Stało się. Syfy jak obiecało, tak zrobiło: serialowa fantastyka po latach powróciła do przestrzeni kosmicznej w dwóch nowych serialach stacji. Czy Dark Matter i Killjoys będą w stanie przywrócić nam wiarę w serialową space operę, a co ważniejsze: przyciągnąć widzów i zapewnić sobie stałe miejsce ramówce? Zasadniczo: absolutnie tak.

Fakty są takie, że w ciągu dwóch tygodni – tak rozłożone były piloty obu seriali – powróciliśmy do gwiazd. Z kolei wrażenia: że po początkowym szoku jeszcze trudno mi ogarnąć, jak łatwo, naturalnie i szybko jest mi przyzwyczaić się do tej myśli. Przez lata nie było co oglądać, nagle mamy aż dwie zaskakująco przyjemne produkcje, które celują w dokładnie tę dziurę, na której wypełnienie tak czekaliśmy. Produkcje w wielu aspektach do siebie podobne, ale odbiegające klimatem na tyle, że powinny zadowolić niejedne gusta. I, jak wielu wspomniało już w komentarzach i opiniach: nie będące drugą Battlerstar Galactiką, nie stanowiące ciężkiej i mrocznej metafory życia, nie silące się na przesadną nowatorskość. Będące za to czymś, czy czego space operowy revival na sam początek właśnie potrzebował: czystą, wysoko skoncentrowaną rozrywką w dokładnie takich proporcjach, by przypomnieć sobie, jak bardzo brakowało nam kosmicznych statków, laserowych strzelanek i fajnych, wyrazistych postaci. Dziś przeczytacie o tym, dlaczego właśnie to, ale nie tylko, naprawdę mi się podoba.

O obu serialach pisałam już niejeden raz, więc nie za bardzo chcę się powtarzać – raczej spisać swoje wrażenia po pilotach – ale dla porządku niech zostawię po dwa słowa o fabułach. Dark Matter to nowy serial scenarzystów Stargate SG-1 i Atlantis, Josepha Malozzi i Paula Mullie (na podstawie ich własnego komiksu), który opowiada o szóstce nieznajomych budzących się na tajemniczym statku kosmicznym bez pamięci, kim są ani jak się tam znaleźli. Z kolei Killjoys to pełna akcji opowieść o kosmicznych łowcach nagród działających na skraju galaktycznego konfliktu. Grupie przewodzi twarda i nieustępliwa Dutch, a wspomaga ją dwójka skłóconych przez lata braci. Skoro formalności mamy za sobą, przechodzimy do mięska!

Strażnicy galaktyki

Jeśli czytaliście mój wywiad z Rogerem Crossem, na pewno pamiętacie porównania Dark Matter do Strażników Galaktyki. Jeśli czytaliście już recap Killjoys na io9, pewnie też wyłapaliście nawiązania do filmu Jamesa Gunna. W obu przypadkach trzeba powiedzieć, że faktycznie coś w tym jest, przede wszystkim jeśli chodzi o dynamikę pomiędzy postaciami. Oczywiście Strażnicy Galaktyki nie są filmem, który odkrył, że zabawne, dynamiczne relacje pomiędzy członkami zróżnicowanej charakterologicznie drużyny dążącej do wspólnego celu są czymś nowym czy odkrywczym, ale zdecydowanie – szczególnie w kontekście kinowej space opery – je zrewitalizował. Nie wiem jak wam, ale mnie, jako miłośniczce fantastyki rozrywkowej, ten film był wręcz potrzebny. Dark Matter i Killjoys śmiało podążają praktycznie tą samą ścieżką, stawiając dokładnie na to, co w space operze gra ze sobą najlepiej, a więc bohaterów, akcję i statki kosmiczne. Można powiedzieć, że to bezpieczny ruch, pozbawiony większego ryzyka, którym odrobinę przeszarżował wcześniejszy mini-serial Syfy Ascenscion, ale ja wybieram opcję, że w kosmosie, przynajmniej na sam początek, mamy się po prostu dobrze bawić. A przede wszystkim – dobrze bawić w towarzystwie fajnych postaci.

Dark Matter, fot. Syfy

Zaczynam temat trochę od środka, ale właśnie bohaterów uważam za największe zalety obu seriali. W końcu to bez nich, czy utkanej wokół nich fabuły, nawet sam powrót do kosmosu na nic by się nie zdał. Dark Matter szczególnie oberwał już głosami krytyki za brak oryginalności, ale równoczesne głosy pochwał za stworzenie ciekawej bandy, których wzajemne interakcje wzbudzają znacznie więcej zainteresowania niż jakiekolwiek zewnętrzne konflikty czy tajemnice ich zaginionych tożsamości. Zgadzam się w tym pełni – o ile zagadka jest faktycznie ciekawa, a atmosfera niewiadomej i zagrożenia jest zdecydowanie warta uznania, bez tych bohaterów serial musiałby się ewidentnie bardziej postarać.

Pierwszy odcinek dwuczęściowego pilota dał świetny pokaz ich odmiennych charakterów i zalążków wzajemnych przyjaźni, a co więcej, obok pojedynczych więzi – jak np. pomiędzy Piątką a Szóstką, Dwójką i Piątką czy Jedynką i Dwójką – świetnie naszkicował potencjalną siatkę powiązań każdego z każdym. W zasadzie nie ma tu słabych punktów. Każdy bohater jest wyraźnie zarysowany, z co najmniej kilkoma charakterystycznymi dla siebie cechami, a scenariusz w umiejętny sposób przekazał, kto z kim i na jakim poziomie najlepiej gra. Już teraz nietrudno wyobrazić sobie ile kłopotów sprawi załodze Trójka, jak bardzo skuteczny okaże się Czwórka, albo jak świetnie Dwójka poradzi sobie na stanowisku dowódcy. Ujął mnie Jedynka swoim pragnieniem pokojowego rozwiązywania konfliktów graniczącego z uroczą naiwnością – już teraz jestem bardzo ciekawa, jak pogodzi to ze świadomością swojej poprzedniej tożsamości. Szóstka, wielkolud o wielkim sercu, topi mnie od środka, a Piątka jest faktycznie wymarzoną rolą dla Jodelle. Dawno nie zdarzyło mi się dyskutować o bohaterach jakiegokolwiek serialu na Twitterze, a tu proszę, wystarczył jeden pilot Dark Matter i już można ćwierkać bez opamiętania (pozdro!). Słowem: jeśli ktokolwiek martwił się, że w serialu będzie nudno, może przestać. Każdy dialog to nie tylko kolejna wskazówka, ale przede wszystkim niezła zabawa.

Z kolei w Killjoys mamy sytuację nieco bardziej kompaktową, bo bohaterów tylko troje i punkt skupienia nieco inny, ale samo wprowadzenie stanowi idealną zapowiedź świetnego, zgranego składu. Zasadniczo po całym trio można spodziewać się dość sztampowych ról: zahartowana kobieta u steru, żartowniś-pomocnik i skryty przystojniak, ale pilotowi i tak udaje się wtłoczyć w bohaterów zarówno dużo życia, jak i niespodzianek. Weźmy np. Dutch, kobiety, która z niejednej kabały już się wydostała – można było się spodziewać, że swoją przeszłość maskuje pogodnym nastrojem, ale zaskoczyło mnie, że tak twardo trzyma się kodeksu nie zabijania. Lubię postacie, które wiedzą, jak poruszać się w nieprzyjaznych środowiskach, ale po pilocie jestem podwójnie ciekawa mrocznych zakamarków jej historii. Nie dlatego, że zapowiadają się jakoś specjalnie oryginalnie, ale dlatego, że Dutch tak szybko w moich oczach ożyła.

Podobnie – i nawet jeszcze bardziej zaskakująco – ożył w moich oczach John, który teoretycznie miał być najnudniejszym z całej trójki. Tymczasem okazał się niesamowicie energiczną i zabawną postacią stojącą gdzieś w tym samym rzędzie co cwaniacki Han Solo, czym momentalnie zaskarbił sobie całą moją sympatię. Wypada zdecydowanie lepiej niż jego brat, ex-żołnierz D’Avin, który póki co może pochwalić się głównie gołym torsem, bezkompromisowym podejściem i maślanym spojrzeniem kierowanym na Dutch. To niestety jedyna, póki co, rysa na szkle, ale postanawiam jeszcze nie panikować. Nie można też zapominać o Lucy – każdy serial posiadający pyskujący statek kosmiczny dostaje automatyczne plusy do fajności. A Killjoys, z takim zestawem killjoyów, zapewnił sobie naprawdę wyborny start.

Kosmos, ostateczna granica

Obu serialom udają się zatem bohaterowie – archetypiczni i całkiem standardowi, ale dobrze w całość wpasowani – oba też skutecznie wprowadzają nas do swoich światów, choć tym razem każdy do innych i każdy w inny sposób. W Dark Matter mamy klimat nieco mniej przygodowy, a nieco bardziej tajemniczy, miksujący trudne dylematy szóstki bohaterów z eksploracją przestrzeni, sekretów statku i zagadki swoich amnezji. Jest w tym nieco akcji, odrobina horroru, sporo humoru, ale przede wszystkim nastrojowa atmosfera nieznanego podkreślona przez bardzo niespiesznie wprowadzenie. Nie wiem, jak Wam, ale mnie pierwsze zwiedzanie Razy zapachniało trochę początkowymi scenami dwóch pierwszych Obcych, w których „przechodzimy się” po pogrążonych w bezruchu pomieszczeniach. Może to kwestia posuchy od statków kosmicznych, ale od tych szczegółowych ujęć surowych wnętrz wykonanych z ciemnych, nieprzyjaznych tworzyw czułam się na pokładzie jak u siebie w domu. Uwielbiam statki użytkowe i uwielbiam poczucie, że załoga nie poznała jeszcze połowy możliwości, jakie się w jego wnętrzu kryją.

Raza jest oczywiście ważna również z innych powodów: pomimo tego, że zewnętrzny świat dał się już bohaterom poznać, to nie on – ze swoimi korporacyjnymi wojenkami – jest w serialu najważniejszy. Co prawda już w pierwszym odcinku bohaterowie lądują na jednak planecie w wątku, który ma wprowadzić pomiędzy nich dodatkowy konflikt moralny, jednak zdecydowanym punktem skupienia Dark Matter pozostaje ich próba odnalezienia się na nowo właśnie na pokładzie statku – jako ich nowego, choć jeszcze nie zbadanego, domu. Raza oraz brak wspomnień to ich najsilniejsze połączenie i, jak słusznie zauważa Dwójka, muszą trzymać się razem, by rozwiązać tę zagadkę. Z nowymi pytaniami mnożącymi się na każdym kroku – metalowymi drzwiami, tajemniczym pudełkiem czy niepokojącymi snami, nie mówiąc, że obecności, Piątki – dostajemy mnóstwo wciągających zahaczek, które w ciasnej, ograniczonej przestrzeni statku będą kipieć najskuteczniej. I to mi się w Dark Matter podoba najbardziej: stworzenie intrygującego środowiska pełnego cienkich sojuszy i z jednym tylko celem, który trzyma bohaterów po tej samej stronie mocy: odkrycia prawdy. To wszystko już gdzieś i kiedyś było – ale teraz jest w kosmosie i gra jak należy.

Killjoys, fot. Syfy

Całkiem innym klimatem i nieco inną grą odznacza się Killjoys. Zamiast nastrojowego thrillera dostajemy bowiem dynamiczną mieszankę akcji i humoru, elementów składowych m.in. Firefly, Gwiezdnych wojen czy znów Strażników Galaktyki, co automatycznie czyni Killjoyów najbardziej przystępną serialową space operą dostępną w chwili obecnej na małym ekranie. Nie ma tu subtelnych wprowadzeń, są za to niemal bijące po oczach zmiany scenerii – z pustynnych pustkowi, przez kolonie karne, po obskurne bary i slumsowe dzielnice. W przeciągu jednego odcinka poznajemy skomplikowany układ powiązań pomiędzy rządami, korporacjami i niezależnym zgrupowaniem łowców nagród, przykre losy uciśnionych i luksusowe życia uprzywilejowanych, istnienie religijnych ruchów i opozycyjnych rebeliantów, słowem: czego tu nie ma. O, są nawet lense flares – piąteczka za lens flares! Akcja dzieje się w zawrotnym tempie, ale w tym chaosie wszystko magicznie odnajduje się na swoim miejscu. To typ serialu, który nie może zwolnić, bo po prostu nie będzie sobą – i dokładnie widać, że świetnie się w takiej skórze czuje.

W tym wielkim misz-maszu kawałków galaktyki i skrawków codzienności teoretycznie nie pozostaje wiele czasu na zapoznanie się z bohaterami, ale również to Killjoyom się udaje. Konflikt pomiędzy braćmi czy odkopywana przeszłość Dutch zapewne będą nam towarzyszyć do końca sezonu i jeszcze dalej, ale z całą pewnością w hucznym towarzystwie głośnych wybuchów, ryzykownych planów i futurystycznych zabawek. Właściwie aż błyszczą mi oczy na myśl, jak świetnym posunięciem ze strony Syfy było umieszczenie Dark Matter, Killjoyów i jeszcze Defiance we wspólnym wieczornym slocie, dając nam za jednym zamachem trzy zupełnie różne rodzaje sci-fi. To tak, jakby co tydzień mieć Firefly, Farscape i Stargate‚y w jednym ponadgodzinnym odcinku. Nie da się tego przegrać.

Panie przodem

Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o oczywistym, ale dość interesujących z punktu widzenia nowoczesnej popkultury fakcie, że obu drużynom przewodzi postać kobieca. Nie próbuję nawet zakładać, jakoby producenci obu seriali wcześniej się w tym temacie dogadali, ale właśnie świadomość, że z dwóch niezależnych stron dostaliśmy tak nieźle napisane leading ladies napawa mnie dużą dozą optymizmu. Zarówno Dwójka, jak i Dutch dokładnie znają grunt pod swoimi nogami, wykazują się doświadczeniem i zaradnością, a na dodatek nikomu nie pozwalają pluć sobie w oczy. Nie są też przekalkulowanymi babochłopami ani aroganckimi biaczami, wręcz przeciwnie, w każdej widać nitki wrażliwości, które czynią ich dowództwo tym skuteczniejsze. W Dwójce szczególnie podoba mi się jej upór i przedsiębiorczość – cechy, którymi naturalnie zaskarbiła sobie posłuch u załogi (w stylu przypominającym Vansen z Gwiednej eskadry) – ale również empatia pozwalająca jej dogadać się z innymi na ludzkim poziomie (zwłaszcza z Jedynką – rany, jak ja uwielbiam już ten wątek). Rzecz jasna bluzka odsłaniająca pępek niekoniecznie zyskuje sobie moją sympatię, ale powiedzmy sobie szczerze, mogło być znacznie gorzej. Tymczasem wierzę, że jesteśmy na dobrym tropie (w końcu piszą to ludzie od Samanthy Carter), więc zasadniczo jestem z tych premier zadowolona podwójnie.

Dawno, dawno temu…

W tym momencie spójrzmy prawdzie w oczy: ani Dark Matter, ani Killjoys nie są serialami nowatorskimi ani odkrywczymi – wszystko to w jakiejś formie już gdzieś widzieliśmy (przypuszczam, że dopiero The Expanse pokaże nam, że czas na kolejną Battlestar Galactikę). Jednak wszyscy dobrze wiemy, że lubimy słuchać tych piosenek, które znamy, a dokładnie takimi rytmami zręcznie pogrywają sobie te dwie premiery. Jest w nich wszystko, czego stęskniony za kosmiczną fantastyką miłośnik może sobie życzyć – przy czym wcale nie trzeba być spragnionym kosmosu jak wody na pustyni, by docenić całość za sprawną realizację, a przede wszystkim świetnie, bezstresowo się bawić. I może to poczucie świeżości niedługo zniknie i kosmos straci swój dzisiejszy powiew świeżości, ale może również każdy z tych seriali w międzyczasie ewoluuje i sięgnie dalszych, niezbadanych horyzontów. Nie wiem, czego chcę im życzyć bardziej, bo obecnie podobają mi się dokładnie takie, jakie są – i nawet nie wiem, który bardziej. Ale jeśli to ma być start i początek naszego nowego fantastycznego renesansu – to jesteśmy na bardzo dobrej drodze.

  • Marcin Segit

    „To tak, jakby co tydzień mieć Firefly, Farscape i Stargate‚y w jednym ponadgodzinnym odcinku.”

    Z jedną istotną różnicą. Firefly, Farscape i Stargate’y to świetne seriale są. Dark Matter i Killjoys są zaledwie średnie (ze wskazaniem na Dark Matter). I jeszcze długo im zajmie, żeby choć trochę dorównać poprzednikom, jeśli w ogóle im się to uda. Daję szansę, ale spodziewałem się czegoś lepszego.

    • Zarówno Stargate jak i Farscape trudno było nazwać świetnymi już na starcie. Farscape może bardziej się wyróżniał przez swój świat i postacie, ale SG-1 po pilocie był dość nudnawym adventure of the week przez co najmniej kilka odcinków. Naprawdę fajnie zaczęło się robić nieco później. Więc choć widzę wtórność obu nowych serii, to na tle „starych, dobrych czasów” nie wypadają źle. Ważne, by twórcy mieli dobry pomysł na ciąg dalszy.

      • Marcin Segit

        Stargate mialo Goa’uldow i MacGyvera. ;) Tutaj jakoś nie mam się na czym zaczepić, za to trochę rzeczy mnie irytuje (głownie drobiazgi, ale jednak). Dark Matter właśnie skończyło materiał z komiksu i dopiero okaże się, czy mieli pomysł na więcej – na co liczę. :)

  • Scoagarak

    Ja osobiście mam nadzieję, że każdy kolejny odcinek obu seriali przyczyni się do podobnych dyskusji na Twitterze jak w przypadku pilotów ;) .

  • Piotrek Pietruszka

    Czy ja dobrze rozumiem, że Killjoy jest proceduralem?

    • Nie – a przynajmniej: zasadniczo nie. Można się spodziewać, że będziemy śledzić łowy na różnych typów spod ciemnej gwiazdy, ale historia będzie się bardziej toczyć wokół bohaterów, ich przeszłości i interakcji. Think more „Firefly”, less „Stargate” :)

      Poza tym szkoda tracić tylko 10 odcinków w sezonie na rozwiązywanie szeregowych zagadek :)

      • Piotrek Pietruszka

        Mi szkoda tracić 10 godzin życia na oglądanie procedurala ;)
        Porównywanie do Firefly to mocne zagranie, mocne…

        • Nie próbuję twierdzić, że „Dark Matter” próbuje „Firefly” zastąpić – bo serio, nic nie może =] – ale klimatem (interakcją załogi, statkiem) właśnie do niego jest IMHO najbardziej zbliżony :)

          • Piotrek Pietruszka

            Ale ja się o Killjoy pytałem, nie o Dark Matter :)

            • Wow, faktycznie ^^

              Ale w sumie racja: interakcje załogi i statek w „Killjoyach” też są, ale atmosfera dosyć luźniejsza. 50/50? :)

              • Piotrek Pietruszka

                To poczekam :)

  • rob

    skoro mowa o luźniejszej atmosferze i statkach z charakterem to andromeda powinna paść ;-) killjoys przypomina mi jeszcze space rangersów (hm czy marines nie pamiętam ) ;-)

  • „Każdy bohater jest wyraźnie zarysowany, z co najmniej kilkoma charakterystycznymi dla siebie cechami”
    Yeah, also: nie można było wymyślić większych klisz, jeśli chodzi potacie, których głównymi wartościami będzie spieranie się w podejmowaniu decyzji dotyczących statku. I tak, wiem, że narzekam, ale „Dark Matter” jest schematem poganiającym schemat, co właściwie nie wywołuje żadnych emocji. Pewnie dociągnę do końca sezonu, jeśli nic nie będę miał do roboty. Ale nie sądzę, żeby się rozkręciło fabularnie. Bo sam serial wygląda dobrze, co się ceni. Kolejny zwiastun zmian w SyFy.

  • Killjoys to fajny serial, lekki i przyjemny. W sam raz, żeby wyłożyć nogi na kanapie i spędzić przyjemne trzy kwadranse w kosmosie. Ex-żołnierz jest nieco drażniący, ale za to moje samcze oczy nie mogą się oderwać od Hanny John-Kamen (co poradzić, taka natura :)). Nie, żebym jakoś z niecierpliwością czekał na kolejne odcinki, ale jest po prostu sympatycznie.

  • raistand

    Killjoys – tak
    Dark Matter – nie
    Oczywiście opinia może ulec zmianie ale podczas oglądania DM dosłownie bolały mnie zęby od wtórności, plastikowości.i problemów moralnych.

  • Pingback: Dobrze bawiłem się na Killjoys. | Fikcjodajnia()