Pamiętacie ten wpis, w którym przyznawałam swoje zdumienie nad ilością zamawianych seriali rozgrywających się w kosmosie? No więc okazuje się, że wtedy jeszcze nic nie wiedziałam. W ostatnich tygodniach nowe space-operowe projekty wyrastają bowiem jak grzyby po deszczu, postanowiłam więc przyjrzeć się im z bliska i odrobinę się tym nacieszyć.

Gdy w połowie roku pojawiły się informacje, że na stacji Syfy zadomowi się mini-serial o retro-kolonistach (Ascension), a później o bandzie kosmicznych najemników (Killjoys), a na deser jeszcze ekranizacja space-operowego thrillera (The Expanse), sądziłam, że mogę już być szczęśliwym człowiekiem. Trzy seriale w pełnym trybie science fiction – naraz – to więcej niż mogłam liczyć, nie mówiąc o tym, że sobie wyobrażać. W najśmielszych oczekiwaniach nie przypuszczałam zaś, że to miał być tylko początek, czego ewidentnym dowodem są nowe zamówienia praktycznie czające się za rogiem. Ile to nowych kosmicznych projektów naliczyłam w ostatnich tygodniach? Ze cztery? Czy ktokolwiek, kto pamięta koniec Battlerstar Galactiki, skasowanie Stargate Universe czy nawet lata świetności Star Treków wyobrażał sobie jakieś siedem seriali o statkach, podróżach i gwiazdach w tym samym roku? Nawet w dwóch jest to big. Wiadomo, że jedne będą gorsze, a jedne będą lepsze, ale w tej sytuacji obok żadnego trudno będzie przejść obojętnie.

Cała ta sprawa zmusza jednak do zastanowienia, któremu chciałabym przyjrzeć się z bliska. Pisałam wcześniej, że po latach na wygnaniu fantastyka znów stała się cool i że to doskonały moment, by na powrót udać się w kosmos. Trzeba też dodać, że seriale, jak wszystko wokół, jest podatne na trendy, a trudno zaprzeczyć, że ogromny sukces Guardians of the Galaxy – niczego jak nie wielkiej kosmicznej space-opery – w jedno lato przetarł szlak, jakiego przez te kilka lat mozolnego powrotu do łask nie utorowały sobie seriale. Ludzie będą chcieli więcej space oper i będą chcieli je zaraz. Zdecydowanie szybciej dostaną je na małym ekranie, więc to naturalne, że twórcy i producenci ochoczo rzucili się, by popłynąć tym prądem. Ja ochoczo rzucam się, by im w tym przedsięwzięciu kibicować, bo przecież jak każdy inny miłośnik science fiction uważam, że najwyższy czas. Jednak ciężko nie zwrócić w tym wszystkim uwagi na może nie problem, ale na pewno czynnik, który za rok czy dwa może ten entuzjazm sprowadzić z powrotem na ziemię: jest powód, przez który kosmiczne seriale musiały zejść z anteny, a jest nim jest m.in. zmęczenie materiału.

Nie zrozumcie mnie źle – ja naprawdę cieszę się z tych projektów i naprawdę chcę móc za rok oglądać jedno sf, żeby zaraz przełączyć się na drugie. Ale nie mogę też zapomnieć, że serialami rządzą ratingi oglądalności – nawet tak niedoskonałe, jakie mamy – a konkurencja nie tylko nie śpi, ale znajduje się na o wiele bezpieczniejszej pozycji (chociażby ze swoimi proceduralnymi tasiemcami). Siedem kosmicznych seriali w jednym roku, nawet mimo rozciągnięcia na wiosnę, lato i jesień, to jednak siedem seriali więcej niż rok temu, a to nie licząc dziesiątek innych tytułów, w tym nie wyłączając innych podgatunków fantastyki. Większość z tych propozycji to oczywiście pomysły Syfy, która od miesięcy na powrót wprowadza prawdziwe science fiction do swojej ramówki, czemu w zasadzie nie ma się co dziwić, a czemu powinno się wręcz kibicować. Jednak nie można zapominać, że każdy z tych seriali będzie swoje kosztować. Czy zmiana strategii produkowania niskobudżetowych crapów na dobre – jak sami zapowiadają – kosmiczne seriale im się opłaci? A jak nie będą takie dobre? A jak im się nie opłaci? Z całego serca życzę im sukcesu, ale trochę się martwię, że nawet pomimo zainteresowania tematem, nazwiskami producentów i generalnego hype’u, zachłyśnięcie się space operą skończy się na jednej przykrej czkawce. Nie wszystkie zapowiedziane tytuły przetrwają, więc czy nie lepiej najpierw zaorać sobie siemię zanim posadzi się na niej sad?

Ale z drugiej strony seriale się przecież bardzo zmieniły. Dzisiejsze trendy konstruowania fabuły czy prowadzenia bohaterów różnią się od tego, co oferowały np. długoletnie Stargate-y. Spora część tych nowych projektów wygląda na seriale o limitowanej ilości odcinków, więc na starcie będzie można uniknąć rozciągania fabuły jak gumy, która dawno straciła smak. Równocześnie w twórcach – zwłaszcza sf – jest silny pociąg do czegoś nowego, czegoś, co wyróżni ich produkt na tle innych. Nikt jeszcze nie nakręcił tych seriali – nikt jeszcze nie nakręcił takich samych seriali – więc każdy ma szansę pokazać nam coś, czego jeszcze nie widzieliśmy. Może to wystarczy, by zawładnąć kosmiczną wyobraźnią widzów? Może limitowana ilość odcinków, którą w kilku przypadkach mamy już zagwarantowaną, to klucz do sukcesu? I w końcu może rzeczywiście lepiej mieć te siedem czy ileś tytułów, żeby potem przesiać z nich te faktycznie najlepsze? To przecież nie jest też tak, że każdy serial w kosmosie dostaje automatyczną przepustkę do wielkości.

Chciałabym mieć na to wszystko jeden komentarz, jedną konkretną opinię, ale sama jestem rozdarta pomiędzy entuzjastycznym oczekiwaniem a przyziemną kalkulacją. Za długo siedzę w serialach, żeby całkowicie poddać się emocjom, ale za dużo siedzę też w science fiction, by nie czuć ekscytacji. Pewne wydaje się tylko to, że masowe zamawianie kosmicznych seriali jest faktem, na który możemy zacząć powoli się przygotowywać. Jeśli jednak ktoś miałby mnie zapytać, czy chcę więcej serialowych space oper, czy nie, mam na to tylko jedną odpowiedź: hell yes! I tym optymistycznym akcentem zapraszam w końcu na przegląd zapowiedzianych tytułów:

Ascension

Jedna z najwcześniejszych tegorocznych zapowiedzi Syfy, Ascension będzie 6-cio odcinkowym mini-serialem, którego akcja ma miejsce w alternatywnej wersji przyszłości. W 1963 roku prezydent Kennedy, obawiając się zniszczenia Ziemi w wyniku zimnej wojny, wysyła w kosmos 600 osób z misją skolonizowania odległej planety o nazwie Proxima. Gdy blisko 50 lat później zbliżają się do punktu, z którego nie ma powrotu, na statku znaleziona zostaje martwa dziewczyna – pierwszy akt kryminalny na pokładzie od startu misji. Tak rodzą się konflikty, napięcia i zwątpienie, które wstrząsną równowagą wśród załogi i kolonistów.

Założę się, że o Ascenscion dużo już słyszeliście, głównie za sprawą głównej roli żeńskiej, w którą wciela się wszystkim dobrze znana Tricia Helfer. Sylwetki postaci są już całkiem dobrze rozpisane np. tu albo tu, mamy też do przejrzenia oficjalny trailer, który pokazuje całkiem przestrzenne (czyt. wysokobudżetowe) lokacje oraz ciekawą stylistykę retro. Nie wierzcie jednak dacie premiery wskazującej na 26 listopada, bo dosłownie kilka dni temu została ona przesunięta na 15 grudnia, a całość serialu ma zostać wyemitowana w przeciągu trzech kolejnych dni pod szyldem „six-hour event”. Nie powiem, jak mi to pachnie, bo musiałabym użyć brzydkiego słowa. Tak czy inaczej, wciąż liczę na sukces Ascension, przede wszystkim jako wartościowego dramatu z przekazem, i póki nie zobaczę nie mam powodu sądzić, że nie będzie sukcesem.

Killjoys

Kolejny z wcześnie zamówionych seriali, o którym do tej pory wiadomo bardzo mało. Wiadomo na pewno, że jego akcja ma miejsce w odległym układzie słonecznym o nazwie Quad, który znajduje się na skraju międzyplanetarnej wojny. Gdzieś w środku znajduje się trio łowców nagród – killjoyów – starających się zarobić na chleb bez opowiadania się po żadnej ze stron.

Bohaterami są Dutch, opisywana standardową formułką „deadly and gorgeous” liderka, która pod maską flirtów skrywa mroczną przeszłość. Towarzyszy jej pacyfista John, nie bojący się jednakowoż ubrudzić sobie rąk, oraz D’avin, szorstki i oczywiście przystojny ex-żołnierz wprawiony w zadawaniu śmierci. Inaczej mówiąc, to całkiem typowa banda w tego typu historiach, ale jeśli czegoś seriale mnie nauczyły, to że nie należy oceniać książki po okładce. Dużym plusem jest również Aaron Ashmore w roli Johna, którego po zamknięciu Warehouse 13 bardzo chętnie zobaczę ponownie. Poza tym ma być przygoda, ma być akcja, ma być humor, czyli coś jak skrzyżowanie Firefly z Cowboy Bebopem – tylko w wydaniu Syfy. Przy czym ja w tę stację wierzę, więc jak to mawiam: lepiej mieć serial o kosmicznych najemnikach niż nie mieć serialu o kosmicznych najemnikach.

The Expanse

Ach, The Expanse, mój najulubieńszy tytuł na tej liście. Poświęciłam mu nawet zupełnie osobny wpis, z którego nie dowiecie się wiele więcej niż wiadomo obecnie, jako że stacja bardzo skąpi nowych informacji. Dla przypomnienia podam w skrócie, że to ekranizacja książkowej serii o tym samym tytule, w którym dwójka bohaterów niezależnie od siebie śledzi intrygę, która może zmienić układ sił w skolonizowanym Układzie Słonecznym 200 lat wprzód. Czego można się spodziewać? Przede wszystkim trzymającego w napięciu thrillera z dużą dawką dobrego horroru, humoru i paczki zgranych bohaterów, więc wszystkiego, co ten miłośnik fantastyki uwielbia.

1. sezon ma składać się z 10-ciu odcinków. Początkowo sądziłam, że będą one ekranizacją pierwszego tomu, Leviathan Wakes, ale informacje o castingach pozwalają sądzić, że wydarzenia wybiegną nieco naprzód. Potwierdzony jest np. Thomas Jane jako detektyw Miller (za młody), Steven Strait jako kapitan Holden (za młody) oraz Shohreh Aghdashloo jako Chrisjen Avasarala, czyli jedna z kluczowych bohaterek tomu drugiego (i totalnie za młoda). Syfy ciężko walczył o prawa do realizacji tego przedsięwzięcia, więc nie sądzę, że chcieliby celowo robić z niego produkt klasy B, tym bardziej, że pokładzie producenckim znajdują się obaj autorzy książkowej serii. Spodziewam się nieco lżejszej, tematycznie przynajmniej, Battlestar Galactiki.

Letter 44

Kolejna ekranizacja, ale tym razem komiksu, i to całkiem świeżego, bo w tym momencie liczącego zaledwie 10 zeszytów. Letter 44 opowiada o nowo-wybranym prezydencie Stanów Zjednoczonych, Stephenie Bladesie, który z listu zostawionego mu przez swojego poprzednika dowiaduje się o istnieniu tajnej misji mającej na celu zbadanie tajemniczej obcej konstrukcji zawieszonej w pasie asteroid. Grupa śmiałków właśnie zbliża się do znaleziska – i co z tego wynika, dowiemy się na miejscu. Przy okazji z chęcią przeczytam komiks, żeby wiedzieć, ile będzie w serialu faktycznego kosmosu, ale tak czy inaczej obcy + tajne + tajemnicze = ja chcę.

Z projektem związane jest też przynajmniej jedno fajne nazwisko: pilota ma np. wyreżyserować Jonathan Mostow (od Terminatora 3). Produkują z kolei Eric Gitter, Peter Schwerin i Rene Echevarria (od Terra Novy). Podobno serial jest też projektowany jako dłuższa, trwająca seria, więc hej, czemu nie. Stacja to – zgadliście – Syfy.

Red Mars

mars-trilogy

Dla odmiany od Syfy, tutaj mamy produkcję mało znanej stacji Spike TV, która odważnie dołącza do serialowej ofensywy. Wcześniej zapowiedzieli m.in. serial o krucjatach (The Crusades), teraz zaś będą zabierać się za ekranizację trylogii Red Mars autorstwa Kima Stanley Robinsona. Tomiska określane jako hard science fiction skupiają się na kolonizacji i terraformacji Marsa, serial zaś wyraźnie zapowiada chęć pokazania nam znaczenia człowieczeństwa w obliczu ekstremalnie trudnych sytuacji. Nie wiem jak Wy, ale ja skaczę na każdą podejmującą trudne moralne dylematy dramę w kosmosie głową w przód.

Co ciekawe, twórcą odpowiedzialnym za serial jest Vince Gerardis, jeden z producentów wykonawczych Gry o tron, co może nie gwarantuje jeszcze żadnego sukcesu, ale przynajmniej daje nadzieję na dojrzałe podejście do tematu. Książek nie czytałam, ale zaczynam mieć na nie coraz większą ochotę – bo na serial, jak trudno się dziwić, czekam z ogromną ciekawością.

Absolute Zero

Następny dobrze zapowiadający się tytuł od Syfy: futurystyczny thriller dziejący się w roku 2124 w górniczej kolonii na jednym z księżyców Jowisza. Pewnego razu jej mieszkańcy natrafiają na nowy i bardzo niebezpieczny gatunek obcych, tym samym odkrywając pierwszy etap nieuchronnej inwazji na Ziemię. Dalsze szczegóły nie są znane, ale można się domyślić, że „thriller” to dobre określenie całości.

Główną osobą kojarzoną z tą produkcją jest Michael Horowitz, znany z Burn Notice, ale obok niego na stołkach producenckich zasiąść mają również Doug Liman (!), David Bartis oraz Gene Klein. Mało tu solidnych sf-owych nazwisk, ale kimże my jesteśmy, żeby nie dać się wykazać nowej krwi.

„Dirty Dozen in space”

Projekt zapowiedziany dokładnie w zeszłym tygodniu, nie posiadający jeszcze właściwego tytułu, za to określający się jako „Parszywa dwunastka w kosmosie”, prezentuje się na jeden z najbardziej rozrywkowych pomysłów w całej tej nowej ofercie. Rzecz dzieje się w niedalekiej przyszłości w dalekiej przestrzeni powoli kolonizowanej przez (prywatne, jak się domyślam) ziemskie korporacje. Grupa najemników zostaje wysłana z misją ratunkową w celu odnalezienia zaginionego transportu więziennego, który rozbił się nie nieznanej planecie. Na miejscu grupa wyrzutków będzie musiała zmierzyć się z szeregiem nieprzewidzianych wyzwań i przeciwności, a przede wszystkim z samymi sobą, bo planeta okazuje się oczywiście kryć niejedną nieprzyjemną niespodziankę. Oczywiście mam nadzieję, że serial będzie ociekał testosteronem tylko w proporcji, ale już czuję te zaczepki, te humory, te akcje!

Leszcze lepiej: za pilota odpowiedzialny jest Len Wiseman, który nakręcił nie tylko całe Underworld, ale również cudowne Sleepy Hollow. Scenarzystą i producentem został z kolei Scott Rosenbaum (V), który prawdopodobnie przejmie również obowiązki showrunnera. Jeszcze ciekawiej: serial powstaje dla stacji Fox, która, jak widać, wciąż żałuje, że skasowała Firefly. Jak dadzą mi choć połowę takiej samej frajdy, to będą o krok bliżej do wybaczenia. Może.

Lost in Space

Jedna z najnowszych niespodzianek, a zarazem adaptacja jeszcze innego rodzaju, bo klasycznego serialu o tym samym tytule, który lata świetności zaliczał aż w latach 60-tych (nie licząc potwornie złego filmowego remake’u). Rodzina Robinsonów ponownie będzie więc błąkać się po kosmosie, tyle tylko, że tym razem już w nie w okolicach 1997 roku, a gdzieś w czasach jeszcze nie odkrytych. Nie powiem, jestem tym projektem wyjątkowo zaciekawiona, bo nigdy przenigdy nie obejrzę oryginału (to znaczy są na to bardzo bardzo bardzo małe szanse), a nad remake’m piecze sprawować będzie człowiek posiadający do niego prawa, czyli Kevin Burns – czyli dlaczego nowy serial miałby się nie udać?

Do Lost in Space przypisanych jest już dwóch scenarzystów: Matt Sazama oraz Burk Sharpless, którzy wcześniej napisali np. Dracula Untold (zaraz w kinach). Wiele więcej nie wiadomo, poza tym, że produkcją zajmuje się Legendary TV – które również niedawno ogłosiło ekranizację jeszcze innego rodzaju, bo gry komputerowej: Myst. Będzie się działo.

Dark Matter

I na koniec zapowiedź dosłownie z ostatniej chwili, czyli Syfy strikes yet again kolejną ekranizacją komiksu (powieści graficznej, ok), tym razem Dark Matter stworzonego przez Josepha Mallozzi i Paula Mullie’go – scenarzystów Stargate’ów – który, co ciekawie, pierwotnie miał był właśnie serialem. Opowiada zaś o załodze porzuconego w przestrzeni kosmicznej statku, która budzi się ze snu kriogenicznego bez pamięci, kim są ani skąd się tam wzięli, i musi poradzić sobie z przeciwnościami losu, nieufnością i tradycyjnymi sekretami. Całość będzie liczyć 13 odcinków i podobno połączy space operę z suspensem, jakiego wszyscy oczekują po mrocznym thrillerze w pustce kosmosu. Biorę.

I to, na chwilę obecną, wszystko – ale sami przyznacie chyba, że to całkiem interesujący zestaw? Przy czym jestem pewna, że lada moment pojawi się jeszcze kolejna propozycja, a po niej jeszcze jedna, a po niej znów nowa, a o każdej powiadomię z odpowiednią dawką entuzjazmu. Oczywiście wiem, że technicznie rzecz biorąc nie każdy z wymienionych seriali jest space operą, ale trudno nazwać ten trend inaczej. Na które czekacie najbardziej, czy zgadzacie się z moimi obawami i odczuciami oraz czy chcecie, żebym przedstawiłam Wam jeszcze tysiąc propozycji z innych podgatunków fantastyki?

  • Ziuta

    Tych projektów jest tak dużo, że któryś musi się udać. Może to nie będzie płonna nadzieja. Najbardziej się martwię, czy SyFy będzie w stanie wrócić z poziomu megarekinów do stacji, która dała nam Battlestara. Zobaczmy.

  • Rynvord

    Trylogia Marsiańska to absolutna klasyka, bardzo niepokoi że za taki projekt bierze się ! mała stacja, ale zobaczymy co z tego wyjdzie

  • rob

    no co ty LiS oryginalnego nie zobaczysz nawet dla uroczego robota? ;-DD nawiasem ten dzieciak na zdjęciu wystąpił w innym kultowym dziele który aktualnie męczysz czyli B5 to asystent delene?(dobrze piszę imię)

  • Ja właśnie odwrotnie, za diabły nie wierzę w Syfy. Tyle, że trochę prawdy jest w stwierdzeniu zawartym poniżej: naprawdę dziwne, gdyby któryś z tych wielu seriali się nie udał. Tymczasem muszę chyba nadrobić zaległości, bo o Letter 44 nawet nie słyszałem…

  • Wszystko byłoby piękne, gdyby nie to nieszczęsne SyFy… Ta stacja z reguły nie ma dobrych rzeczy, a nawet jeśli już jej się trafi coś dającego się oglądać („Helios”), to w pewnym momencie dobrą passę trafia szlag, wątki się sypią a całość totalnie głupieje.
    Niestety sci-fi to tematyka, gdzie większość ludzi oczekuje po prostu pięknych obrazków lub samej namiastki futuryzmu, więc twórcy niezbyt myślą nad samą fabułą. To boleśnie przykre, ale kwestia finansowa produkcji SyFy też nie daje jakichś wielkich oczekiwań co do jakości wizualnej.
    Swoją drogą AMC zapowiedziała jakiś czas temu coś z tematyki sci-fi, jeśli dobrze pamiętam. Zobaczymy jak to będzie.

    • Tak. Ale nazwij mnie naiwną jeśli wierzę w ich zapewnienia, że mają poważny zamiar powrócić do kosmosu i znów zacząć robić seriale godne ich miana. Praktycznie wszystkie zapowiedzi, tak fabularnie, i produkcyjne brzmią jak poważne podejście do tematu i nie mam zamiaru skreślać ich tylko dlatego, że przez kilka lat schrzanili sobie reputację. Jeśli chcą ją z powrotem odzyskać – a są świadomi swojej pozycji wśród fanów – nie zrobią tego tworząc kolejne crapy. Więc ok, przyjmuję pewien margines błędu, ale z drugiej strony ochoczo wymażę im tablicę, żeby mogli zacząć od nowa :)

      Z AMC chodzi Ci pewnie o „Badlands” (o sztukach walki), plus będą jeszcze robić serial o zombie towarzyszący „The Walking Dead”. Nic innego mi się nie kojarzy :(

      • Zabij mnie, ale nie przypomnę sobie o jakim serialu słyszałem.

        Wiesz co, ja naprawdę chciałbym być naiwny i wierzyć bardziej niż na obecnym poziomie w to, że im się uda. Naprawdę bym chciał, ale to trudne. Jesli jednak spojrzeć na CW i ich przemianę ze stacji teen-friendly w młodego faworyta komiksowych i nadprzyrodzonych serii, być może nawet SyFy będzie w stanie się podnieść. Tym bardziej, że wielka czwórka nie jest w stanie już zaskakiwać swoimi produkcjami.

  • rob

    nie wiem czy skoro o space operach mowa te filmy oglądałaś ??

    1.http://youtu.be/L3-x4HQAq9g
    oba są na YT w całości do obejrzenia przynajmniej na razie ;-))

    2.http://youtu.be/HFkulQiYZVE

  • rob

    drugi link coś nie działa to daje inny może tym razem zadziała

    http://youtu.be/Jg9vM5XBXKQ

  • Pingback: Geekowy wpis, czyli… skąd biorę filmy | Slightly GEEK()

  • Ciekawe, to „Ascension” na pierwszy rzut oka wygląda bardzo obiecująco. Jeśli zaś chodzi o K.S. Robinsona, to czytałem ostatnio „2312” i jeśli ten cykl majrsjański jest podobnie ciężki, to widzę to słabo. Fajnie jednak, że się coś dzieje.

    • Co masz na myśli przez „ciężki”? Lada moment chcę się za niego zabrać, a to już któraś niekoniecznie pozytywna opinia.

      • Nie zniechęcam, bynajmniej. Ale w parze z interesującą wizją przyszłości nie do końca idzie ciekawa oś fabularna, sami bohaterowie w zasadzie również nie są zbyt interesujący. Było to dla mnie pierwsze spotkanie z Robinsonem, po którym poszperałem co nieco w sieci i wyszło, że to podobno często zdarza się w jego książkach – wielkie ciekawe wizje niepodparte interesującą fabułą, a tu docieramy do sedna tematu: bez ciekawej fabuły serialu nawet z wielce interesującego konceptu nikt dobrego raczej nie zrobi. A przyznam, że mimo iż skończyłem książkę zaledwie kilka miesięcy temu, w zasadzie już teraz niezbyt pamiętam, „o czym to było”.

  • Pingback: Ascension. | Fikcjodajnia()