Uncharted 2: Among Thieves: Nathan Drake i kobieta zagłady

uncharted-2-f

Tak, Uncharted 2: Among Thieves jest lepszy od Uncharted: Drake’s Fortune. Tak, Chloe nie jest taka zła. Patrząc obiektywnie, całej grze skutecznie udało się ulepszyć wszystko, czym była część pierwsza, wyciskając z niej trzy razy więcej treści, dwa razy więcej frajdy i co najmniej jeden raz więcej Nathana – bez spadku w jakości.

W przeciwieństwie do pierwszego tekstu, który napisałam o Uncharted – i w nawiązaniu do niechronologicznego otwarcia Uncharted 2 – pozwolę sobie zacząć od końca, czyli skomentowania, jak bardzo wyraźna była korytarzowość dwójki od samego jej początku, i jak bardzo zostałam przez twórców zmanipulowana, żeby kompletnie mi to nie przeszkadzało. Wystarczyło, żeby postrzelony Nathan zawisł nad urwiskiem trzymając się oderwanego we właściwym momencie kawałka poręczy, i już spieszyłam mu na pomoc z bijącym sercem, spoconymi dłońmi ostrożnie wciskając odpowiednie przyciski i kibicując sobie w duchu, żeby tylko nie wcisnąć złego. Pomyślałam sobie wtedy: czy mam coś przeciwko, że jest tylko jedna droga wprzód, kiedy stawką jest życie Nathana? Czy źle mi się gra? Czy nudno mi się gra? Absolutnie, zdecydowanie nie. Emocji w tych kilku chwytach było tyle, że nawet, gdy włączył się filmik i Drake o własnych siłach wspiął się na twardy grunt, ja dalej trzymałam na kontrolerze przycisk, bo jak przypadkiem, bo jakby co, bo na wszelki wypadek. Gdy on odetchnął z ulgą, mi na twarzy znowu wyrósł banan, bo wiedziałam, że to tylko początek.

Tak emocjonującego otwarcia nie zapewniła mi chyba jeszcze żadna gra. Bez wstępu, bez przygotowania, bez ostrzeżenia wrzuciła mnie w sam środek przygody i – dokładnie tak jak Nathana – zmusiła mnie do natychmiastowego działania. Z miejsca przyklasnęłam twórcom rewelacyjnego wykonania, ale przede wszystkim świetnego pomysłu na zahaczę fabularną. Śledzenie historii od środka dało jej na starcie mocnego kopa, a już po kilku scenach można było dostrzec, że Uncharted 2 będzie fabularnie znacznie bardziej rozbudowany niż jedynka. I choć miałam wątpliwości, czy tej nowej historii uda się oczarować mnie choć w połowie tak bardzo, jak udało się to tej cudownej przygodowej prostocie z Drake’s Fortune, szybko o tych wątpliwościach po prostu zapomniałam. Among Thieves zabrało mnie w podróż zupełnie inną, ostrzejszą, dojrzalszą i poważniejszą, ale nie mniej wariacką, szaloną i zuchwałą – a przy tak ulepszonej rozgrywce jeszcze bardziej emocjonującą.

Tym razem Nathan Drake podąża śladami Marco Polo w poszukiwaniu mitycznego kamienia Cintamani, który spoczywa w mitycznej krainie Shambhala (znanej inaczej jako Shangri-La). Sprawa nie jest już jednak tak nieskomplikowana jak w pierwszej grze. Zdradzony przez kumpla i wielokrotnie wykiwany przez kobietę, Drake próbuje powstrzymać bezwzględnego najemnika przed zgarnięciem absolutnej potęgi, pakując się w kolejne tarapaty na przestrzeni kilku dni w kilku zupełnie odrębnych lokacjach. Ale gdyby tego było mało, akcja bez przerwy żongluje jego motywacjami z gracją profesjonalnego akrobaty, a jej zwrotów jest tu tyle, że trudno nawet na moment przymknąć oczy. Przez dobre pół gry ciężko cokolwiek brać w niej za pewnik, bo lada moment sytuacja i stanowisko Nathana może się diametralnie zmienić. Nie tylko zręcznie wpleciono tu bowiem wątki osobiste, ale przyprawiono postać Drake’a o warstwę samoświadomości, która nadaje mu znacznie pełniejszego wymiaru. Przez swoje wahania, swój brak wahania, swoją determinację i swoją rezygnację stał się jeszcze bardziej ludzki i rzeczywisty – i choć to nadal ten sam awanturnik, który ma więcej szczęścia niż rozumu, jeszcze łatwiej zaakceptować go jako bohatera. Nie muszę chyba mówić, jak bardzo pogłębiło to moją sympatię do niego i uznanie wobec scenarzystów.

Ten uśmieszek mówi wszystko (zdj. gry-online.pl).
Ten uśmieszek mówi wszystko (zdj. gry-online.pl).

Największą porcję mojego nowego uznania dla scenarzystów muszę jednak przeznaczyć wobec kwestii Chloe. Naprawdę okropnie nie cierpiałam tej baby. Jak uwielbiam Claudię Black, tak na widok Chloe w początkowych etapach gry miałam ochotę wydrapać jej oczy. Zaraz będziecie się śmiać, jak napiszę, dlaczego, ale strasznie nie cierpię kobiecych drapieżników, które pojawiają się tylko po to, by zdominować męskiego bohatera seksapilem i traktować go jakby z góry był ich własnością (a do tego po uszy oczarować męską część widowni, stereotypowo mówiąc). Po Drake’s Fortune zakodowałam sobie, że Nathan należy do Eleny i żadna epatująca seksem babka nie będzie mi tu wodzić go na pokuszenie. W rezultacie przez dobre kilka etapów byłam na Nathana wkurzona, że jak może być tak słabym, bezwolnym samcem, i z utęsknieniem wyczekiwałam pojawienia się mojej ulubienicy, żeby mu skomplikowała życie. Oczywiście, im dalej w grę, tym trudniej było mi utrzymać pełnię niechęci do Chloe, kiedy strzelała takimi fajnymi tekstami i zachowywała się w tak fajnie luzacki sposób. Potem, im więcej zaczęło się dziać i im bardziej stawało się jasne, że scenarzyści bardzo sprytnie manipulują motywacjami bohatera, moja niechęć do Chloe topniała i topniała, aż stopniała do tego stopnia, że ją zwyczajnie polubiłam. Jak mogłam inaczej, skoro pomimo swojego egoizmu tak troskliwie zajęła się Eleną, gdy robiła wszystko, by ratować Nathanowi tyłek, i gdy ostatecznie, wtedy kiedy najbardziej się to liczyło, dokonała właściwego wyboru. Początkowe emocje opadły i historia potoczyła się jedynym możliwym torem (bo cały ten trójkąt był oczywiście kolejnym schematem stereotypowej przygody i dobrze o tym wiedziałam), a ja złapałam się na tym, że choć u boku Nathana zawsze będę woleć Elenę, nie mogłam dalej gniewać się na nikogo za ten mały skręt fabularny. Ba, nawet sama bym go tam wcisnęłam, gdyby to ode mnie zależało. Chloe okazała się solidną i ciekawą postacią sama w sobie, z własnym niezależnym charakterem, który przyjemnością zobaczę w następnej grze.

Jak się skupić przy takich detalach? No jak? (zdj. gry-online.pl).
Jak się skupić przy takich detalach? No jak? (zdj. gry-online.pl).

A stan mojej zaślepionej zazdrości niech pójdzie na korzyść kreacji bohaterów. Im lepiej są zrobieni, tym większe wywołują w człowieku emocje – stara dobra fanowska prawda.

Swoją drogą, miałam też pewne obawy względem i Eleny. Rozstanie z Nathanem w wydarzeniach sprzed gry było do przewidzenia, ale bałam się, że temu wątkowi zostanie podporządkowana cała jej postać – a bardzo nie chciałam, by tak świetnie napisana w jedynce bohaterka przekształciła się we wzdychającego za przeszłością smutasa (w kwestii postaci kobiecych jakoś nie mam pełnego zaufania do twórców gier). Szczęśliwie, bardzo szybko wychodzi na jaw, że nic z takich rzeczy nie będzie tu mieć miejsca. Elena, jak była twarda, rezolutna i nieugięta, tak twarda, rezolutna i nieugięta pozostała – do samego końca – a jej w pełni wyważony stosunek do Nathana uczynił z niej naprawdę imponujący model do naśladowania. Mam nadzieję, że wiele gier w przyszłości pokaże, że postać kobieca nie musi być na siłę „feminizowana” lub „maskulinizowana” – wystarczy, że będzie po prostu naturalna.

Fabuła, jak już pisałam, przeszła kilka poziomów usprawnienia naraz – jest zdecydowanie bardziej zamaszysta i złożona – ale tak naprawdę dopiero rozgrywka pokazuje, jak bardzo na lepsze zmienił się ten tytuł. Wyszło wręcz na jaw kilka elementów, które w Drake’s Fortune nie stanowiły specjalnego problemu, ale które dopiero teraz jawią się jako wada. Podstawową rzucającą się w oczy rzeczą jest znacznie lepsze zbalansowanie rozgrywki. W pierwszym Uncharted były momenty, w których wymiana ognia przeciągała się prawie w nieskończoność; czasami w samym środku kolejnego starcia myślałam tylko o tym, jakżebym chciała wyjść w dżunglę i poskakać sobie po ruinach (a potem płakałam, że tak krótko to trwało). W Uncharted 2 ani jednego, ani drugiego nie jest za mało. Rozgrywka płynnie przechodzi pomiędzy kolejnymi elementami, pozwalając i nastrzelać się do rozpuku, i pozwiedzać sobie okolicę – niekiedy nawet za jednym razem. Nie nudziłam się ani przez chwilę, ale o tym, jak bardzo się nie nudziłam napiszę w punkcie kulminacyjnym.

Nawet mi nie było zimno (zdj. gry-online.pl).
Nawet mi nie było zimno (zdj. gry-online.pl).

Podobny upgrade tyczy się zagadek, które tym razem aż mnie zachwyciły. Duże (i mam na myśli naprawdę „duże”), zawiłe i znacznie bardziej angażujące, przypominały mi nieco skrzyżowanie tombraiderowych układanek z PoP-owymi kombinacjami na dwie osoby, i całościowo dostarczyły mi znacznie więcej zabawy – w której nie bez znaczenia był fakt, na jakie cudeńka można było trafić przeglądając notatnik Drake’a. Oczywiście, nie chodzi o to, że zagadki stały się nagle trudniejsze – bo się nie stały – ale raczej o ten fajny wysiłek, na który człowiek cieszy się widząc ogromny system przełączników i innych przesuwajek, który trzeba krok po kroku rozpracować. W Among Thieves nad zagadkami spędza się znacznie więcej czasu, który dodatkowo zwiększa się, jeśli chce się odszukać opcjonalne skarby. Tym razem nie leżą już na ziemi, żeby je sobie podnieść, tym razem trzeba się o nie postarać.

Trzecie ulepszenie dotyczy systemu walki wręcz, który wzbogacono o element skradankowy. Combo po pierwsze znacznie łatwiej wyprowadzić (w Drake’s Fortune częściej wolałam trzymać się od wrogów na dystans niż rozwalać im nosy z bliska w obawie przed tym, że mi combo nie wyjdzie), a po drugie, przy ataku w odpowiednim momencie można delikwenta powalić jednym ciosem i to bez alarmowania innych. Uwielbiałam skradać się do nich od tyłu i uciszać ich jęki jednym wciśnięciem klawisza, a potem zaczajać się na resztę i zacierać ręce, jak to ich tym razem wykiwam. Udawało mi się to w naprawdę nie najgorszej liczbie przypadków (zwłaszcza, jak im podrzucałam granat, a oni mnie nie widzieli – taka frajda!). Niby jeden mały element, ale zwiększeniem ilości dostępnych opcji ubarwił rozrywkę diametralnie. Nie było dwóch takich samych starć, nawet jak trzeba było je powtarzać do skutku.

Najlepsza jazda pociągiem, jakiej doświadczyłam (a pociągiem jeździłam w kilku grach) (zdj. gry-online.pl).
Najlepsza jazda pociągiem, jakiej doświadczyłam (a pociągiem jeździłam w kilku grach) (zdj. gry-online.pl).

Jednak największe laury Among Thieves zbierze ode mnie za genialne zintegrowanie filmowych sekwencji akcji z gameplayem. Można powiedzieć, że w pierwszym Uncharted widziałam tylko tego przedsmak, bo to, co działo się w drugim prawie przechodziło moje growe pojęcie. Oto bowiem gram sobie, uciekając przez pół zrujnowanego miasta i starając się nie dać się zamordować przez krwiożerczy helikopter, a tu nagle wybuch, podłoga zaczyna się ruszać, wszystko zaczyna się zsuwać, kule świszczą wokół, helikopter wisi przy oknie, Chloe krzyczy, że „tutaj”, ale żadnego „tutaj” kompletnie nie widać, bo wszystko wali się na łeb na szyję, a ja patrząc na to piszczę z radochy i tupię nóżkami jak mała dziewczynka, której mamusia pozwoliła przejechać się na kucyku, bo po prostu wierzyć mi się nie chce, że to wszystko się w tej grze dzieje! Potem dostaję na ramię rannego kamerzystę i wszystko wskazuje na to, że mam z nim uciekać pod ostrzałem, i myślę sobie: nie, nie, jak to uciekać pod ostrzałem z rannym człowiekiem na ramieniu? Tak się w ogóle da? A potem trzeba skoczyć z jednej jadącej ciężarówki na drugą, bo dym, bo się pali, bo wybuchnie, i zanim w ogóle się zastanowię, że rany święte, przecież się zabiję, skaczę i jaram się lądowaniem jakbym zrobiła to wszystko osobiście. W międzyczasie wisi się na pędzącym pociągu i nie wiadomo, czy pruć do przodu, czy zachwycać się mijanymi po drodze krajobrazami, a jeszcze dalej ucieka się przez tybetańską wioskę przed czołgiem i błaga się w myślach o znalezienie kolejnego granatnika przeciwpancernego (i żeby nikt przypadkiem nie zabił mojego tybetańskiego przewodnika). Nie mówiąc już o zbyt bliskich spotkaniach trzeciego stopnia z bliżej niezidentyfikowanym rodzajem yeti, na które pad ze strachu wyślizgiwał mi się z dłoni, ale po których miałam taki przypływ uciechy, jakbym za każdym razem pokonywała masseffectowe Banshee na ostatnim możliwym dechu mojej Shepard. Rozumiecie, o co chodzi: tak fantastycznie dobranych i zmieszanych elementów filmu (dziejących się jako tło fabularne podczas grania), gry (pozwalających kierować postacią), akcji (wymagających nieustannego działania) i chaosu (budujących niepowtarzalny klimat) ja jeszcze nie widziałam. Piałam przy Among Thieves z growo-filmowego szczęścia.

W zachwyt wprawiła mnie też jeszcze inna rzecz: znacznie większa swoboda poruszania się podczas walk. Dostępna przestrzeń miejscami poszerzyła się o dobre kilka zaułków, połaci i budynków, co znacząco zwiększyło możliwości rozprawki z wrogami (to znaczy wtedy, gdy już człowiek przywykł do oszałamiającej ilości detali, która w każdym takim zaułku rozpraszała skupienie – Nepal, o tobie mówię). Świat wewnątrz gry powiększył się zresztą wszędzie – choćby we wspomnianych zagadkach i rozciągnięciu fabuły na kilka lokacji – ale biegając po miastach, lokacjach bądź co bądź zamkniętych, zdecydowanie lepiej niż w jedynce odczuwało mi się wielkość obszaru. Może to tylko wrażenie – ale w każdym wrażenie świetnie przez twórców wyreżyserowane. Jestem podatna na manipulacje, jak mi się je z pomysłem sprzedaje.

"Tenzin! RPG? RPG! What's Tibetan for RPG?" (zdj. gry-online.pl).
„Tenzin! RPG? RPG! What’s Tibetan for RPG?” (zdj. gry-online.pl).

Osobna uwaga należy się również końcowej rozprawie z bossem, przy której twórcy tym razem naprawdę się postarali. Do tej pory nie przeszłam jej na poziomie Normal, bo za bardzo się wkurzyłam, ale powiem, że dla tak cudnego zakończenia warto było rezygnować z wyzwania. Nie sprawdziłam za to, jak się do tego wszystkiego ma multiplayer, bo nigdy nie bawiłam się w takie rzeczy i nawet nie wiedziałabym, od czego zacząć. Tym razem mam jednak grę na własność, więc to nie koniec zabawy. Sekretów zebrałam w sumie tak mało, że to aż przykre…

Co tu więcej mówić – Uncharted 2: Among Thieves to rzeczywiście gra lepsza od Drake’s Fortune, i widać to już po kilkunastu pierwszych minutach. Rzadko zdarza mi się trafić na lepszą część drugą – jeszcze rzadziej, jeśli patrzeć tylko na świat gier – ale w tym przypadku po prostu nie mam czym argumentować. Ta gra to jazda na całego, wspaniały popis storytellingu i wyciągania z liniowej rozgrywki maksimum przyjemności. Długo chyba nie znajdzie się u mnie lepszy przykład w swoim gatunku – i dodam, że nawet odkładam Uncharted 3, bo nie chcę zatrzeć sobie tych maksymalnie oszałamiających wrażeń. Bo to aż taka gra.

Uncharted 2: Among Thieves
Typ: Przygodowa gra akcji, TPP
Wydawca: Naughty Dog
Rok wydania: 2009
Platforma: PlayStation 3
Ocena: 10/10

  • Uwielbiam mroźny klimat tej gry (pewnie dlatego, że w przeciwieństwie do prawdziwej pogody, tu nie odczuwałam, że zaraz zamienię się w sopel lodu;]). Motyw strzelania do helikoptera był jednym z moich ulubionych-bo tak właściwie, to gustuję w „Uncharted” z powodu tej częstej ‚rozwałki’. I te włochate bestyje też były niczego sobie (dobra, na początku tak sterowałam Drakiem, że biegał w kółko w panice).
    Pamiętam, że tą część przeszłam dużo szybciej niż pierwszą, jakoś mocniej mnie wciągnęła.

  • Rany, jak ja czekałam na tą recenzję! Głównie dlatego, że uważam tą grę za dużo gorszą od części pierwszej. Pamiętam jak mnie „Among Thieves” zamęczyło na śmierć, jak grałam z zaciśniętymi zębami, a od levelu z czołgiem w nepalskiej wiosce autentycznie liczyłam rozdziały jakie zostały mi do końca. Dlatego tak bardzo interesuje mnie opinia drugiej strony :)
    I najlepsze jest to, że chyba wreszcie odnalazłam to, co mnie w „Uncharted” tak strasznie, organicznie odrzuca. Bo nie jest to korytarzowość (choć w „Among Thieves jest straszna, a skrypty w niektórych miejscach są naprawdę źle poukrywane), ani ilość naciąganych wątków, bo nie ukrywajmy – na grach zjadłam zęby i naprawdę niejedną durnotę zdarzyło mi się w wirtualnej rzeczywistości przeżyć. Mój największy problem jest taki, że ja wręcz organicznie nienawidzę Drake’a, to typ faceta, którego ja autentycznie nie trawię, koleś, który gdyby zaczepił mnie na imprezie dostałby ode mnie w pysk. I choć to debilnie zabrzmi, to dopiero dzięki Twojej recenzji zobaczyłam jak bardzo nastawiona na Drake’a to jest gra. Jeśli go lubisz to dostaniesz świetną filmową rozrywkę skrojoną pod Twój gust, a jeśli nie cierpisz to będziesz się bawić jak podczas orania pola, wszędzie zauważysz sterczące skrypty, a głupoty fabularne wylezą Ci bokiem.
    W sumie to nawet śmieszne, bo już kilkakrotnie zdarzało mi się grać w gry, w których nie lubiłam postaci, którą grałam, ale nie przeszkadzało mi to cieszyć się rozgrywką (np. jak uwielbiam „God of War” tak nie mogę powiedzieć, że lubię Kratosa), a w „Uncharted” ani rusz.
    Dzięki za tą recenzję, fajnie jest dowiedzieć się czegoś o sobie :)

    PS. Czy Naughty Dog mogą zrobić grę z Chloe i Eleną? Proszę, proszę, ładnie proszę!

  • Wow, zabrzmiało poważnie, że dzięki mojej recenzji, ale w sumie wiem, co masz na myśli, Pusiek ;) Dokładnie taki sam problem mam z wystawianym na piedestały „Final Fantasy VII”, którego ja nigdy nie zobaczę w podobnym świetle ze względu na postać Clouda, bo nie cierpię go po prostu pasjami. I nic to, że fabuła w szkielecie nie jest taka zła, że pozostałe postacie są ciekawsze, a mechanika gry jest fantastyczna – wszystko to rozpada mi się w drobny mak na samą myśl o Cloudzie i jego przekombinowanych rozterkach. Dokładnie tak, jak piszesz – wszędzie zaczynam widzieć dziury, czepiać się szczegółów i wytykać dziury w fabule. Więc o ile nie podzielam Twojej niechęci wobec Drake’a, to doskonale rozumiem Twój punkt widzenia. Główny bohater potrafi mieć kolosalny wpływ na rozgrywkę.

    A na Drake’a może masz po prostu większe uczulenie niż na Kratosa ;) W „God of War” osobiście – i oczywiście – nie grałam, ale szczerze, zabieram się do niego strasznie niechętnie, bo jakoś nie porywa mnie koncepcja tak brutalnego bohatera…

    @suzarro – mam podobnie; w dwójkę grało mi się tak fajnie, że kompletnie nie zwracałam uwagi na upływ czasu, dlatego zbliżanie się do końcówki nieco mnie zaskoczyło ^^ Choć znowu wyszło z gry jakieś 12-13 godzin. Ech, człowiek przyzwyczajony do cRPG-ów ma gorzej :(

    A zabicie helikoptera na pociągu było ekstra! Strasznie się cieszyłam, jak po dziesięciu próbach wreszcie mi się udało :P

    • Szczerze mówiąc to zastanawiam się z czego to wynika. W sensie to, że czasem potrafię grać, ba, nawet cieszyć się grą gdy nie lubię głównego bohatera, a czasem dostaję spazmów. Najprawdopodobniej na to wszystko nakłada się pewnie cały pierdyliard mikoczynników, które mają ostateczny głos decydujący o tym czy jakąś grę polubię czy znienawidzę.
      Ha! Chyba znalazłam temat na notkę! :D

    • Mateusz

      Ja też Clouda nie cierpię, ale przeszedłem FF7 (i prequel na PSP) tylko dla postaci Sephirotha (główny zły, może kojarzysz ;)) Moje uwielbienie dla tej postaci jest na tyle wielkie, że sterowałem tą antypatyczną postacią Clouda tylko dla walk ze złym panem siwym. Natomiast jeśli chodzi o Kratosa, jego koncepcja znakomicie pasuje do fabuły i człowieka, który porwał rękę na bogów (i paru innych niemilasów też). Poza tym czasem miło jest tak soczyście kogoś zmiażdżyć, zwłaszcza w tak doskonałym wydaniu, przy którym nie mamy wrażenia, że autorzy przeholowali.
      Wracając do recenzji – będę kontrowersyjny i nie uznam wyższości „dwójki” nad „jedynką”. Zgadzam się z tym, że AT jest lepsze w każdej kategorii poza jedną – fabułą. Jest oczywiście bardzo dobra, spójna i porywająca, jednak nie ma tej magii pogoni za skarbem. W jedynce czuć było, że to była główna siła pchająca Drake’a do przodu. W drugiej części ten motyw także jest bardzo ważny, jednak tutaj jesteśmy gnani zemstą i pragnieniem powstrzymania niedobrego pana o rosyjskopodobnym nazwisku (już trochę czasu minęło i nie pamiętam). Samo poszukiwanie skarbów jest tylko wypełnieniem tła. Nie zmienia to jednak faktu, że druga część poza tym bije na głowę poprzednią – zwłaszcza filmowością (tę grę można obejrzeć z przyjemnością nie grając, tylko patrząc jak ktoś gra – przynajmniej fragmentami). A przed końcowym panem uciekaj wokół jeziora, on chodzi dość powoli, co jakiś czas się odwracaj i bij tym, co masz najmocniejsze (strzelba, granat, etc). Jak rzuca granaty to „run for your life” i to w sumie tyle;)

    • Mateusz

      @Mateusz
      Korekta, jeśli chodzi o walkę z bossem, to miałem na myśli strzelanie nie w niego, a w narośle na drzewach (czy tam korzeniach) kiedy będzie w pobliżu.

  • Bigger, better and more badass. Naczelna zasada sequela przyświecała twórcą Uncharted i wywiązali się ze swojej roboty kapitalnie. Mi również banan nie schodził z twarzy jak grałem w grę. Szczególnie akcja w Nepalu.Działo się! Nieustanne pompowanie adrenaliny, chaos i zniszczenie na ekranie,a ty musisz utrzymać się przy życiu mimo że cała armia do ciebie strzela z czołgami i helikopterami na czele. Coś pięknego :) Co z tego skoro gra jest liniowa. Filmy tez są liniowe i nikt na to nie narzeka :) Najważniejsze jest że daje frajdę, wrzuca w wir akcji i daje poczucie uczestnictwa w wielkiej przygodzie. Do tego wszystko to w cudownej grafice i oprawie dźwiękowej. Jedyne małe zastrzeżenie mam do tego, że za dużo trzeba było strzelać i eksplorować. (Ostatni boss był stosunkowo prosty, najwięcej namęczyłem się z tym typem w pociągu. Masakra, do dzisiaj nie wiem jak go pokonałem. ) Ja już chciałem poznać co się stanie dalej, bez grania, a takie coś rzadko kiedy mi się zdarza. A to że polubisz Chloe było do przewidzenie :D