Uncharted 3: Drake’s Deception: Nathan Drake i ostatnia krucjata

January 29th, 2011 @ 19:11:28

Wszyscy mi mówili, że Uncharted 3: Drake’s Deception jest grą z całej trylogii najsłabszą. Przyznam, że z początku byłam w stanie się z tym zgodzić – trójka z pewnością nie robi już tak piorunującego wrażenia jak jej dwie poprzedniczki. Później jednak uświadomiłam sobie, że do jej zrozumienia trzeba odrobinę dojrzeć. Tak jak dojrzewa Nathan Drake.

Długo zajęło mi ostateczne ukończenie Uncharted 3 – właśnie dlatego, że miało być ostateczne. Że nie będzie już więcej, że to koniec nowych przygód Nathana i zamknięcie jego historii. W każdej chwili mogę wrócić do którejkolwiek z części, ale to już nie będzie ta sama dziewicza podróż przez niekończącą się grową zajebistość (pardon my French). Nie chciałam, żeby to już był koniec, a jednocześnie pragnęłam, by zakończenie okazało się godne wyrobionego przez serię imienia. Trochę się go bałam, w efekcie trochę go odwlekałam, po części czekałam też na właściwy moment – ale gdy nadszedł, z radością obejrzałam wspaniałe zamknięcie trylogii, które zwieńcza ją dokładnie tak, jak ją rozpoczyna – wyruszeniem w nową, ekscytującą przygodę.

Początek nie był szczególnie obiecujący. W porównaniu do wybuchowego otwarcia Among Thieves, Drake’s Deception zaczęło się zupełnie zwyczajnie. Ucieczki z wiszącego nad przepaścią pociągu nie dałoby się jednak pobić bez popadania w jakąś niewyobrażalną już skrajność, więc decyzja o stonowaniu otwarcia bardzo mi się spodobała – choć dopiero w perspektywie. Bo właśnie w perspektywie wychodzą na jaw wszystkie zalety trzeciej części. Grając, zaczęłam dostrzegać je dopiero mniej-więcej w połowie, zaś po ukończeniu dokładnie widzę, jak inna i jak dojrzalsza jest to historia. Tym razem nie chodzi o przygodę, tym razem chodzi o podróż i ostateczną ewolucję bohatera. Z tego Uncharted 3: Drake’s Deception wywiązuje się znakomicie.

Wszystko zaczyna się w ciemnej londyńskiej alejce (zdj. gry-online.pl).
Wszystko zaczyna się w ciemnej londyńskiej alejce (zdj. gry-online.pl).

W trzeciej części Nathan Drake podąża za obsesją. Trafiwszy na ślad niedokończonej wyprawy Francisa Drake’a, którego od lat uważa za swojego przodka, rusza na poszukiwania legendarnego miasta Ubar, znanego również jako Atlantyda Pustyni. Miasto znajduje się gdzieś na Pustyni Rub’al Khali, a swego czasu poszukiwał go niejaki Lawrence z Arabii. Teraz stało się celem bezwzględnej Katherine Marlowe, która posunie się do każdej brudnej zagrywki, by dopiąć swego. W podróży towarzyszy Drake’owi niezłomny Sully, a relacja pomiędzy oboma panami jest tu tym razem motywem przewodnim. Wydarzenia – a jest ich jak zwykle milion – są tylko pretekstem do pokazania kontrastu pomiędzy doświadczonym, ale spełnionym zawodowo Sullivanem, a ciągle rwącym ku przygodzie, bez względu na konsekwencje, Nathanem. Wspólna wyprawa, dziesiątki niebezpieczeństw i otarcie się o prawdziwą śmierć stanie się dla bohatera ostatecznym motorem ku temu, by przyjrzeć się swojemu życiu z perspektywy.

Właśnie tak – Uncharted 3 może wrzucić Nathana w sam środek obskurnych doków, płonącego francuskiego pałacyku, podziemi pełnych pełzających robaków czy spadającego ku swej zagładzie samolotu, ale dla mnie i tak będzie historią o jego wewnętrznych odkryciach. Powiem szczerze, że bez względu na to, jak wielką frajdę dawało mi pokonywanie kolejnych etapów, najbardziej wciągnęła mnie tu osobista ścieżka bohatera – zwłaszcza, gdy na scenę ponownie wkroczyła Elena. Patrzenie, jak wielkiego cierpienia dostarczył jej i sobie, jak bardzo narażał życie i zdrowie swojego najlepszego przyjaciela, jak odganiał od siebie prawdę i potem jak desperacko poświęcał się dla ratowania Sully’ego było dla mnie najlepszym prezentem, jakim Drake’s Deception mogło mnie na pożegnanie obdarować. Wchłaniałam tę historię przez skórę i często nie mogłam doczekać się końca strzelanin, żeby tylko obejrzeć kolejny filmik popychający fabułę do przodu. Ogromnie nie mogłam doczekać się momentu, w którym Nathanowi otworzą się oczy, a każda jego rozmowa z Sullym i Eleną, każde jego brnięcie w upór i każdego jego pogrążanie się w obsesji budziło we mnie emocje nie mniejsze niż podczas ryzykanckich ucieczek i niewiarygodnych sytuacji o podwyższonym stężeniu szczęścia. Ile razy Drake uciekł, chociaż go zabili, nie policzę, ale gdy wreszcie stanął oko w oko z prawdą – w przepięknej i wzruszającej scenie z Eleną na lotnisku – percepcja zmieniła mi się na uciekanie metaforyczne: bo zaczął uciekać już nie od, ale do prawdy. I pomimo tego, że w paru miejscach Drake’s Deception zalicza fabularne skróty, niedociągnięcia i spłycenia, całościowe zamknięcie tej historii wynagradza mi wszystkie braki – nawet gameplayowe. Ale o gameplayu później.

Pierwszy przełomowy moment (zdj. gry-online.pl).
Pierwszy przełomowy moment (zdj. gry-online.pl).

Oczywiście, piszę to wszystko, bo już zdążyłam się spotkać z nieprzychylnymi opiniami, że trojka nie wprowadza do serii niczego nowego. Powiem szczerze, że owszem – wszystko, co pod względem rozgrywki mogło zostać do niej wprowadzone, zostało wprowadzone już w Among Thieves; trójka więc z góry skazana była na porażkę. Ale jeśli patrzeć na tę część jako na fabularne zamknięcie historii Nathana, tutaj Drake’s Deception rzeczywiście wyciąga Uncharted na nowy poziom. Żadna z wcześniejszych części przecież tej historii jeszcze nie kończyła. Żadna nie kazała Nathanowi przestać być tym dowcipkującym błaznem, bo w żadnej przecież nie o to chodziło. Żadna nie uświadomiła mu, że to nie skarby są największą nagrodą, bo przecież wokół nich rzecz z grubsza się kręciła. W trójce – już tylko powierzchownie, znacznie bardziej powierzchownie niż w Uncharted 2. Uncharted 3 ostatecznie przemienia bohatera w człowieka, a do tego zatacza tak piękne koło w stosunku do początków serii, że cieplej się na sercu robi. Z jednej strony powrót do postaci Francisa Drake’a, który ukształtował całą tę przygodę u jej źródła, z drugiej skok w przeszłość do początków tego starego Nathana, który był konieczny do pokazania tego nowego Nathana, z trzeciej końcówka tak bezpośrednio nawiązują do Drake’s Fortune – wszystko to zagrało dokładnie tę melodię, którą tak bardzo chciałam w trójce usłyszeć. Ostatnia scena w grze to przecież taki mini-majstersztyk: nie za ckliwa, nie za banalna, nie za długa, nie krótka, nie za prosta i nie za skomplikowana, ale szalenie treściwa i szalenie satysfakcjonująca. Z takim zakończeniem jak tu żałować, że nie będzie więcej i krzyczeć, żeby było? Z takim zakończeniem można tylko uśmiechnąć się i życzyć bohaterom szczęścia.

Wszystko powyższe wynika, jak wiadomo, z filmowej specyfiki tej serii, która samoistnie przywiązuje mnie do scenariusza bardziej niż do wszystkiego innego. Nie oznacza to jednak, że z rozgrywki nie miałam już frajdy – bynajmniej! Drake’s Deception może i powtarza znane elementy z dwójki, ale powtarza je bardzo dobrze, do tego obowiązkowo przyprawiając je odrobiną własnego sosu. Mam tu na myśli przede wszystkim jeszcze bardziej rozbudowany system walki wręcz, gdzie teraz można przeciwnikami rzucać o ściany, wyrywać im broń z ręki czy stawiać czoło kilkoro naraz, albo odrzucać rzucone pod stopy granaty (moje ulubione). Doszły oczywiście jakieś nowe bronie, ale z uporem maniaka trzymałam się G-MAL i Arm Micro, więc wszystkich nie poznałam. W paru miejscach Nathan może też użyć lornetki, zdarzy mu się też jeździć konno (taka jazda!), a do tego napływa się znacznie więcej niż w dwóch poprzednich grach razem wziętych. Najważniejsze, co zauważyłam, odnosi się jednak do stopnia trudności, który wydał mi się znacznie podkręcony. Tym razem ilość powtórek, jakie wymuszały na mnie niektóre starcia momentami zalewała mi krew (ale w tym dobrym znaczeniu!), bo konieczność stałego kombinowania, podpierana ciągłym parzeniem sobie łapek w przypadku bezmyślnego szarżowania na ślepo, odcisnęła na mnie swoje piętno. Ale jaka potem była radocha; dawno nie odczuwałam tak prawdziwej graczowskiej dumy.

Mokry Nathan, najlepszy Nathan (zdj. gry-online.pl).
Mokry Nathan, najlepszy Nathan (zdj. gry-online.pl).

No i jakie lokacje! Przyznam szczerze, że płonący francuski pałacyk pod względem jakości detali wydał mi się nieco zbyt przerysowany, ale bardzo szybko przestało mi to przeszkadzać. Wyjątkowo podobały mi się londyńskie podziemia – głównie z uwagi na tajne pomieszczenie zakonu, a także wszystko, co arabskie i pustynne, bo absolutnie uwielbiam klimaty bliskiego wschodu. Jednak dopiero gdy Nate trafił do Jemenu, gdzie błąkał się po jego ulicach, podziemiach, dokach i statkach, rozbudził się we mnie prawdziwy zew akcji. Kilkuetapowa ucieczka po wysypisku statków w towarzystwie ostrzału, rdzy (bez ochrony przed tężcem) i kolosalnych kadłubów była właśnie tym momentem, w którym poczułam rytm tej rozgrywki. Wcześniej wszystko wydawało mi się jedynie odświeżane – tutaj, raz utrzymując równowagę przy napływających falach, raz biegając przez deszcz, raz nurkując pod pomostami, a na koniec uciekając przez korytarze tonącego okrętu, poczułam, że ta gra nareszcie rozwinęła skrzydła. Od tego momentu zaczęło się dziać tak wiele i tak naraz, że kompletnie zapomniałam o całym zewnętrznym świecie. Aż do końca siedziałam przy grze z rozdziawioną gębą i nawet nie potrafiłam sobie przypomnieć, że wcześniej coś wydawało mi się nie tak. Nawet odrobinę przesadzona akcja w samolocie sprawiła, że znów czułam się jak ta mała dziewczynka na kucyku. Nic mi więcej do szczęścia nie było trzeba.

Zresztą, Uncharted 3 pod względem lokacji trafił mi w dziesiątkę, bo jak tylko zakończyła się akcja na wodzie, zaczęła się akcja na pustyni, gdzie też praktycznie śliniłam się z oczarowania do ekranu. Klimaty wodne i pustynne to moje dwie ulubione rzeczy na świecie, po prostu nie mogło być lepszego połączenia. Na dodatek jak tylko Nate wkroczył do Atlantydy Pustyni, ja chciałam tam od razu zamieszkać. To miejsce zaparło mi dech w piersi. Przepiękna architektura, oszałamiające barwy, dziesiątki najdrobniejszych szczegółów, wszystko jak żywcem wyjęte z wizjonerskiej grafiki obdarzonego wyjątkową wyobraźnią artysty. Naprawdę nie chciałam stamtąd uciekać; mogłyby się tam zmieścić jeszcze z trzy długie etapy. Byłam zachwycona Shambhalą z dwójki, ale jak dla mnie Naughty Dog  przeszli na pożegnanie samych siebie.

Gorący klimat (zdj. gry-online.pl).
Gorący klimat (zdj. gry-online.pl).

W tym wszystkim Drake’s Deception wydaje się jednak jeszcze bardziej liniowy niż poprzedniczki. Teoretycznie w paru miejscach Drake porusza się po bardziej rozbudowanym obszarze, ale fabuła nie daje mu zbyt wielkiego pola do manewru. W początku gry, w scenach z młodym Nathanem (świetnym młodym Nathanem), trzeba np. przeciskać się przez zatłoczone targowiska, ale akcja idzie do przodu tylko, gdy będziemy trzymać się na ogonie Sully’ego. Z drugiej jednak strony nie ukrywam, że takie manewry dosyć mocno podkręcały filmowy charakter tej części. Gdy Nate samotnie błąka się po ulicach się Jemenu, otwiera się kilka ścieżek do wyboru i nie ma podane, którą trzeba iść. Skąd mam wiedzieć, gdzie iść? W lewo? W prawo? Pójdę w prawo. O, coś się dzieje dalej. No to teraz w lewo. I tak do końca aż się włączy scenka. W jaki sposób potęgowało to filmowość? Bo – choć to śmiesznie zabrzmi – poczułam się jak aktor. Co ma robić aktor, postać, którą odgrywa, żeby popchnąć fabułę do przodu? Podjąć decyzję, ruszyć się, zrobić coś odpowiedniego. Wcielić się w rolę. Niby to samo ma robić gracz, ale większość gier (nawet cRPG z open world) przyzwyczaiła mnie do kategoryzowania fabuły na misje: w misji tej trzeba pójść tam i zrobić to, ma się plan, cele, możliwości (misja niekoniecznie jako quest). Wiadomo, o co chodzi i jaki z grubsza będzie wynik. A tutaj? Drake na pustyni, nawet nie ma prawo i lewo. Iść? Ale dokąd? W jakim kierunku? Wybór ten ostatecznie nie mógł mieć znaczenia, bo to przecież tylko gra, ale świadomość, że to ja teraz ciągnę fabułę do przodu, i to wcale nie przez żadne korytarzowe bieganiny, dawała mi naprawdę przyjemne poczucie ważności, wkładała w grę jakiś odsetek mojej własnej osoby. W zasadzie po raz pierwszy w całej trylogii dała mi odczuć, że nie tylko oglądam film, ale biorę w nim udział. Miło, tak na koniec.

Z łatwiejszych do wytłumaczenia rzeczy, na pochwały zasługują dwie nowe postacie: Katherine Marlowe – głównie ze względu na wspaniały voice acting, któremu przez całą grę aż nie mogłam się nadziwić; oraz przede wszystkim Charlie Cutter. Charlie był świetny. Zabawna rywalizacja z Nathanem, poczucie humoru i nienasycona ciekawość – i generalnie wrzucenie go w fabułę bez zbędnego wprowadzenia – od razu idealnie wpasowała go w dotychczasowe towarzystwo. Wstrzymywałam oddech za każdym razem, gdy jego życie wydawało się zagrożone i gromkim śmiechem śmiałam się z jego żartów. Polubiłam go tym bardziej z racji tego, że wcielił się w niego Graham McTavish – obecnie Balin z nowej trylogii Hobbita, ale i złowieszczy Zoran Lazarevic z Among Thieves. Podoba mi się fakt, że twórcy trzymali się z współpracy ze swoją dawną ekipą; buduje to wokół gry bardzo przyjazną atmosferę.

Moment, w którym zrozumiałam grę (zdj. gry-online.pl).
Moment, w którym zrozumiałam grę (zdj. gry-online.pl).

Niestety, przeniesienie fabularnego skupienia na duet Nathan-Sully spowodowało znaczne umniejszenie ról obu uncharterowych pań. Niektórym przeszkadza to bardziej, niektórym mniej, ja natomiast jestem w stanie to całkowicie zrozumieć i zaakceptować. Z wspomnianych wyżej powodów, kontrast pomiędzy panami był konieczny do pokazania przemiany bohatera, ale zarówno Chloe, jak i Elena miały w tym swój czynny udział. Ta druga oczywiście bardziej, ale nietrudno zauważyć, że to Chloe – nota bene ta bardziej nierozważna w Uncharted 2 – jako pierwsza uznała obsesję Nathana za niebezpieczną. Jasne, że mogłabym sobie życzyć jej i Eleny więcej, ale dobrze wiem, że spełniły swoje zadanie dokładnie w takim wymiarze, w jakim się pojawiły.

Odrobinę rozczarowująca okazała się za to finałowa potyczka, która nie oddaje Among Thieves pałeczki pierwszeństwa. Byłam strasznie ciekawa, co takiego twórcy wymyślą tym razem, ale liniowa ucieczka i kilka standardowych ciosów nie okazały się praktycznie żadnym wyzwaniem. Szkoda, w tym przypadku rzeczywiście, ale spojrzenia na całą grę mi na szczęście nie umniejsza. Żałuję również, że wątek Marlowe i jej organizacji został potraktowany dosyć powierzchownie; w zasadzie do końca gry nie było dla mnie jasne, kim jest ta kobieta. Podobnie Talbot. W paru miejscach gra zaliczyła też spore skróty, przez które ciężko było się połapać w bieżących wydarzeniach. Na szczęście można się ich było domyślić, ale taki nieład do tej serii jednak nie pasuje.

"Well, well, well" (zdj. gry-online.pl).
„Well, well, well” (zdj. gry-online.pl).

Mam wrażenie, że mogłabym o Drake’s Deception napisać jeszcze dwa razy tyle, jakbym ledwie tylko dotknęła wierzchołka góry lodowej. Mogłabym np. dodać, że klimatycznym bonusem było wprowadzenie do ruchów Nathana losowego dotykania ścian czy odwracania się do tyłu w przypadku jego młodszej wersji. Albo, że fajnie było zobaczyć go w kilku różnych ciuchach. Albo, że patent z halucynacjami i jego wykonanie w grze był naprawdę absorbujący.  Albo jakie fajne było używanie lornetki. Albo, że gra może nie zawiera wielu zupełnie świeżych rozwiązań i elementów, ale te drobne dodatki bardzo umilają rozgrywkę. Mogłabym napisać jeszcze dużo, ale za to napiszę jedno. Uncharted 3 godnie zamyka trylogię, wzbogacając świat gier nie tylko o wciągającą i emocjonującą, ale wewnętrznie spójną serię.

Uncharted 3: Drake’s Deception
Typ: Przygodowa gra akcji, TPP
Wydawca: Naughty Dog
Rok wydania: 2011
Platforma: PlayStation 3
Ocena: 9/10

  • Pusiu

    Jako, że jestem zatwardziałą miłośniczką Xboxa, zagranie w każdą grę na PlayStation jest w moim wykonaniu dość skomplikowanym przedsięwzięciem logistycznym. Dlatego też „Uncharted 3″kompletnie sobie odpuściłam. Bo poprzednie gry mi się nie podobały, bo przeraziły mnie komentarze o liniowości i skryptowości trójki wyrażane przez obsesyjnych fanów serii (dla mnie liniowa i skryptowana do granic możliwości była już dwójka),a wreszcie przez moją nienawiść do Drake’a byłaby to gra, której autentycznie nie dałabym rady ukończyć.
    Nie mniej jednak, cieszę się, że Ci się podobało. Naprawdę świetnie się czyta takie natchnione notki. No i przyznam się, że aż z tego wszystkiego gdzieś na krańcu mojego umysłu wykiełkowało pytanie czy przypadkiem nie jestem dla „Uncharted” zbyt krytyczna. A to już coś :)

    • Dzięki. Staram się wydobyć z siebie emocje, które niewątpliwie wywołała we mnie ta seria, więc cieszę się, że się to fajnie czyta ;)

      Ale z tymi wątpliwościami nie ma co przesadzać. Ja często łapię się na tym, że jestem może zbyt ostra dla „Final Fantasy VII” (tak, ta gra to moje prywatne konsolowe nemezis) ale po krótkim zastanowieniu stwierdzam, że no way ;)

      A jako preview zdradzę, że następna w kolejce do opisania będzie „Assassin’s Creed” ;)

      • Pusiu

        O! W „Assassin’s Creed” się swego czasu zagrywałam więc cieszy mnie ten preview :)

  • Suzarro

    No dobra, scena z tonącym okrętem była naprawdę dobra. Ja tam za bardzo na tę część nie zamierzam narzekać, bo i tak nie zawiera tego, czego było za dużo w pierwszej części (czyli zombie; nie znoszę zombie, zwłaszcza jak wydają te złowieszce dźwięki); Jednak cała akcja w Atlantydzie jest moim zdaniem troszeczkę za krótka, jakby na rzecz wcześniejszych lokacji poświęcono punkt kulminacyjny. Ale ogólnie super gra i tyle [nie znam się na ps-owych rewelacjach;)].

    Ps. Czy będzie jakiś post o „The longest jourmey”?

    • Suzarro

      Ech, no i pięknie, zamiast mieć fotę profilową, wstawiło mi się na dole; pardon;/ [a i chodziło mi o „The longest journey”].

      • O „The Longest Journey” niestety akurat nie… Jedyne moje spotkanie z tą grą odbyło się kilka dobrych lat temu, ale okropnie mnie zmęczyła i od tego czasu w zasadzie nie przepadam za przygodówkami :( W pewnym momencie na blogu pojawi się za to tekst o „The Book of Unwritten Tales”, której być może uda się uzdrowić tę niechęć ;)

        A fotę profilową możesz ustawić na co najmniej dwa sposoby: 1) założyć konto na Gravatarze i przypisać avatar do swojego maila; 2) założyć konto na Disqusie (tym systemie komentarzy). Ew. podpiąć się do FB, Google lub Twittera.

  • Lubię i nienawidzę zarazem czytać twoich recenzji :)
    Lubię bo nie podchodzisz do gier jak do gier :) Traktujesz je jako medium, pewną całość, a nie skupiasz się na poszczególnych elementach jak przerażająca część dziennikarzy/blogerów growych. Mało piszesz o grafice czy samym gameplay, a skupiasz się na odbiorze gry. Oby tak dalej!

    Nie lubię twoich wpisów bo mam zamiar popędzić do sklepu i kupić grę bądź jeszcze raz w nią zagrać :)

    • Kup i zagraj, bo jest tego warta ;)

      A co podejścia, to by się nawet zgadzało, bo kwestie silników, mocy obliczeniowych, rozdzielczości, procesorów, etc. kompletnie mnie nie interesują. Gra ma dla mnie wyglądać ładnie i gwarantować rozrywkę, that’s it. Nie rozkładam jej na części pierwsze. Choć częściej wychodzi mi to po prostu instynktownie :)