Znacie ten film, który powstał przy ogromnym wsparciu fanów po skasowaniu ich kultowego serialu? Który był wydarzeniem nie tylko bezprecendesowym, ale i wyraźnie udanym? Który fani pokochali i wciąż chcieliby więcej? Nie, nie Serenity. Veronica Mars? No więc teraz wyszła jego kontynuacja! A właściwie kontynuacja kontynuacji? W każdym razie książka – i to pierwsza z wielu!

Trochę przesadzam z tym „trochę” – pierwszy tom pisanego przez Roba Thomasa i Jennifer Graham cyklu, The Thousand-Dollar Tan Line, ujrzał światło dzienne już 25 marca, 11 dni po premierze filmu, ale do mojej świadomości przedarł się dopiero dzięki comic-conowym wywiadom przy okazji iZombie. Wstyd mi trochę, nie powiem, bo przecież Veronica Mars to jedna z najlepszych rzeczy, jaka powstała po drugiej stronie oceanu i od lat jestem jej ogromną fanką. Jednak w myśl, że lepiej późno niż wcale, rzuciłam się na historię młodocianej (?) detektyw jak głodna na chleb i od razu poczułam się jak u siebie w domu. Jeśli kochacie Veronikę Mars tak bardzo jak ja, czytając jej książkową przygodę – i to kanoniczną! – nawet nie poczujecie, że od zdjęcia serialu z anteny minęło 7 lat. Ba, nie odczulibyście nic nawet, jeśli ubyłoby ich 17. Albo 70.

Akcja powieści rozgrywa się niemal tuż po zakończeniu filmu. Ta ostatnia scena z Veroniką zasiadającą w biurze ojca, z Mac przy zmodernizowanym stanowisku sekretarki? Nowa historia – i nowe śledztwo – rozpoczyna się prawie od razu tam, tyle, że dwa miesiące później. Z ojcem wciąż dochodzącym do siebie i rachunkami zaczynającymi przerastać jej finansowe możliwości, Veronica zaczyna się zastanawiać, czy rezygnacja z lukratywnej kariery w Nowym Jorku była jednak dobrym pomysłem. Małostkowe sprawy w Neptune – nawet tym nowym Neptune, brzydkim i skorumpowanym – nie stanowią dla jej analitycznego mózgu żadnego wyzwania. Ze skraju rezygnacji wyciąga ją jednak propozycja nie do odrzucenia: zaproszenie do rozwiązania tajemniczego zaginięcia studentki, która zawitała do miasteczka w ramach letniej przerwy.

tumblr_n2xwl6LjJh1qd9a66o9_500Bardzo to typowe, prawda? Prawda, bo i nie ma się co spodziewać nie-wiadomo-jak oryginalnego śledztwa w de facto popularnej powieści kryminalnej. Nie w tym jednak siła książkowej Veroniki, ale, jak można się domyślać, w powrocie do znajomych miejsc, spotkań ze znajomymi twarzami oraz wsłuchiwania się w tak dobrze znany wewnętrzny głos bohaterki, który rzuca trafnymi komentarzami jakby nigdy nie przestał. Dwa słowa o tym głosie: w necie przewijają się komentarz rozczarowania, że The Thousand-Dollar Tan Line nie jest napisane w 1-szej osobie, skoro akcja i tak rozgrywa się oczami i myślami Veroniki. Ja jednak zapomniałam o nich tak szybko, jak tylko przypomniałam sobie, że cholera jasna, znowu jestem w Neptune i czytam ciąg dalszy filmowej historii! Serio, nie ma powodu do narzekań, tym bardziej, że głos w głowie Veroniki jest częsty i gęsty, a przy tym ostry jak brzytwa, dokładnie taki, jakim go pamiętamy. Co jeszcze dobrze pamiętamy? Film. Wydaje się oczywiste, ale praktycznie nie czuć różnicy, że tym razem mamy do czynienia z czytaniem a nie oglądaniem.

I tak powieść nie tylko kontynuuje wątki rozpoczęte w filmie, ale w fajny sposób poszerza nieco spektrum przedstawionym w nim wydarzeń. Weźmy na przykład Weevila  i jego nagłe nawrócenie się z powrotem na ścieżkę motocyklowego entuzjasty. Końcówka filmu stawia nas przed faktem dokonanym – w książce możemy przeczytać kilka wnikliwych spekulacji. Gdzie indziej poruszono bardzo ciekawy wątek konfliktu pomiędzy Veroniką a jej ojcem, który mimo wszystko wciąż nie do końca pogodził się z jej wyborem kariery. W pewnym momencie dochodzi do interesującej konfrontacji, w której pojawia się nie tylko kucyk (wreszcie!), ale i… spoiler. Zobaczycie, będziecie zaskoczeni. No i jest oczywiście Logan – jedyny, niezastąpiony, troskliwy, roztapiający serca za każdym razem, kiedy jego imię pojawia się wśród liter tekstu. Rzecz jasna, Logana nie ma w Neptune fizycznie, ale nawet na okręcie gdzieś na środku Atlantyku pozostaje z Veroniką w kontakcie. Trudy związku na odległość raz po raz przewijają się przez kolejne strony, wraz z nimi rozdzierająca tęsknota, ale wzajemne rozumienie się tych dwojga jest wciąż tak silne, że można by go dotknąć. Nie uniknie się jednak kilku ważnych pytań – ale come on, to Logan i Veronica. Epickie nie oznacza od razu samych kwiatków i tęcz.

A skoro jesteśmy przy kwiatkach i tęczach – założę się, że podczas czytania będziecie tak samo jak ja podkładać w głowie głosy pod każdą postać. Za każdym razem, gdy w dialogach pojawiali się Mac, Wallace, Keith czy nawet… spoiler, słyszałam dokładnie te same ukochane głosy z ekranu, nawet z dokładnie tym samym akcentem. Nie zdarzyło mi się jeszcze w tak żywy sposób czytać żadnej książki, a tymczasem The Thousand-Dollar Tan Line płynęła mi w głowie gładko jak mewy na wietrze. Ja naprawdę nie czytałam powieści, ja po prostu oglądałam kolejny odcinek serialu czy filmu.

Co lepsze, następnym razem, gdy wezmę się za tę serię, sprawię sobie audiobooka, bo czyta go nikt inny jak Kristen Bell! I to czyta podobno genialnie dobierając wszystkie głosy, więc dla fanów to dodatkowa gratka!

tumblr_n2xwl6LjJh1qd9a66o3_500Tych jest tu jednak bez liku. Począwszy od nawiązań do wydarzeń z serialu – wzruszałam się za każdym wspomnieniem Lilly Kane – po spotkania z bohaterami trzeciego planu, przez kilka rozpoznawalnych na kilometr cytatów, ten 1-szy tom jest przepełniony Veroniką Mars jaką znamy i kochamy (powtarzam się, prawda?). Popatrzcie sami na te teksty, które tu zamieszczam – nic się nie zmieniło, no nie? Taka jest cała The Thousand-Dollar Tan Line, ale jest równocześnie krokiem wprzód, kolejnym etapem w ewolucji bohaterki, która z młodocianej detektyw zmieniła się w dorosłą kobietę zmagającą się z dorosłymi rzeczami. Niebezpieczeństwa, które widzieliśmy w filmie to w końcu tylko fragment ryzykownej pracy prywatnego detektywa – nawet w serialu Keith o mały włos nie stracił życia. Udowodnienie, że „normalne” nie jest dla niej nie oznacza jeszcze, że może na ślepo skoczyć w „nie-normalne”. Wydarzenia w książce przeprowadzają Veronikę przez pewien chrzest, który w filmie wydaje się teraz tylko drobnym wprowadzeniem do tematu. To ważny etap w jej życiu – zresztą na większej ilości poziomów niż jeden – dlatego naprawdę warto zapoznać się z tą historią. Biorąc pod uwagę, że książki to kanon, jeśli kiedykolwiek zobaczymy drugą część filmu, zobaczymy w nim też jeszcze inną Veronikę.

A co z samą książką jako taką? Pióro Roba Thomasa widać tu na pierwszy rzut oka – niemal każdy dialog to skarb, zupełnie, jakby czytało się scenariusz. Jednak muszę dodać, że trzykrotne napotkanie się na wyrażenie „syncopated beat” na przestrzeni 338-miu stron to było za wiele. Jennifer Graham pisze poprawnie i tak dalej, ale tylko poprawnie, a gdzieniegdzie i z pewnym brakiem wyobraźni. Mam nadzieję, że do czasu drugiego tomu – Mr. Kiss and Tell pod koniec października – odrobinę się wyrobi. To w końcu Veronica Mars, dammit – chcę wszystkiego zapiętego na ostatni guzik!

Zresztą nieważne – to Veronica Mars w książce! Czy potrzeba większej zachęty? A teraz idźcie i czytajcie.

  • WOOOOOOW, NIE MIAŁAM POJĘCIA!! No, to się zacznie :)

  • O RETY! W ogóle zastanawiam się, czy nie obejrzeć serialu od nowa :D

  • Czasami mi smutno, że żyję w jakiejś tam części internetu i te czy inne informacje do mnie nie docierają… No ale lepiej późno niż wcale! ;)

  • Jeju! Kochałam ten serial! A teraz do nadrobienia i film i książka. A zaczynają się studia i praca licencjacka. Dam radę! :D