W Krainie Czarów zabrakło magii

ouat-wond-01

[1×01 „Down the Rabbit Hole”] Nie chcę o pilocie Once Upon a Time in Wonderland mówić „a nie mówiłam”, bo dotychczas powstrzymywałam się przed wyrokami na bazie samego trailera. Nie będę jednak ukrywać, że podczas oglądania premiery nowego baśniowego serialu jedna za drugą spełniały się wszystkie moje największe obawy.

Pomimo zamaszystego porzucenia Once Upon a Time, serialu, jak wiadomo, matki, nie byłam do jego spinoffa nastawiona wcale negatywnie. Przeciwnie, od samego początku podchodziłam do tego tytułu z otwartym umysłem, z niemałą dozą ciekawości zastanawiając się, w jaki sposób twórcy rozwiną bajkową rzeczywistość Lewisa Carrolla. Z opisów wynikało, że będzie to produkcja znacznie bardziej awanturnicza, nastawiona na romantyczne przygody i heroiczne wyczyny – czyli krótko mówiąc, brzmiąca lekko i ciekawie. Jednak po obejrzeniu trailera ta ciekawość rozeszła się w dwie przeciwne strony, bo mroczny wstęp ze szpitalem psychiatrycznym szybko zastąpiony został cukierkowymi efektami specjalnymi, które tak strasznie przeszkadzały mi w Once Upon a Time. Nie przypadła mi też do gustu wizja naiwnego wątku miłosnego, ale myślałam sobie, że nie przekonam się, póki nie zobaczę. Jednak teraz, już po obejrzeniu „Down the Rabbit Hole”, z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że mogłam się tego spodziewać. Awanturniczy klimat awanturniczym klimatem, ale Alicja w Krainie Czarów zapowiada się na duchowe dziecko swojej matki – tak samo infantylne i niedojrzałe, dziedziczące niemal wszystkie błędy poprzedniczki i nie dające wiele w zamian.

A zaczęło się tak obiecująco. Mała dziewczynka w niebieskiej sukience gramoli się z dziury w lesie i w podekscytowanych podskokach biegnie do domu. Uradowana widokiem ojca, natychmiast opowiada mu o magicznym miejscu, z którego właśnie wróciła – problem w tym, że w międzyczasie ojciec i cała jej rodzina uznali ją zmarłą. Późniejsze próby udowodnienia przez bohaterkę istnienia Krainy Czarów kończą się dla niej wieloletnim zamknięciem w azylu dla obłąkanych, w którym dodatkowo, w samotności, przeżywa koszmar utraty ukochanego, dżina Cyrusa. By zaprzestać dalszego cierpienia, zgadza się na przeprowadzenie zabiegu, który wymaże bolesne wspomnienia. Nim jednak uda się Alicji zapomnieć o baśniowym świecie, na ratunek przychodzą jej starzy przyjaciele. Gnana nadzieją odnalezienia ukochanego – który być może wcale nie zginął, jak dotąd wierzyła – bohaterka powraca więc do Krainy Czarów, nieświadoma, że w trakcie jej nieobecności miejsce to zmieniło się w legowisko intryg.

ouat-wond-02

I wszystko byłoby z tą fabułą w większym lub mniejszym porządku, gdyby nie kilka gołym okiem widocznych rzeczy. Po pierwsze niezmiernie bym się cieszyła, gdybyśmy zamiast młodej kobiety dostali za bohaterkę śmiałą dziewczynkę, bo półtorej minuty występu grającej młodą Alicję Millie Brown było trzykrotnie lepsze niż cały odcinek z Sophie Lowe. W tym sezonie widziałam już gorsze występy, ale nie zmienia to faktu, że kreacja Lowe okazała się okropnie płytka i bezbarwna. Szkoda, bo dziewczyna ma strasznie sympatyczną twarz, za którą aż chce się ją lubić – tylko że im bardziej chciałam ją polubić, tym więcej mankamentów widziałam w jej aktorstwie. Słuchanie ciągle tego samego tonu i wypowiadanych niemalże szeptem kwestii po dłuższej chwili zaczęło działać mi na nerwy, a przecież mowa tu o głównej bohaterce. Brak iskry w tej kreacji czyni z Alicji postać straszliwie nudną, skutecznie utrudniając mi zaakceptowanie jej jako tak istotnej, a przy tym tak zaradnej i walecznej protagonistki. Wszystko, co się wokół Alicji dzieje ma nam bowiem pokazać jej niezwykłe umiejętności i nadzwyczajny charakter, ale sztuczność postępujących wydarzeń odnosi efekt przeciwny od zamierzonego.

Na marginesie, kiepska kreacja głównej bohaterki w serialu adaptującym baśniowe historie – czy coś to komuś przypomina?

Idąc dalej, za kompletny niewypał uważam sposób, w jaki pokazano nam wielką miłość i zarazem motywację Alicji. „Down the Rabbit Hole” rozpoczyna się streszczeniem  historii bohaterki od momentu jej zamknięcia do uwolnienia, robiąc to za pomocą flashbacków – samych w sobie będących ciekawym zabiegiem – ale wątek miłosny ogranicza do zaledwie dwóch scen. W pierwszej Alicja poznaje Cyrusa (Peter Gadiot), w drugiej – po przygodach, jakie przeżyli razem gdzieś za kulisami – przyjmuje jego oświadczyny. Od razu mamy więc za pewnik przyjąć to ogromne uczucie, jakie do siebie żywią, ale wyjątkowo trudno w nie uwierzyć, kiedy nie ma ani chemii pomiędzy aktorami, ani tła historycznego, które to uczucie by uwiarygodniało. Nie wiem, może ze mnie jakiś stary cynik, ale deklarowanie miłości to tylko puste słowa, jeśli się w nie nie wierzy – a ja tu naprawdę wierzyć nie miałam w co.

Ale dobrze, Alicja – z pomocą łotrzykowatego Waleta Kier (Michael Socha), któremu Biały Królik (John Lithgow) przerywa rabunek jadłodajni Babuni w Storybrooke – wraca w końcu do Krainy Czarów, gdzie nie spocznie, póki nie odnajdzie ukochanego. W bardzo fajnym zwrocie akcji okazuje się jednak, że jej powrót został zaaranżowany przez Królową Kier (Emma Rigby), a cały ten wątek ujawnia sieć dalekosiężnych intryg. Pod tym względem mogę zrozumieć, dlaczego cały pilot tak spartaczył przedstawienie bohaterów i zawiązanie relacji pomiędzy nimi – musiał się spieszyć, żeby niespodziankę zawrzeć jeszcze w tym samym odcinku. Niespodzianka to rzeczywiście ciekawa, ale byłaby jeszcze ciekawsza, gdyby została o niebo lepiej odegrana. Tymczasem postacie zajmujące kluczowe pola na planszy budzą grozę tylko teoretycznie, bo naprawdę ciężko zawiesić niewiarę widząc tak słabe aktorstwo, jeszcze słabsze dialogi, i na dobitkę te rażąco sztuczne scenerie. Znów napiszę, że szkoda, bo oto złowrogiego Jafara gra znany i lubiany Naveen Andrews, ale z tak napisanymi kwestiami podejmowane przez niego próby przelania na ekran zastraszającego charakteru swojego bohatera wzbudzają raczej śmiech politowania. Oglądając jego rozmowę z Królową Kier miałam wręcz wrażenie, że oglądam serial dla dzieci – po prostu nie wierzę, że potężny wezyr z Agrabahu dał się ograć w tak prostacki sposób. I niestety, mam co do tego dalsze złe przeczucia…

Bo to wcale nie był pierwszy przypadek jawnej głupoty w tym scenariuszu. Wyobraźcie sobie scenę, w której Alicja i Walet Kier lądują w sadzawce z puddingu. Grunt pod ich nogami nie jest stabilny, więc natychmiast kierują się w stronę drewnianej przystani, z której pogania ich Biały Królik. Z jakiegoś niezrozumiałego jednak powodu zatrzymują się w połowie drogi, bo nagle Alicja uznaje, że to idealny moment do zapytania Królika o Cyrusa. I tak stojąc sobie i gadając, bohaterka wraz z Waletem zaczynają powoli zanurzać się w puddingowej mazi, ledwo uchodząc potem z życiem. I nie rozumiem tej sceny, naprawdę nie rozumiem. Na pewną umowność w serialach fantasy trzeba się zgodzić – i ja z pełnią świadomością zgadzam się na umowność świata przedstawionego – ale to wcale nie oznacza, że bez grymasu przełknę absolutnie wszystko. A skoro już sam pilot posuwa się do takich zagrywek, strach się bać, co będzie dalej.

Zaczepiłabym się jeszcze o kolejną rzecz – kostiumy jakby żywcem wzięte z luźnie interpretowanych LARP-ów historyczno-fantastycznych – ale nie chcę poczuć się jakbym kopała leżącego. Jestem pewna, że Once Upon a Time in Wonderland znajdzie swoich odbiorców, prawdopodobnie tych samych, których udało się przyciągnąć i zatrzymać przy Once Upon a Time, ale ja zachwycona nie jestem. W przeważającej mierze drewniane aktorstwo, marne dialogi, brak chemii i te okropne efekty specjalne są tylko trochę rekompensowane przez intrygująco zapowiadające się machinacje, ale w obietnice przygód w krainie pełnej czarów po tym pilocie już mi się wierzyć nie chce. Prawdopodobnie obejrzę jeszcze kilka odcinków, żeby dać serialowi szansę, ale wiele sobie po nich nie obiecuję. Póki co, serialowa Alicja utknęła jak dla mnie w Krainie bez Czarów.

 

  • Szkoda, bo czekałam na ten serial. Zapewne podobnie jak w Agents of Shield atutem będą tylko nawiązania do „serialu matki” albo „filmu matki” ;)
    Ja się przyzwyczaiłam do sztuczności i chamskiego green screenu w Once Upon a Time, ale mimo to dalej drażni. Na pewno ważną kwestią są pieniądze, ale i tak z sezonu na sezon mogliby się poprawić, a nie wręcz odwrotnie. Pilota Once Upon a Time in Wonderland (baaardzo długa nazwa, nie mogliby go nazwać po prostu Wonderland?) i tak obejrzę i pewnie ze dwa kolejne odcinki też.

  • zpantalyku

    Alicja to taki szalenie wdzięczny temat do ekranizacji, właściwie cały Lewis się prosi o ekranizowanie go. Kurcze jednak po raz kolejny wychodzi – dobra historia nie musi oznacząc dobrego filmu/serialu. A szkoda, bo to zawsze jakoś tak smutniej.