Dobiegł właśnie końca 1. sezon Star Wars Rebels i muszę Wam powiedzieć, że mam względem niego dość mieszane uczucia. Z jednej strony dostałam ten kochany, jedyny w swoim rodzaju gwiezdnowojenny klimat – z drugiej było aż go za dużo. A z trzeciej okazało się jeszcze, że to opowieść znacznie bardziej przeznaczona dla młodszych niż chciałam w to wierzyć.

Już słyszę to chóralne „a nie mówiliśmy”, ale nim pójdzie w eter, jest kilka rzeczy do wyjaśnienia. Po pierwsze, Rebelianci mają swoje problemy, ale to wcale nie oznacza, że nagle przestałam ich lubić – a lubię ich za bardzo, żebym miała nagle przestać ich oglądać. Po drugie, zwykle bywa tak, że pierwsze sezony są tylko rozgrzewką, która pięknie się potem rozpędza w pełny bieg, a jeśli sądzić po wydarzeniach z finału, być może nawet szykują się w serialu bardzo ciekawe zmiany. No i niestety – a może właśnie „stety” – jestem na tyle głodna regularnej dawki poruszających się i wydających odgłosy Star Warsów, że przełknę nawet problematyczne kąski. Star Wars Rebels to nie The Clone Wars – które, jak wiecie, kocham miłością wielką i niepokonaną – ale nie jest to też, jak wieszczą niektórzy, koniec świata nakazujący porzucenie ostatniej nadziei.

Zacznę może od pozytywów, bo to zawsze milej, a serial tam, gdzie jest dobry, jest nawet bardzo dobry – najlepszy jest zaś wtedy, kiedy: skupia się na bohaterach i relacjach między drużyną; pokazuje wycinek faktycznego oporu przeciwko działaniom Imperium; umiejętnie korzysta z dobrodziejstw filmowego dorobku wprowadzając na scenę znane twarze, motywy i klimat. Gdy te trzy elementy spotykają się, najlepiej w ciągu jednej i tej samej minuty, powstaje tryskająca fanowską energią bomba, która doskonale wie, co w Gwiezdnych wojnach kochamy najbardziej. I która, tak naprawdę, powinna być głównym punktem skupienia serialu, a nie jedynie jego tłem.

star-wars-rebels-107-out-of-darkness-2-111522

Duchy (Gwiezdnych wojen) w maszynie

W całym 1. sezonie Rebeliantów zgadza się w zasadzie wszystko, co napisałam o bohaterach w tekście o Iskrze Rebelii – że to zgrany zespół i drużyna, że tworzą żywą i bujną sieć relacji pomiędzy sobą i że świetnie się ich razem ogląda na ekranie. Biorąc pod uwagę, że całości sezonu brakowało dość jednoznacznego punktu skupienia, towarzystwo tych postaci właśnie w takich relacjach stanowiło dla mnie wystarczający powód, żeby co tydzień wracać do serialu. Najbardziej wypatrzyłam sobie oczywiście Herę, której prawy sierpowy stał się w pewnym momencie swoim własnym bohaterem, a czujne zmysły i nie znoszący sprzeciwu głos mniej-więcej skutecznie stawiały innych po kątach. Bardzo przypominała mi klasyczną Leię z wiecznym komentarzem na ustach – zwłaszcza w zestawieniu z Kananen, skrzyżowaniem Hana z Luke’em, ale szczęśliwie bardziej przypominającym Hana (in more ways than one!). Wyjątkowo podobało mi się również zestawienie Ezry z Zebem jako dwójki „dzieciaków” z głową pełną bardzo złych pomysłów, ale tak naprawdę w Rebeliantach każdy bohater świetnie sprawdza się w relacji z każdym innym. Hera i Sabine dają piękny popis młodości vs doświadczenia, Sabine z Ezrą tworzą niezłą dynamikę młodzieńczego flirtu, Ezra z Kananem to oczywiście mistrz i uczeń, Kanan z Zebem to zaś para specjalistów od brudnej roboty. Tylko Chopper wkurza wszystkich tak samo, ale jeśli o droidy chodzi, to najbardziej żywa i wierzgająca końcówkami metalowa puszka jaką w Gwiezdnych wojnach widzieliście. Jednym słowem, przy wszystkich wadach serialu, sami rebelianci udali się ekipie Dave’a Filoniego jak trza i naprawdę chcę wrócić do nich w kolejnym sezonie.

Innym, co im się udało, jest oczywiście atmosfera – zapożyczanie tych samych muzycznych nut na ścieżce dźwiękowej, wyciąganie tych samym pojazdów wydających te same odgłosy, czy tarzanie się w widokach, które mogą kojarzyć się z tylko z jednym. Serial przepełniony jest gwiezdnowojenną, nazwijmy to, kreską i nawet, jeśli design bohaterów wydaje się nieco bardziej złagodzony, zamieszkanego przez nich świata nie można porównać do niczego innego. Żałuję tylko, że w całym sezonie poznaliśmy zaledwie wycinek galaktyki, ale jeśli miałabym próbować tego faktu bronić (a za chwilę już nie będę), decyzja o ograniczeniu spektrum wydarzeń ma jakiś ostateczny sens.

Za to jeśli Star Wars Rebels ma za cokolwiek dostać ode mnie piątkę, to bezdyskusyjnie dostałby ją za odcinek „Idiot’s Array„, w którym przez całe dwadzieścia kilka-minut nie wiadomo, kto z kim bardziej pogrywa – Lando Calrissian z bohaterami (Herą), czy bohaterowie (Hera) z Lando Calrissianem. Ten odcinek był dokładnie tym, na co w tym serialu czekałam. Nie dość, że wprowadził na scenę znanego i lubianego bohatera, to jeszcze w stylu, to jeszcze Billym Dee Williamsem na pokładzie, i to jeszcze w historii, która po serii nieszczególnie wciągających mnie odcinków na powrót wprowadziła rozrywkową, przygodową atmosferę, której tak w tym serialu pragnę.  Nie, że pragnę, żeby to był rozrywkowy, przygodowy serial – bo nie i nie tylko – ale na pewno nie chcę, by pewien jeden wątek dominował całą fabułę tej opowieści.

Moc jest w nim silna. Zbyt silna

I tutaj właśnie muszę na Rebeliantów jednak ponarzekać, i to ponarzekać dobitnie, bo choć wady nie przyćmiewają mi zalet, nie przyćmiewają mi ich jeszcze – a to, jak wiemy, może się skończyć tylko na jeden z dwóch sposobów. Otóż moją największą bolączką jest tu zdecydowanie zbyt duże skupienie na Mocy i szkoleniu Ezry na rycerza Jedi. Już abstrahując od Ezry samego w sobie, który i tak zabiera pozostałym bohaterom zbyt dużą ilość czasu ekranowego (choć jako postać nie jest jakiś tragiczny), nieszczególnie podoba mi się fakt wałkowania znowu tych samych tematów. O ile rozumiem, że Jedi są dla universum Gwiezdnych wojen niezwykle ważni – żeby nie powiedzieć: integralni – tak miałam nadzieję, że serial o rebeliantach będzie się jednak bardziej skupiał na faktycznych rebeliantach. W efekcie już po kilku odcinkach musiałam niemal pożegnać się ze świetną zabawą czerpaną z misji, strzelanin, ucieczek i transportów wykorzystujących „przyziemne” i nie mniej efektowne sposoby pokonywania przeszkód, żeby zacząć zadowalać się rozwijającą się relacją ucznia, mistrza i Mocy, skutecznie spychającą pozostałych członków załogi do ról drugoplanowych. Nie, że gdzieś już to tyle razy widziałam, ale gdzieś już to tyle razy widziałam. A ja naprawdę, potwornie, chciałam serial o rebeliantach – właśnie dlatego, że jego punktem skupienia nie miała być mistyczna siła spajającej wszystkie żywe istoty, a losy garstki walczących o lepszą przyszłość zwykłych „ludzkich” wyrzutków.

star-wars-rebels-Ezra_ROTOM_14

Z jednej strony rozumiem – Jedi są fajni, świetnie patrzy się na ich larger-than-life wyczyny, uwielbiałam ich w Wojnach klonów (bo był to, de facto, serial o Jedi), no i dzieciakom na pewno sprawiają mnóstwo frajdy (bo co taki blaster, kiedy można mieczem!). Ale z drugiej to universum ma w sobie taki ogrom potencjału, wątków i przestrzeni, że banda rebelianckich autsajderów robiąca pod nosem Imperium kuku szturmowcom powinna bronić się sama za siebie. Strasznie żałuję, pomimo całej sympatii do bohaterów, że znów tak naprawdę żaden z nich nie będzie się mógł równać z użytkownikiem Mocy.

I tutaj mam też inny, pokrewny problem – okropną łatwość, z jaką bohaterom przychodzi odnosić sukcesy. Wydawałoby się, że życie pod butem Imperium będzie trudne i nieprzyjemne, a działanie na jego szkodę usiane ryzykiem. Z serialu wynika, że nic bardziej mylnego. Poza kilkoma scenami nadużyć szturmowców czy posępnymi minami mieszkańców Lothal w zasadzie trudno odczuć, żeby działo się coś złego. W każdym razie nie widać tego nieszczęsnego buta, nie za bardzo widać więc stawek ani celu, do jakiego dążą bohaterowie. Słowa i deklaracje to za mało, nie wystarcza też świadomość, że od pewnego momentu załoga Ghosta zmuszona jest już walczyć o własne bezpieczeństwo. Ale to jeszcze pikuś w porównaniu do kompletnej banalności starć z siłami okupanta – bohaterowie pogrywają sobie ze szturmowcami tak łatwo, jakby zabierali dziecku zabawkę. Jak wiadomo, tradycją w Gwiezdnych wojnach jest całkowita ślepota białych oddziałów, ale tutaj dzieją się już rzeczy niestworzone. Mało tego, rebelianci nabiorą szturmowców na najprostsze sztuczki, wykradną im spod nosa maszyny kroczące, i jeszcze lekkim krokiem (susem) pożegnają się z drwiną na ustach. Dochodziło do tego, że aż cieszyłam się z każdego najmniejszego sukcesu przeciwników, tylko dlatego, że przecież im też się należy. Przez to wszystko serial okropnie traci na wartości, bo aż nie ma kiedy emocjonować się ani bać. Nie chcę powtórki z komediowymi droidami bojowymi w The Clone Wars, bo tam przewaga bohaterów była względem sztucznej inteligencji oczywista. Tutaj wcale być nie powinna.

star-wars-rebels-Fighter_Flight_Thumb

A na koniec – jak na wątpliwy deser – mamy jeszcze fakt, że rozmach wydarzeń jest tu mocno ograniczony. Bohaterowie rzadko kiedy opuszczają Lothal, niewiele jest scen rozgrywających się w przestrzeni kosmicznej, nie pamiętam nawet, czy poza jedną pojawiła się w serialu choćby nazwa jakiejś znanej planety. Bohaterowie nie przywiązują też wielkiej wagi do pozyskiwania ewentualnych sojuszników (na więcej niż jeden odcinek), co przecież w ideę rebelii wpisuje się z defaultu. Sama fabuła jest tu zresztą bardzo wyrywkowa, a choć pojedyncze odcinki ogląda się miło i przyjemnie, jednak brakowało mi w Rebeliantach wspólnego (rebelianckiego) mianownika.

I tak, wiem, że cieszyłam się w sumie na pewną lekkość i rozrywkowość, a nadzieja na głębsze i poważniejsze wątki została w pewnym sensie spełniona, gdy do serialu wprowadzono Moc… ale to nie są te droidy, których szukałam. I tak, wiem, że narzekanie na to, że serial dla młodszych jest zrealizowany jak dla młodszych jest bez sensu, ale Wojnom klonów jakoś udało się wyjść poza schemat, czyż nie?

Rodzinka w komplecie (spoilery do finału)

Tymczasem w kontrze do narzekań muszę jednak pochylić głowę i przyznać, że finał przerósł moje oczekiwania i nawet kulminacyjna scena walki na miecze świetlne (wyraźnie odwołująca się do pewnego uwielbianego pojedynku) powalała momentami na kolana. Przede wszystkim zaś trudno było mi kontynuować zgrzytanie zębami na pękającą w szwach logikę fabuły, kiedy okazało, że Fulcrumem – tajemniczym informantem bohaterów – jest dokładnie ta postać, którą pół internetu pragnęło w tej roli widzieć. Tak, powrót uzbrojonej w piętnaście lat więcej doświadczenia Ahsoki Tano był tak triumfalny, jak można sobie to wyobrazić, i nie powiem, że nie zapiszczałam z tego powodu z radości, bo byłoby to kłamstwo. W tym momencie pewnie połowa osób zastanawiających się, czy obejrzeć sezon do końca właśnie z tego pomysłu zrezygnowała, ale ja cieszę się jak dziecko, bo po pierwsze, losy byłej padawanki Anakina po finale 5. sezonu The Clone Wars interesowały mnie ogromnie; po drugie to jedna z najlepszych bohaterek kobiecych w tym universum; po trzecie to postać wartościowa z punktu widzenia kanonu tego świata; a po czwarte jakiż to cudny węzeł łączący Rebeliantów w wielkiej skali wydarzeń (serialowych) galaktycznych! Przy okazji dowiedzieliśmy się też, że załoga Ghosta to zaledwie jedna z komórek ruchu oporu, więc oto jest wreszcie szansa na rozbudowanie fabuły, skoordynowanie działań, ukazanie faktycznej rebelii! Tej jednej obietnicy nie spełnił mi cały sezon poza końcową sceną finału, a jestem jej aż tak spragniona, że z wytęsknieniem będę teraz wyczekiwać ciągu dalszego. W końcu przypominam sobie, jak wspaniale rozkwitły Wojny klonów, a to jest myślą ewidentnie pozytywną.

star-wars-RebelsS01E08_stillA

Star Wars Rebels pożegnali się jednak wprowadzeniem szumnie zapowiadanego Dartha Vadera, co rusza mnie o tyle – bo to znów powtórka z rozrywki – że otwiera drogę ku ewentualnym napięciom pomiędzy nim a Ahsoką (która, według zapowiedzi, ma pojawiać się w serialu w częstych gościnnych występach). Bo pierwsze i podstawowe pytanie: czy Ahsoka wie, że to Anakin jest Vaderem? Nikt nie ma bladego pojęcia, ale ja uznaję się złapana na przynętę.

I taki właśnie love/hate związek mam z Rebeliantami. Nic nie jest tu pewne poza moją miłością do Gwiezdnych wojen, sympatią do bohaterów i ciągłym, jeszcze nie spełnionym pragnieniem ujrzenia rebelii taką, jaką kocham z filmów. Lubię ten serial, mam wiarę w nowy kanon, jestem ciekawa, ile będzie można z niego wyciągnąć. W nadziei na lepsze, przełykam więc rozczarowania i kibicuję zaletom, bo pomimo zawodów nie zawiodłam się jeszcze krańcowo. Tej historii trzeba być może dać tylko szansę dorosnąć.

  • Krzysztof Wojtasik

    Ciekawy komentarz do serialu. :) Moim największym problemem w tym
    serialu jest rzeczywiście całkowita banalność sposobu, w jaki
    bohaterowie łoją tyłek „wykwalifikowanym” oddziałom Imperium. Próbowałem
    oglądać do czwartego odcinka, ale jak zobaczyłem, że po raz kolejny
    szturmowców się pokazuje jako bandę niekompetentnych idiotów, z
    idiotycznym dość Inkwizytorem na czele, to po prostu nie zdzierżyłem i
    rzuciłem oglądanie w cholerę. Jakakolwiek interakcja między bohaterami –
    nawet najlepsza – niestety nie mogła mi wymazać poczucia irytacji po
    oglądnięciu każdego kolejnego odcinka, spowodowanego brakiem poczucia
    jakiegokolwiek napięcia związanego z pseudowalką z Imperium (które tutaj
    tak naprawdę wygląda na dość spokojne, dobrze zorganizowane państwo…
    tylko od czasu do czasu pojawia się jakiś jeden lub dwóch gburowatych
    oficerów Imperium, którzy kopną ze złośliwości czyiś stragan). I nawet
    to, że serial jest kierowany do młodszej publiki nie wydaje mi się
    uzasadnieniem – nawet jako dzieciak lubiłem wynosić z serialu poczucie,
    że „ci źli” są naprawdę niebezpieczni i nikczemni, a bohaterowie muszą
    najpierw mocno dostać od tych złych po tyłkach, żeby dopiero się
    zreorganizować i odpowiedzieć spektakularnym kontratakiem. Tutaj tego po
    prostu boleśnie brakuje. :(

  • Marcin Segit

    Poogolądałem, odpusciłem, wróciłem na pare ostatnich odcinków. Było trochę lepiej (tak, odcinek z Lando fajny). Niestety, infantylne postacie, watki, zachowania i tak dalej wciąż psują przyjemność z oglądania. Jedyne, co mnie pociesza, to fakt, że Ezra ostatecznie zginie. :> Dam szansę drugiemu sezonowi, najwyżej znów zrobię sobie przerwę po paru odcinkach i poczekam, aż scenarzyści wrócą z urlopu.

  • rob

    wiemy że obi wan wie że anakin=vader pytanie więc czy ashoka się z nim spotkała po fakcie czy nie jeśli tak to powinna wiedzieć ewentualnie rozpoznać po mocy ;)