jest wesołkowaty Michaelangelo, ale to pochmurny Raphael posługuje się sai…

Na koniec, dla jasności, pod mianem „sztylet” kryją się oczywiście najróżniejsze ostrza, od klasycznych, przez orientalne, do nowoczesnych. Stiletto, sai, kukri, kris, kard, dżambia, katar, wakizashi, cokolwiek znajdzie się w menu z bronią. Także te prześliczne elbow blades, jakimi posługuje się Talim w Soul Caliburach. W cRPG-ach sztylet najchętniej paruję z inną bronią, bo oprócz niej samej bardziej uwielbiam tylko walkę dwiema naraz. Stąd często idę na kompromis – bo zaraz obok sztyletów najbardziej cenię sobie…

2. Szabla orientalna

prince-of-persia-sands-of-time-game-f

Bez względu na semantykę i kontrowersje, jakie z niej wynikają, broń popularnie zwana w grach sejmitarem (błędne tłumaczenie angielskiego scimitar) to dla mnie momentami większa pokusa niż najbardziej zakrzywiony i najszybszy sztylet. W celu uniknięcia problemów z nazwą, określam tę broń – i wszystkie jej rodzaje – bardziej uniwersalnym mianem szabli orientalnej, bo „bułat” jakoś nie przechodzi mi przez gardło. Tak czy inaczej, szabla orientalna to szybkość i skuteczność w pociągającej opływowej formie. W przypadku sztyletów nie napisałam bowiem wprost, że znacznie bardziej kręcą mnie bronie sieczne, pochodzenia blisko- lub dalekowschodniego, bo można z nimi tańczyć, obracać się i wirować w tak naturalny i tak miękki sposób, jakby było się piórkiem na wietrze. Nie pisałam też, że przez kilka lat trenowałam chińskie sztuki walki i do dziś chowam w domu ćwiczeniową szablę chińską, z którą w taki właśnie sposób sama tańczyłam. Tradycyjny, siermiężny miecz w porównaniu z szablą to niemal prymitywny patyczek z ołowiu, który nawet w połowie nie osiąga takiego wdzięku w ruchach.

A do tego jak te szable wyglądają! Od samego patrzenia na tę zakrzywioną klingę pojawiają mi się gwiazdki w oczach. W porównaniu z pięknem ostrza, wszelkie ornamenty na rękojeściach to tylko miły dodatek dla oka. Ale co jeszcze piękniejsze, design niektórych szabli potrafi daleko wykroczyć poza ich tradycyjną formę, czego dowodem niech będą chociażby miecze elfów z Władcy Pierścieni. Wierzcie mi, moje artystyczno-ruchowe zmysły są w siódmym zbrojeniowym niebie.

Szablę orientalną uwielbiam tak pojedynczo, jak w wielu połączeniach (abstrahując oczywiście od stopnia realizmu). Moja postać w Neverwinter Nights 2  biegała z sejmitarem i kukri, w Neverwinter Nights dorobiłam się sejmitara płonącego (takiego jaki miał Memnon w Królu Skorpionie), a jedyny powód, dla którego kiedykolwiek wybieram granie Yun-seongiem w Soul Caliburach jest jego oręż (bo koleś jest dla mnie zdecydowanie za wolny). Walka w Prince of Persia: The Sands of Time nie byłaby nawet w połowie tak wciągająca, gdyby nie bitewne akrobacje wykonywane z szablą przez Księcia. Z kolei szabla Księcia z Prince of Persia (2008) na pierwszy rzut oka wydawała mi się zbyt długa, ale cuda, jakie wyprawiał z nią bohater całkowicie to wrażenie we mnie unicestwiło. Szabla orientalna to zresztą doskonałe odzwierciedlenie mojego niesłabnącego zachwytu nad orientem, więc nic dziwnego, że wszelkie nawiązania do tego settingu przyciągają mnie jak ćmy do ognia. Mówiąc krotko, gdzie szabla, tam ja.

3. Wachlarz

kitana-f

Z wachlarzem sprawa jest o tyle skomplikowana, że kojarzę tylko jedną grę, w której pojawia jako broń (jak widać na załączonym obrazku), a jeśli miałaby wystąpić w innych, wymagałaby odpowiedniego środowiska, najczęściej będąc jednocześnie bijatyką. Wachlarz jest więc bronią stosunkowo mało popularną, a szkoda, bo w odpowiednich rękach stanowi śmiercionośny – i niezwykle oryginalny – środek do zabijania. Nie mówiąc o tym, że szalenie efektowny – i to również wiem z doświadczenia, ponieważ z wachlarzem też ćwiczyłam i też nadal go posiadam (co więcej, mam automatyczne odruchy, więc nie dawajcie mi do ręki kruchych wachlarzy do wachlowania…).

Niestety, nie jestem na bieżąco z serią Mortal Kombat, więc ciężko mi powiedzieć, co z wachlarzem robi Kitana w jej najnowszej odsłonie, ale generalnie rzecz biorąc, tego ciekawego przedmiotu można używać na kilka sposób. Uderzenie złożonym wachlarzem, nawet jeśli jest wykonany z drewna, zadaje nie lada ból, szczególnie biorąc pod uwagę, że atakuje się wtedy punktowo. Jedno wymierzone w czułe miejsce uderzenie potrafi skutecznie wyłączyć przeciwnika z akcji. Wachlarzem rozłożonym można z kolei ciąć, zwłaszcza, jeśli ma zaostrzone stalowe końce. Można nim też na krótki dystans rzucać. Na koniec rzecz najzabawniejsza: wyobraźcie sobie huk, jaki wydaje wachlarz rozkładany jednym błyskawicznym ruchem. Nieobytego z nim wroga można w ten sposób skutecznie zbić z tropu.

Wszystko to sprawia, że wachlarz to broń nie tylko efektywna, co nieodzownie związana z prędkością i zaskoczeniem, ale – ponownie – rzadko w mainstreamowych grach stosowana. Wyobrażam sobie natomiast, że jest ich niemało w produkcjach ze Wschodu (nasuwają się tytuły takie jak Samurai Warriors czy Dynasty Warriors), ale akurat nigdy nie miałam z nimi w takiej formie styczności. Cieszyłabym się za to, gdyby wachlarz na stałe wszedł do kanonu broni wykorzystywanych przez bohaterów serii Soul Calibur, bo pod hasłem „broń w grach”, bijatyka Namco nasuwa mi się jako pierwsza w kolejce. Czego dowody znajdziecie chociażby poniżej.

4. Kij

kilik-kij

Broń, która całkowicie zawraca mi w głowie – co pod pewnymi względami można odczytywać wręcz dosłownie. Z drugiej strony to też idealny przykład na to, że od miecza może być coś jeszcze prostszego. Na szczęście kij (mowa tu o kiju bō) unika wszelkich niezgrabności poprzez prosty fakt, że jego technika walki ma się do miecza jak pięść do nosa. Po pierwsze to broń dystansowa, po drugie obuchowa, po trzecie absolutnie dwuręczna, a po czwarte niesamowicie finezyjna. Wydaje się, że nie ma nic prostszego niż zbić komuś gębę czymś, co praktycznie nie różni się od kija do miotły, ale w rękach wprawionego artysty to śmierć (lub w lepszym wypadku obicie) namalowane ledwo widzialnymi pociągnięciami pędzla. Jestem tymi pociągnięciami całkowicie oczarowana.

Opanowanie walki kijem nie należy do łatwych, zdecydowanie przewyższa on pod tym względem techniki wszelkich sztyletów, szabli i wachlarzy razem wziętych. Z racji tego, że wymaga ogromnej cierpliwości, zręczności i wewnętrznej kontroli, najczęściej trafia w ręce postaci powściągliwych, charakteryzujących się rezerwą i umiejętnością zachowania zimnej krwi. Kilik z Soul Caliburów jest tego idealnym uosobieniem. Automatycznie nasuwają się również skojarzenia z postaciami druidów i magów, szczególnie z Baldur’s Gate i pokrewnych, choć w późniejszych tytułach zwykły kij słusznie zamienił się w śmiercionośną czarodziejską laskę. Kij nie ominął również mojej ukochanej serii Final Fantasy, zwłaszcza trzech Tacticsów, w której przewija się klasa tradycyjnie kojarzonych z tą bronią mnichów, gdzie to kij ma przewagę nad mieczem z racji swojego zwiększonego zasięgu. No i oczywiście nie mogę doczekać się zobaczenia, co z kijem wyprawia Jade w Beyond Good and Evil.

Z kijem również ćwiczyłam osobiście, choć w najśmielszych marzeniach nie wyobrażałam sobie, by kiedykolwiek osiągnąć stopień zaawansowania znany u mistrzów wschodnich sztuk walki. Bo o jeśli o kiju mowa, jakoś zupełnie nie potrafię zilustrować go sobie w rękach wojaków z Zachodu. Gdzie ta subtelność, gdzie ta prędkość, gdzie ta nieziemska sprężystość, zwinność i gracja? Wtedy właśnie widać, jak nieporęcznym i niepraktycznym kawałkiem drewna kij może się stać – a to przecież najdoskonalsza zmyłka, jaką można zaserwować przeciwnikowi.

5. Laska czarodziejska

da-mor-wyn

No dobrze, ale ja wciąż tylko o broni jako narzędziu walki, a jeśli o samą walkę chodzi, walczyć można w końcu na kilka sposobów. Zatem jeśli nie broń, to oczywiście magia – a jeśli magia, to na pewno nie prosty kawałek różdżki, ale potężny (metaforycznie) kij z magicznymi właściwościami. W zasadzie grę magami wybieram niemal w połowie przypadków (zależy od gry), a w przypadku gier drużynowych to zawsze magowie lądują u mnie z największym kontem zabitych (nigdy nie zapomnę mojej ukochanej czarodziejki z Icewind Dale II, która otworzyła mi oczy na moc i potęgę czaromiotów). Preferuję jednak magię ofensywną lub wspomagającą – wszelkie iluzje, nekromancje czy przemiany jakoś zupełnie do mnie nie przemawiają. Co innego jednak przypalić przeciwnika przez kulę ognia nonszalancko rzuconą z bezpiecznej odległości, a co innego zdzielić go błyskawicą, gdy ten zbliża się tuż na wyciągnięcie ręki.

I tutaj na scenę wkracza Dragon Age, a właściwie Dragon Age II – gra, która nie zachwyciła mnie niczym z wyjątkiem dynamicznego i chaotycznego systemu walki. Czysta zajebistość, jaką oferowała klasa złodzieja praktycznie rozłożyła wszystkie inne na łopatki, ale wielokrotnie w środku walk niepotrzebnie obrywałam po łbie, bo zbyt długo kątem oka gapiłam się na magów. Bo magowie w Dragon Age II reprezentowali dokładnie to, co w magii – w domyśle: bitewnej – lubię najbardziej. Krótki czas inkantacji, rzucanie czarów z ręki, zamaszyste ruchy, wykorzystanie laski jako katalizatora, użycie jej do walki wręcz, słowem niekończący się taniec barw, dźwięków i ciał zmieszany w jeden zjawiskowy efekt, od którego nie mogę odwrócić oczu. Od czasu Dragon Age II stanie z boku i rzucanie czarów zza pleców opancerzonych towarzyszy już nigdy nie będzie takie fajne.

Magia była też moją ulubioną bronią w… Pokemonach. Nie mogłam spać spokojnie (czyt. ruszyć się nawet o krok do dalszego etapu), dopóki nie złapałam sobie Abry lub innego psychicznego Pokemona (a jeśli dobrze pamiętacie, łapanie tych małych choler potrafiło przyprawić o wyrywanie sobie włosów), bo po ewolucji w Alakazam mogłam pokonać nią wszystko i wszystkich prawie za jednym atakiem. Z kolei moimi ulubionymi klasami z Final Fantasy nieustannie są Blue Mage i Red Mage (tak, w Final Fantasy są fajniejsi nawet od złodziei). Zresztą Yuna, Summonerka i White Mage, w późniejszych etapach Final Fantasy X zadawała takie obrażenia, że pozostałych postaci mogłam w ogóle nie tknąć (choć gdybym zdobyła ostateczną broń dla Lulu, sytuacja byłaby jeszcze fajniejsza). Z kolei dynamiczny system walk z Final Fantasy XII, mojej ulubionej części serii, sposobem używania magii w środku starcia zachwycał mnie najbardziej.

Spośród wszystkich wymienionych broni, magia posiada również najbardziej zróżnicowany charakter. W pierwszej chwili jednogłośnie – i coraz częściej – kojarzy się z ponętnymi czarodziejkami, z drugiej wciąż przewija się obraz siwobrodego czarownika, ale tak naprawdę magia pasuje do wszystkich postaci. Czy mały, czy duży, czy zły, czy dobry, czy intro-, czy ekstrawertyk, czarować może każdy, osobiście wyznaczając sobie swój własny styl. Na przestrzeni dziesiątków historii magowie mogą ukazywać się pod dziesiątkami form, a każda może się od siebie różnić jak dzień od nocy. To zresztą jeden z ciekawszych motywów ogólnie – czy to magia jest zła, czy to mag do zła ją wykorzystuje, i na odwrót. Teoretycznie miecza i innych broni również można używać w służbie jednego czy drugiego, ale używanie miecza będzie zawsze takie same – podczas gdy używanie magii nie. Jeśli chodzi o możliwości, magia jest nieograniczona.

6. Miecz chiński

xianghua-miecz

A teraz, dla przeciwwagi, wyjawię Wam – bo nie, że oszukałam – że spośród tych wszystkich nudnych i standardowych mieczy, które wywołują we mnie taką niechęć, jest jeden, i tylko jeden, który niezmiennie wywołuje we mnie zachwyt. To miecz chiński, czyli jian, który poza podobnym (bo nie identycznym) kształtem ma ze standardowym mieczem niewiele wspólnego – a wręcz jest niemal jego całkowitym przeciwieństwem. Różnice widać już w samej konstrukcji, bo z racji lekkości i cienkości ostrza, miecz chiński już na pierwszy rzut oka prezentuje się o wiele bardziej elegancko. Dalsze różnice wychodzą na jaw przy stylu walki: podczas gdy standardowego miecza używa się głównie siłowo i głownie do cięć, miecz chiński stosuje się głównie szybkościowo i głównie do kłuć. Ataki mieczem chińskim są więc precyzyjne, błyskawiczne i odznaczające się nadzwyczajną gracją, tym bardziej, że zamiast bloków stosuje się w nich uniki. Ostrze, pomimo długości, jest także stosunkowo elastyczne, co dodatkowo wspomaga finezję w ruchach. Całościowego charakteru dodaje mu w końcu podwójny pompon doczepiany dla równowagi do głowicy. To bezwzględnie jedna z najpiękniejszych broni, jakie w życiu widziałam – i jakie osobiście miałam w ręku. Bo z mieczem chińskim również trenowałam.

Niestety – ponownie – miecza chińskiego jest w grach jak na lekarstwo. Sytuację ratuje  niezawodna w większości seria Soul Calibur, w której mieczem chińskim posługuje się akurat moja ulubiona bohaterka. Mój wybór padł na Xianghuę praktycznie defaultowo, bo jeszcze zanim zrozumiałam, jaką broń dziewczyna dzierży, wiedziałam – i nie myliłam się – że będzie to najszybsza postać w grze. Zmieniło się to odrobinę po wprowadzeniu na scenę Talim, którą również od czasu do czasu grywam, ale niesamowicie taneczny styl walki Xianghuy już ze mną pozostał. Miecz chiński w pełni świadomie wybrałam również dla swojej postaci w Jade Empire, a choć w grze daleko nie zaszłam, pomimo wszelkich trudności związanych z walką ani myślałam o innym wyborze.

Jeśli jednak nie mieliście do czynienia z mieczem chińskim w grach, to na pewno widzieliście Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka, gdzie samego miecza, jak i wiele innych broni, można naoglądać się do rozpuku. Generalne podsumowanie nasuwa się jedno: za mało gier dziejących się w historycznych Chinach.

Ale…

… wiecie, co jest od standardowych mieczy jeszcze gorsze? Bo tak piszę o tych wszystkich fajniejszych alternatywach, ale jeśli postawi się mnie pod murem i nie da się mi wybrać nawet łuku (który też lubię, ale nie jakoś przesadnie), to standardowy miecz wezmę bez gadania za każdym razem, jeśli inaczej miałabym walczyć toporami, maczugami, morgensternami, cepami, młotami czy całym tym innym niedźwiedziowatym złomem. Nie znoszę, naprawdę nie znoszę, tego typu broni, i używam je wyłącznie w formacjach drużynowych (albo do tłuczenia golemów w Twierdzy D’Arnise, o których odporności na broń sieczną dowiedziałam się o wiele za późno – ale młoda wtedy byłam, i głupia). Jak można wywnioskować ze wstępu, nie rusza mnie też powszechna zajebistość katany – proste i sztywne ruchy to nie to, czego w broni białej szukam.

Z drugiej strony jestem też względnie tolerancyjna względem rapierów, bo to elegancki oręż, podobnie jak większość powyższych nastawiony na szybkość i precyzję. Dosyć lubię także broń miotaną, włócznie i halabardy, jak również wspomniane wyżej łuki. Nie przepadam z kolei za kuszami, które są od łuków znacznie mniej wyrafinowane. Każdy może postrzelać sobie z kuszy, strzelania z łuku trzeba się nauczyć.

A jeśli kiedyś przyjdzie mi napisać o ulubionych broniach palnych, to na pierwszym miejscu będzie karabin szturmowy. Shotgun jest fajny, ale do używania w konkretnych celach, a pistolety przydają się głównie w sytuacjach kryzysowych (to znaczy wtedy, kiedy brakuje amunicji do karabinu). No i szybkość i precyzja są niezaprzeczalne.

A teraz ciekawa jestem, czy ktoś jeszcze ma z brońmi podobne problemy ;)