Warehouse 13 to rzadki klejnot nawet wśród swoich

w13-01

Sprawa jest prosta: jeśli dobrzy ludzie polecają Wam seriale, które z samego opisu od razu zyskują sobie Waszą uwagę, to zaprawdę, obejrzyjcie je. Tak się składa, że polecana mi opowieść o agentach zabezpieczających groźne artefakty okazała się jednym z  najsympatyczniejszych tytułów gatunkowych ostatnich lat. Warehouse 13 może nie jest niebezpieczny, ale z pewnością należy mu się miejsce na półce.

Oczywiście nie wiem, dlaczego tak długo zwlekałam z obejrzeniem. Zapisałam go sobie na mojej nigdy nie kończącej się liście „chcę” już chyba dwa lata temu, ale zawsze znajdywało się coś ciekawszego – a to Buffy, a to Przygody Merlina, a to początek sezonu jesiennego, w którym ledwo wyrabiałam się z oglądaniem dwudziestu czterech seriali na bieżąco. Zresztą, było też coś odpychającego w świadomości, że Warehouse 13 ma coś wspólnego z Eureką, która to Eureka nieszczególnie mnie do siebie przekonała. Jednak później na Serialowej obijały mi się o oczy same pochwały, a w końcu niedawno Misiael poświęcił Magazynowi aż całą osobną kategorię na swoim blogu. Co więc musi być w serialu, żeby z taką skrupulatnością chcieć rozkładać każdy odcinek na czynniki pierwsze? Ciekawość wzięła nade mną górę i musiałam się w końcu przekonać sama.

Historia Warehouse 13 zaczyna się sztampowo, ale nie bez wdzięku. Pete Lattimer i Myka Bering pracują jako agenci Secret Service – i niezbyt za sobą w tej pracy przepadają. Pete to wieczny dzieciak uwielbiający ciastka i zabawki niemal tak samo, jak piękne kobiety, Myka to skupiona i zasadnicza służbistka, nie lubiąca, kiedy rzeczy nie idą po jej myśli. Pewnego razu, w obowiązkowych tajemniczych okolicznościach, oboje zostają przeniesieni w opuszczone przez boga pustkowie Południowej Dakoty – dokładnie w miejsce, w którym żadne z nich znajdować się nie chce – do pracy w ukrytym przez rząd Magazynie 13. Ich nowym szefem zostaje Artie Nielsen, podstarzały i wiecznie zrzędzący nadzorca, który bez słowa sprzeciwu wprowadza ich w zupełnie nowy świat – świat, w którym zwykłe z pozoru przedmioty posiadają niezwykłe właściwości, czasem zbyt niebezpieczne, by pozwolić innym na ich swobodne wykorzystywanie. Chcąc nie chcąc, Pete i Myka zostają agentami-zbieraczami, wkraczając do akcji ilekroć ktoś na świecie zaczyna używać artefaktu i sprowadzać na siebie kłopoty. „Złapać, zapakować i oznaczyć” staje się ich mottem zawodowym, a Magazyn wkrótce zmienia się w najcieplejszy dom, jaki oboje kiedykolwiek posiadali.

w13-02

Powyższe musi brzmieć naprawdę banalnie – zwłaszcza ta końcówka – ale niech prawda będzie jasna już teraz, w tym momencie: Warehouse 13 w całej swojej sztampowości zaskoczył mnie w stopniu niebywałym, a niemal każdym przejawem świeżości przypieczętował tę sympatię co najmniej potrójnie. Nie miałam bladego pojęcia, że absolutnie każdy odcinek będę pochłaniać z niesłabnącą ciekawością, że wzloty i upadki bohaterów zacznę przeżywać zapłakując się na śmierć, a do samego Magazynu zapragnę przenieść się tak samo jak do szkolnej biblioteki w Sunnydale czy na pokład „Serenity”. Z zupełnej niewiadomej, Warehouse 13 w mgnieniu oka przemienił się w jeden z najzabawniejszych, najciekawszych i po prostu najsympatyczniejszych seriali, jakie widziałam w ciągu ostatnich lat. Znacie motyw niepozornego dzieciaka, którego w szkole wszyscy popychają, a on w domu zarabia miliony wygrywając turnieje sieciowe? Warehouse 13 to ten motyw, kiedy znajomi w szkole się o tym dowiadują i opadają im szczeny.

No dobra, ale o co chodzi? Otóż pewnie wiecie, jak bardzo uwielbiam każdą namiastkę konwencji przygodowej – tropienie skarbów, szalone pościgi, lekki humor, barwni bohaterowie; mogłabym takie rzeczy wciągać razem z powietrzem do płuc. Chodzi więc o to, że Warehouse 13 jest dla mnie ni mniej, ni więcej, jak serialem na wskroś przygodowym. Od wieszania się na kandelabrach, pojedynków na szpady i małpek w czerwonych kamizelkach mógłby go dzielić tylko współczesny setting, ale nie dzieli, bo dziesiątki niesamowitych artefaktów o jeszcze bardziej niesamowitych właściwościach są tak wspaniałym popisem wyobraźni, że ani na moment nie sposób zwątpić, iż wstąpiło się do prawdziwej krainy cudów. Już, kiedy się wydaje, że nie zobaczy się nic bardziej zadziwiającego niż trójwymiarową kamerę z lat 4o-tych, która wyświetla filmy klasy B w poruszających się po mieście hologramach, pojawia się szczotka do włosów Marylin Monroe, która za każdym pociągnięciem farbuje kosmyki włosów na blond, albo okulary Timothy’ego Leary, przez które widać odjechane projekcje jak po zażyciu LSD. Ilości przewijających się z odcinka na odcinek artefaktów – tych niebezpiecznych, tych szkodliwych i tych jakże przydatnych – nie sposób zliczyć, a każdy z nich to osobna perełka na miarę skarbów poszukiwanych przez Indianę Jonesa. Samo oczekiwanie na kolejny zwariowany pomysł jest przy Warehouse 13 motywacją do sięgnięcia po kolejny odcinek – ale och jakże nie tylko, i już nie mogę się doczekać Wam o tym wszystkim napisać.

Tylko że konwencja przygodowa nie zaczyna się i nie kończy przecież na samych skarbach. Nieprawdopodobne wyczyny to chleb powszedni Pete’a, Myki i pozostałych bohaterów, włącznie z poszukiwaniem poszlak na drugiej półkuli globu, rzucaniem się niebezpieczeństwu prosto w objęcia i wychodzeniem z opresji tylko o włos – a to wszystko nigdy nie tracąc humoru i pogody ducha. Słowo daję, to absolutnie zadziwiające, ile humoru znajduje się w tym serialu. Nie jest to cięty jak brzytwa humor pokroju tego z True Blood, nie jest to rubaszne naśmiewanie się z prostackich żartów, ale jeśli przywołacie z pamięci spontaniczne odzywki Nathana Drake’a z Uncharted albo ten krzywy, uroczy uśmieszek – niech się powtórzę – Indiany Jonesa, to będziecie w domu. Lekki jak piórko i zwinny jak łasica, humor w Warehouse 13 przedostaje się pomiędzy kwestie dialogowe szybciej niż zdążycie mrugnąć okiem, zmieniając wydźwięk niemal każdej w sceny w barwną, niemal kreskówkową zabawę, tak dobrze znaną z wszystkich najlepszych klasyków kina przygodowego. Nie raz i nie dwa rechotałam w słuchawkach na cały głos, zupełnie, ale to zupełnie nie przejmując się tym, że ktoś mógłby mnie usłyszeć. Nie ma odcinka, w którym Pete w rozkoszny sposób nie wygłupiałby się jak dziecko, Myka nie strofowałaby go jednym znaczącym spojrzeniem, a Artie nie huczałby na bohaterów swoim nie znoszącym sprzeciwu głosem – a gdy wkrótce pojawiła się Claudia, młodociana mistrzyni klawiatury, usta wykrzywiały mi się do uśmiechu jeszcze zanim dotarł do mnie cały sens wystrzeliwanych z prędkością błyskawicy docinków. Krótko mówiąc, luźna, komiczna atmosfera momentalnie daje do zrozumienia, że mamy do czynienia z produkcją dla rozrywki przeznaczoną i rozrywki żyjącą, tym samym idealnie doprawiając klimat niebezpiecznych misji i ryzykownych sytuacji. Zresztą, serial jest nie na darmo określany jako skrzyżowanie Z Archiwum X, Poszukiwaczy zaginionej Arki i Wariackich papierów: poszukiwanie tajemnic unikając niebezpieczeństw i cały czas grając na chemii pomiędzy bohaterami to przepis idealny, którego w przypadku Warehouse 13 nie spaliło praktycznie nic. A to się przecież tak rzadko udaje.

w13-03

Ale najlepsze i tak zostawiłam na koniec. Wyobrażacie sobie, jaką męką mogłoby być oglądanie tak świetnie pomyślanego serialu, gdyby brzmiał on tak świetnie tylko na papierze? No więc nie musicie się tym absolutnie martwić, bo największy urok Warehouse 13 tkwi nie w niezwykłych przedmiotach, jakich ma na pęczki, ale w bohaterach, jakich ma tylko kilku – i tych kilku nie zamieniłabym za żadne skarby. Fenomenalna chemia, jaka wywiązuje się pomiędzy całą gromadką to dzieło tak scenariusza, jak i utalentowanych aktorów, którym już od pilotowego odcinka udało się wydobyć ze swoich bohaterów wszystko, co najlepsze. Szybko bowiem okazuje się, że na łatki nie ma co w Warehouse 13 liczyć. Oczywiście, Pete rzuca się do żartów przy każdej nadarzającej się okazji – nie przegapi też każdej możliwości zeżarcia jakiegoś ciastka – ale gdy pokazuje, jakim odpowiedzialnym jest agentem i jak lojalnym przyjacielem, cała ta jego dziecinada w mgnieniu oka schodzi na dalszy plan. Z kolei Myka nie okazuje się wcale tak sztywna i przepisowa, jakby się wydawało – momenty takie jak ten, w którym rozumie nawiązanie do startretkowych red shirtów, a później wybucha śmiechem oblana mazią od razu malują portret bohaterki, która ma w niejednego asa w rękawie. Razem tworzą perfekcyjnie zgrany zespół, doskonale uzupełniając swoje mocne i słabsze strony – Pete posiada na przykład umiejętność wyczuwania zagrożenia, a Myka ma bystre oko do detali – a przy tym bardzo szybko nawiązuje się pomiędzy nimi więź naprawdę silnej przyjaźni. Jedno za drugie pójdzie na drugi koniec świata i łącznie z zejściem do piekła zrobi wszystko, by nie stała mu się krzywda, co jest chyba najpiękniejszym przykładem przyjaźni męsko-damskiej we współczesnej popkulturze małego ekranu. Bo właśnie przyjaźni – serial bez wymuszonych romantycznych podtekstów jest cudownym powiewem świeżości i trafnym strzałem w dziesiątkę; tym bardziej, że faktycznie działa. A jeśli ciężko wyobrazić mi sobie tę dwójkę w innej relacji, to uważam to za jego niewątpliwą zaletę.

Bardzo szybko wychodzi też na jaw, że Pete i Myka wcale nie tworzą w Warehouse 13 fabularnego trzonu. Poznajemy ich jako pierwszych i do jako takich najszybciej możemy się przywiązać, ale pozostali bohaterowie – może z wyjątkiem jednego przykładu – wcale nie stanowią tła dla drugiego planu. Niezawodny i gruboskórny Artie jest tak samo postacią komiczną, jak i stosunkowo tragiczną, którego wzloty i upadki wywołują wcale nie mniejsze emocje, a gdy tylko na scenie pojawiła się Claudia, po jednym odcinku przestałam sobie wyobrażać tego serialu bez niej. Im dalej w las, tym więcej postaci się pojawia – zawsze w odpowiedniej proporcji – a każda z nich jest jak element układanki, z którego braku nawet nie zdawało się sobie sprawy. Co więcej, w zasadzie słowo daję, że nie ma w Warehouse 13 postaci, której bym szczerze nie potrafiła znieść. Nie wiem, czy już kiedyś wspominałam, ale przez długi czas miałam straszny problem z zaakceptowaniem Jaime Murray w czymkolwiek, bo po roli w Dexterze aktorka samym swoim głosem doprowadzała mnie do szału. Poprawiło się to trochę w Defiance, ale dopiero po roli w Warehouse 13 mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że nie tylko wyzbyłam się niechęci, ale wręcz kobietę polubiłam. Bardzo cenię sobie sytuacje, kiedy jeden serial potrafi zagrać na właściwych nutach na tak wielu płaszczyznach, bym aż polubiła nielubianą aktorkę. A Wy? Możecie mi więc wierzyć jeśli powiem – w zasadzie powtarzając za Misiaelem – że Warehouse 13 ma jednych z najsympatyczniejszych serialowych bohaterów wszechczasów, z którymi będziecie zarówno śmiać się na całe gardło, jak i płakać rzewnymi łzami. Misiael może potwierdzić.

A skoro przy bohaterach jesteśmy, wspaniałe jest w Warehouse 13 również to, że scenarzyści potrafią naprawdę umiejętnie żonglować schematem. Choć drużyną A – posługując się żartem wprost z serialu – są Pete i Myka, bardzo często zdarza się, że kolejne dochodzenie lub problem rozwiązują postacie sparowani zupełnie inaczej. Nie trzeba mówić, jak świetnie rozwiązuje to problem zmęczenia materiału i jednocześnie daje okazję poznać bohaterów od innych stron. Inną rzeczą, która niezmiernie mi się podoba jest fakt portretowania bohaterów jako równych sobie, co dla mnie najlepiej widać zwłaszcza na przykładzie Myki. Pisałam wyżej, że razem z Petem świetnie się uzupełniają, a teraz dopiszę, że serial nawet nie stara się tego wyjaśniać – bo próby usprawiedliwiania roli Myki, jako kobiety w zespole, natychmiast skończyłyby się niepotrzebnym zwracaniem uwagi na problem, którego de facto nie ma. Warehouse 13 tego nie robi i za to ma moje dozgonne uznanie. Nie obyło się oczywiście bez wpadek – zwłaszcza w początkowych sezonach widać, że Myka zbyt często jest stawiana w sytuacjach uprzedmiotowujących jej płeć – ale w miarę oglądania ta tendencja coraz bardziej zanika, aż wreszcie przestaje sprawiać problem. Naprawdę, w Warehouse 13 można oglądać odcinek i w ogóle nawet nie pomyśleć, że płeć mogłaby stanowić jakąkolwiek przeszkodę. A o to  właśnie chodzi.

Z bohaterami wiąże się też jeszcze inna rzecz, która obejmuje właściwie kilka zalet naraz: otóż nie ma w Warehouse 13 odcinka, w którym nic by się nie działo. W absolutnie każdym odcinku można się naturalnie spodziewać nie tylko śledztwa bądź innej sytuacji wymagającej interwencji, nie tylko humoru i pokładów artefaktowych kreatywności, ale również jakiejś cząstki w relacjach bohaterów, która dodaje do układanki jeden, choćby i drobny element więcej. Na początku myślałam, że to szybko minie, bo dowiemy się wszystkiego i już nie będzie czego odkrywać, ale ku mojemu zaskoczeniu niemal do samego końca potrafiłam znaleźć w kolejnych odcinkach jakąś drobnostkę, która albo rzuca na daną postać nowe światło, albo w jakiś sposób pogłębia już istniejące. Powracanie do serialu odcinek po odcinku stawało się dzięki temu tym ciekawsze. Nawet, jeśli mogło mi się wydawać, że zarys fabuły następnej przygody niezbyt mi się podoba, to właśnie tak było – tylko mi się wydawało.

w13-04

Nie jest jednak tak, że lekka, rozrywkowa konwencja to wszystko, co Warehouse 13 ma na swoja obronę. Wręcz przeciwnie. Dosyć szybko pojawia się w serialu nieco ciemniejsza strona, która nie tylko dotyka bohaterów w sposób bezpośredni – każąc im na przykład podejmować trudne moralnie decyzje – ale i zwiększa stawki na skalę światową. Ciężary, jakie bohaterowie ze sobą niosą ciągną się za nimi czy tego chcą, czy nie, a dzięki temu, że są tacy sympatyczni i tak łatwo ich polubić, wszystkie ich dramaty przeżywałam z ogromną dawką emocji – a już zwłaszcza, kiedy przydarzały im się z woli jakiegoś życzącego im źle maniaka. Kibicowanie bohaterom to niby najbardziej naturalna rzecz na świecie, ale w Warehouse 13 aż bym chciała pomagać im własnoręcznie, byle tylko nie musieli cierpieć. Ilość wypłakanych łez może nie dorówna ilości wybuchów śmiechem, ale wierzcie mi, kiedy Wam powiem, że potrafiłam płakać tu niemal tak mocno jak w scenie śmierci Mufasy.

Jednak z drugiej strony, Warehouse 13 nie jest też pozbawiony wad. Jedną z nich – skoro już przy dramatach jesteśmy – jest fakt, że serialowi czasem brakuje wyważenia. W momentach, w których przyzwyczaił mnie do śmiechu i beztroskiej zabawy, zmiana klimatu na cięższy czasami zbyt wyraźnie wybijała mnie z rytmu, wymagając ode mnie świadomej zmiany percepcji. Trudno powiedzieć, czy to jest aż „wadą”, bo gdy zmiana kierunku już następowała, wejście w nowy klimat zajmowało mi tylko chwilę, ale skoro zwróciłam na to uwagę, to znaczy, że coś musiało być na rzeczy. Druga rzecz – bo wcale nie będzie ich dużo – dotyczy już czegoś, z czym boryka się wiele wielosezonowych seriali, czyli  rozbudowanej mitologii. Warehouse 13 zaczyna skromnie, podając na tacy tylko kilka najbardziej istotnych faktów, ale jego wewnętrzna spójność rozrasta się później do nieprawdopodobnych rozmiarów, aż w końcu przestaje się to wszystko trzymać kupy. Na całe szczęście konwencja, fabuła i bohaterowie łatają te dziury swoją magią i urokiem, praktycznie całkowicie niwelując poczucie tęsknoty za logiką, ale gdy się nad tym zastanowić, można by znaleźć zdecydowanie więcej pytań niż odpowiedzi. Zasada jest więc prosta: nie należy zadawać pytań. Zabawa i tak będzie przednia.

Zdecydowanie chciałabym też wspomnieć o dodatkowej wartości, która może nie zmienia oblicza serialu, ale z całą pewnością dodaje mu punktów: przez Warehouse 13 przewija się niemal cała plejada znanych twarzy serialowo-fantastycznego świata. Nazwisk takich jak Tricia Helfer, Michael Hogan, Mark Sheppard, Jewel Staite, Sean Maher, Jeri Ryan, Kate Mulgrew, René Auberjonois, Brent Spiner, Anthony Stewart Head, James Marsters czy Amy Acker chyba nie trzeba przedstawiać, a czy wierzycie, czy nie, jest ich jeszcze więcej. Oglądam dużo seriali i niemal w każdym odcinku znajdywałam aktora bądź aktorkę, których już gdzieś wcześniej w czymś widziałam. Co więcej, jak okazuje się na przykładzie Jewel Staite i Seana Mahera, scenarzyści lubią puszczać do widzów oko, dobierając do gościnnych aktorów role w jakiś sposób powiązane z ich ikonicznymi wcieleniami, w tym przypadku z Firefly. I wierzcie mi, wydobywanie takich smaczków z pozornie zwykłych sytuacji było prawdziwą przyjemnością, dzięki której oglądanie Warehouse 13 stawało się niekiedy jak prezent, którego rozpakowywanie dostarcza więcej wrażeń niż podarunek w środku. Jeśli jeszcze nie przekonałam Was do obejrzenia, to może tym prezentem się uda.

Tak w sumie, całe Warehouse 13 jest takim prezentem – i to prezentem najlepszego rodzaju, bo prezentem z zaskoczenia. Nie wiedziałam, co dostanę, wiedziałam tylko, że będzie to fajne. I okazało się znacznie fajniejsze, niż przypuszczałam. Pośród tylu seriali science fiction lub fantasy, jakie obecnie mamy do wyboru, opowieść o tajnym rządowym magazynie nie wydaje się wyróżniać niczym specjalnym, ale nie przekonacie się, dopóki nie zobaczycie. Niezwykła kombinacja przygody, komedii i dramatu, z dodatkiem sekretnego składnika, jakimi są pomysłowość, świetne dobrane role i szczypta nie dającego się określić uroku, tworzą mieszankę wybuchową, której działania nie da się kwestionować. Choć wiem, że przed nami ostatni sezon i tylko sześć odcinków, i choć wiem, że strata takiego klejnociku będzie bolesna, gorąco polecam zapoznać się bohaterami i odprowadzić ich do samego końca ich niezwykłych przygód – chociażby tylko po to, by podziękować im za te ponad pięćdziesiąt odcinków w prawdziwej krainie cudów.

 

  • Misiael

    Misiael potwierdza i podpisuje się wszelkimi dostępnymi kończynami pod każdym słowem, jakie Aeth napisała powyżej. Warehouse 13 to dla mnie istny popkulturowy fenomen, błyskotliwa (choć niepozbawiona wad) perełka, która – z niezrozumiałych dla mnie względów – pozostaje szerszemu odbiorcy właściwie nieznana. Taki jakby trochę amerykański Doctor Who, ale zrobiony mocno po swojemu, serial inny, niż wszystkie. Pokochacie bohaterów, zachwyci Was konwencja, uwiedzie setting. Aeth napisała wyżej to, co ja z zapałem (i bez większych sukcesów) głoszę już od kilku lat – nie oglądać W13 to tracić coś naprawdę, naprawdę unikalnego i, we współczesnej telewizji, niespotykanego.

  • Misiael

    Aeth nie wspomniała jeszcze o jednej ciekawej rzeczy, mianowicie – serial jest świetny muzycznie, pojawiają się w nim covery i oryginalne wersje wielu znanych i lubianych piosenek, w dodatku na ogół dobrane są po prostu znakomicie – finał odcinka „Emily Lake” nie byłby taki sam bez covera „Running Up That Hill” w tle.

  • Bardzo lubię Warehouse 13 i wydaje mi się, że nikt go nie ogląda oprócz mnie :) Do teraz!
    Przypomina mi klimatem trochę Doktora Who, trochę jakieś steampunkowe filmy. Są odcinki lepsze i gorsze,ale naprawdę wyjątkowe jest to,że Magazyn tworzy tak naprawdę dom i to jest cudowne, że bohaterowie znajdują w nim swoje miejsce na Ziemi.
    Drażni mnie fandom Warehouse 13 na tumblr, gdzie fani usilnie starają się połączyć Mykę i H.G. Wells w związek romantyczny. Nie pasuje mi to do tych bohaterek i cieszę się z kierunku obranego przez scenarzystów.
    Też chciałam napisać o tym serialu, ale najpierw dokończę ostatni sezon.

    • Misiael

      „Drażni mnie fandom Warehouse 13 na tumblr, gdzie fani usilnie starają się połączyć Mykę i H.G. Wells w związek romantyczny.”

      Właśnie bardzo pasuje. Przecież wszyscy, od aktorek począwszy, poprzez scenarzystów, aż po fandom, zgadzają się, że M”Myka kocha H.G.”. Są na to wyraźne poszlaki nawet w samym serialu – pewne oczka puszczane do uważnych fanów – choćby mina Myki, gdy H.G. mówi „some of my lovers were men” czy finał drugiego sezonu. Ja jestem fanem paringu Myka/H.G. i, po prawdzie trudno mi zrozumieć jak można NIE widzieć chemii pomiędzy nimi.

      • No, to Misiael, tutaj się nie zgodzimy, bo ja również jestem ogromnie przeciwna parowaniu Myki z H.G. Ich przyjaźń niesamowicie mi się podoba i byłabym bardzo niezadowolona, gdyby W13 poszedł za głosem współczesnych wymagań i połączył te bohaterki w związek romantyczny. Nie ma takich przyjaźni w serialach (a przynajmniej w tym momencie nie mogę sobie przypomnieć), więc chemia czy nie, dobranie ich w parę zniszczyłoby coś wyjątkowego.

        I owszem, chemia jest, uczucia są, ale na litość boską, czy „uczucia” i „chemia” muszą automatycznie oznaczać miłość i seks? No proszę…

        • Misiael

          Widzę nieporozumienia na linii. Otóż spieszę wyjaśnić, że nie mam tu na myśli archetypowej miłości romantycznej pomiędzy Myką, a H.G., tylko coś, co w zbliżeniu mógłbym opisać jako „Głęboka platoniczna relacja”, a i tak nie jestem do końca zadowolony z tego określenia. Nie nazwałbym tego przyjaźnią, nie nazwałbym tego miłością, nie powiedziałbym, że jest to coś pomiędzy – ale jest coś głębokiego. H.G. na pewien sposób kocha Mykę i żadna siła mnie nie przekona, że jest inaczej. :)

          A co do Tumblra – no cóż, jeśli jakiś fandom nie jest choć trochę zboczony, to najprawdopodobniej w ogóle nie jest fandomem. Zawsze to powtarzam.

          • Tak, zgodzę się, H.G. kocha Mykę, a Myka H.G. – miłością przyjacielską, głęboką i pełną wzajemnego zrozumienia. Nie romantyczną. Nic mnie nie przekona, że jest inaczej :P

            • Misiael

              Liczę na ciekawą dyskujsję, gdy już w swoim cyklu notek o kolejnych odcinkach W13 dojdę do tej kwestii :)

          • Mi nie chodzi o żadne zboczenie. Miłość pomiędzy dwiema kobietami to normalna rzecz, ale między tymi bohaterkami wywiązała się tak niesamowita relacja/ więź, że naprawdę szkoda by było niszczyć tego seksem. W serialach i filmach rzadko pokazana jest głęboka przyjaźń między kobietami. Tylko albo baby się nie znoszą, albo są rywalkami, albo kochankami. Nie lubię tego i cieszę się, że w Warehouse 13 jest inaczej.

  • Froszti

    Zdecydowanie jeden z lepszych seriali tego typu w ostatnich latach. Mało tego jaki jeden z niewielu robi się coraz ciekawszy z sezonu na sezon (gdzie u konkurencji często zanika zainteresowanie danym tytułem).

  • Agent

    No proszę, nie wiedziałem, że działalność Fundacji SCP zainspirowała powstanie serialu. Będę uważnie oglądał.

  • Anna Flasza-Szydlik

    Przyznam, że serial bardzo mi się podobał przez pierwsze trzy sezony, zwłaszcza wykorzystanie pewnej znanej postaci jako bohatera ;). Potem, niestety, jakby się zepsuł, więc postanowiłam odpocząć, bo może to mi brakowało dystansu? Ale serio, taki finał jak w trzecim sezonie, serwuje się na zakończenie całego serialu, nie sezonu.

  • Tak bardzo podoba mi się ten wpis! Aż zachciało mi się na nowo obejrzeć cały serial :) Może efekty specjalne nie zawsze są idealne, ale poza tym ogląda się bardzo przyjemnie, aż szkoda, że znam tak mało osób, które też oglądają.

    • Muszę jeszcze dodać, że uwielbiam, jak Myka i Pete się dogadują i traktują się z wielką miłością i czułością – i że idzie to w kierunku miłości pomiędzy rodzeństwem, a nie romansu.

  • Wygląda na to, że W13 lubi i ogląda znacznie więcej osób, niż przypuszczałam. Cieszę się tym samym, że dołączyłam do grona fanów, którzy głośno mówią o jego fajności – bo warto :)

  • Ciekawe, nie miałem okazji nawet słyszeć o podobnym serialu, a staram się być na bieżąco z podobnymi produkcjami. W świetle takiej recenzji sprawdzę tytuł jak najprędzej, bo może okazać się, że to faktycznie jakaś perełka. Opis fabuły przywodzi mi na myśl Fringe – czy ktoś może potwierdzić (lub zaprzeczyć), że takie skojarzenie jest na miejscu? ;)

    • Ja bym jednak zaprzeczyła. „Fringe” jest bardzo mocno osadzone w dramacie psychologicznym i utrzymane w konwencji naukowego sci-fi. „Warehouse 13” to serial przygodowy, więc jeśli zabierzesz się do niego myśląc o „Fringe”, możesz poczuć się zawiedziony. Teoretycznie, zarys jest podobny – dziwne rzeczy dzieją się na świecie – ale klimatem te dwa seriale różnią się od siebie jak ogień i woda :)

  • Cathia

    Oj tak, jest to serial po prostu znakomity :)

  • Niech będzie, serial jest w porządku. Ale jednak jakoś mnie zmęczył, przytłoczył kiedy zrobiło się trochę mroczniej, ktoś miał ginąc, Claudia miała kogoś mordować… A poprzedni sezon, ten, który skończył się śmiercią geja buddysty był taki fajny.