Night of the Living Trekkies: Where no zombie has gone before…

night-of-the-living-trekkies-f

Jak już pisałam, uwielbiam zombie. I jak też pisałam, miałam przybliżyć jedną z dziwniejszych, a na pewno ciekawszych powieści typu mashup – ciekawszych zwłaszcza, jeśli bez problemu umie się rozszyfrować pochodzenie tekstu z tytułu tego wpisu. Otóż dwóch amerykańskich autorów, zapalonych geeków, podchwyciło temat w wyjątkowo pokręcony sposób, dając nam możliwość przeczytania historii o wybuchu epidemii zombie… na podrzędnym konwencie fanów Star Treka. Jeśli więc potraficie wyobrazić sobie hordy nieumarłych poprzebieranych w znajome mundurki czy też sposób, w jaki bat’leth ucina im głowy, Night of the Living Trekkies to lektura dla Was.

Zacznę od tego, że premiera powieści była poprzedzona przezabawnym trailerem, który idealnie nadawałby się na film.

Do metafory filmowej jeszcze wrócę, ale zanim przywiążecie się do zwiastuna, obowiązek nakazuje mi zaznaczyć, że książka ma z nim niewiele wspólnego ;)

Głównym bohaterem Night of the Living Trekkies jest Jim Pike: dwudziesto-kilkulatek, który po służbie w Afganistanie nigdy więcej nie chce przyjmować na siebie żadnej odpowiedzialności. Spokojna i niewymagająca praca w teksańskim hotelu zmusza go jednak do przyjęcia roli zbawiciela dla grupki ocalałych konwentowiczów, kiedy wszystko, co się rusza, niespodziewanie zaczyna zamieniać się wygłodniałe zombie. Przy wsparciu klingońskiego zbrojmistrza, siostry-Andorianki, typowego red shirta i księżniczki Lei (!), Jim musi pokonać nie tylko dziesiątki przeszkód, ale również wewnętrzne wątpliwości względem samego siebie.

Autorami powieści są Kevin David Anderson i Sam Stall, o których na pewno mogę powiedzieć jedno: świetnie znają się na rzeczy. W Night of the Living Trekkies stworzyli nie tylko wartką, pełną humoru i nawiązań do Star Treków opowieść, ale również wręcz charakterystyczny film o zombie. Celowo używam słowa „film”, bo bez trudu można wyobrazić sobie książkę jako gotowy scenariusz – szczególnie znając schematy tego typu kina. Na początku mamy więc pierwsze symptomy: ktoś gdzieś kogoś ugryzł, ktoś nie przyszedł do pracy, w wiadomościach mówią o jakimś dziwnym wypadku. Dla obeznanego z wojną głównego bohatera coś zaczyna wydawać się nie tak. Kontynuuje, starając się udawać, że nie dzieje się nic niezwykłego. Stopniowo, niespiesznie, budowane jest napięcie. W oko wpada jakiś przedmiot, ktoś rzuca zapadający w pamięć komentarz, nawiązują się sympatie i antypatie – i już wiadomo, w jaki sposób wątki te wypłyną w dalszej części fabuły. Powiecie, że przewidywalne – owszem, zresztą nie tylko na poziomie filmu zombie, ale klasycznie, wręcz technicznie skonstruowanego horroru, thrillera, filmu katastroficznego, etc. Każdy szczegół ma znaczenie. Dla fanów tego typu kina (i przez rozwinięcie: tego typu historii ogólnie) powinno być to zaletą. Dla mnie zdecydowanie jest. Kino to jedno, ale powieści utrzymanych w tej samej konwencji nie uświadczyłam jak na razie wiele. Choć w zasadzie kino i literatura to nie wszystko – czytając Night of the Living Trekkies, nie raz miałam skojarzenie ze starym dobrym Resident Evil.

Największym atutem są tutaj oczywiście dziesiątki nawiązań do seriali o „gwiezdnej wędrówce”, ale nie tylko. Tradycyjnie podjęto charakterystyczny temat „lepszości” universum Star Treka nad Gwiezdnymi wojnami przez wprowadzenie postaci księżniczki Lei i jej cudownych cytatów wyjętych wprost z ust bohaterów sagi. Na szczęście autorzy unikają opowiadania się po którejkolwiek ze stron, a co ciekawsze – główny bohater ma do Star Treka stosunek mocno przedawniony. Dzięki temu Night of the Livig Trekkies unika przeciążenia niezrozumiałymi dla większości śmiertelników aluzjami. Wręcz przeciwnie, wiele kwestii jest wytłumaczonych, dlatego nawet osoba przeciętnie zorientowana w świecie stworzonym przez Roddenbery’ego powinna odnaleźć się w smaczkach. Osobiście nie jestem na tyle hardcorowym fanem ST, żeby kojarzyć każdą, najmniejszą drobnostkę – od nazw klingońskich dań po rasy, które przewinęły się w serialach tylko w ciągu kilku minut pojedynczego odcinka – dlatego pewnie spora część musiała mi umknąć. Gubiłam się chociażby w samych tytułach rozdziałów, które są dokładnym odzwierciedleniem tytułów odcinków różnych telewizyjnych odsłon – i na tyle, na ile zdołałam się zorientować, tytuły te nie zostały zapożyczone bez celu. Jeśli jednak wiecie, co to Borg, jakie ryzyko niesie ze sobą posiadanie czerwonego munduru albo który kapitan nie miał włosów, Night of the Living Trekkies zapewni Wam podróż po świecie Star Treka z całkiem innej perspektywy.

Zdecydowanie polecam Night of the Living Trekkies jako luźną i lekką rozrywkę z elementami komedii, dramatu (tak, też) i parodii, a zatem zdecydowanie osobom, którzy od powieści oczekują czasem zwykłej, niewymuszonej zabawy. Podczas czytania niejednokrotnie wybuchałam szczerym śmiechem, tak trafne były niektóre absurdy. Nie ma się co oszukiwać, że najwięcej skorzystają tu fani Star Treka, ale sądzę, że podstawowa wiedza zapewniona przez polskie emisje telewizyjne powinna wystarczyć do pozytywnego odbioru powieści. A zatem – live long and have fun ;)