Trzy letnie filmy, które pozytywnie mnie zaskoczyły

pacific_rim_jaegers

Sezon letnich hitów filmowych ma się już w najlepsze, a ja do tej pory obejrzałam zaledwie trzy propozycje. Nie bardzo wiem, dlaczego tak mało, ale szczęściem w tym nieszczęściu jest jedno: wszystkim trzem udało się trafić w moje newralgiczne jako widza punkty, i o wszystkich trzech mam do powiedzenia dużo dobrego. Dzisiaj o World War Z, Iluzji oraz Pacific Rim.

Średnio lubię pisać o kilku filmach w jednym tekście – wstrętny, przeszkadzający w życiu perfekcjonizm – ale skoro zebrała mi się taka ładna liczba, i to jeszcze pod ładnym wspólnym mianownikiem, to wstrętnemu perfekcjonizmowi jest to znacznie łatwiej przełknąć. O owych produkcjach bardzo zaś napisać chcę, bo rzadko zdarza mi się iść na film absolutnie z zasady przewidywalny (bo jak inaczej niż przewidywalnie może zakończyć się wojna z zombie, walka z pozaziemskimi potworami czy wielka sztuczka utalentowanych kuglarzy), a dostać produkt, który w tej przewidywalności potrafił przemycić coś absolutnie zaskakującego. Te trzy filmy, w większym lub mniejszym stopniu, tego właśnie dokonały – zaskoczyły mnie tak dogłębnie, i to w sposób zupełnie z ukrycia, że o wszelkich wadach jestem w stanie zapomnieć z defaultu.

Chronologicznie, jako pierwszy odkryłam World War Z, co na potrzeby tego tekstu nawet bardzo dobrze się składa, bo pozostałe dwa filmy zostawiają go jednak w tyle. Przez długi jednak czas miałam co do World War Z mieszane uczucia. Z kilku stron bombardowały mnie informacje, że ze względu na liczne zmiany scenariusza, i to wdrażane w trakcie powstawania zdjęć, może wyjść z tego kicha, którą bezpieczniej ominąć szerokim łukiem. Trochę się tym ostrzeżeniom dałam ponieść, przez co nawet moja wielka miłość wobec konwencji zombie tym razem jakoś nie skłoniła mnie do jak najszybszego zakupienia biletu. I było tak do czasu, aż w recenzji Malkontentki nie przeczytałam, że to jeden z najbardziej oryginalnych filmów o zombie ostatnich lat. Że wojsko zachowuje się sensownie, postacie wykazują się rozumem, a sama fabuła odbiega od schematu oklepanej gromadki kilkorga szczęśliwców, którzy w trudzie i znoju szukają sposobu na przetrwanie. Poszłam, obejrzałam, i pomimo, że w samej końcówce okropnie się na ten film zdenerwowałam, z wszystkim, co napisała Malkontentka musiałam się zgodzić. A plusów było jeszcze więcej.

wwz-01

Po pierwsze, teoretycznie jest to film „wojskowy”, czyli zamiast gromadki ocalałych mamy doświadczonego żołnierza, który z kolei zamiast szukać bezpiecznej enklawy, szuka sposobu na unicestwienie zarazy. Ów żołnierz, zamiast zamkniętej przestrzeni, dostaje jako pole do popisu praktycznie cały świat. Abstrahując od tego, jak ten świat został przedstawiony i jak, mimo wszystko, ograniczony, standardową formułkę filmu zombie zostawia jednak w tyle. Po drugie, World War Z wyraźnie odwraca do góry nogami zasadę „człowiek człowiekowi wilkiem, a zombie zombie zombie” (człowiek człowiekowi zombie?), pokazując, że w obliczu chaosu, paniki i anarchii, można też liczyć na niespodziewaną pomoc ze strony bliźniego. Naprawdę, są w tym filmie sceny idące utartym, doskonale znanym schematem, które nagle i bez zupełnego ostrzeżenia skręcają w zupełnie innym kierunku. Niezbadane terytorium ogranego gatunku? Być może, być może też przesadzam, ale nie zmienia to faktu, że patrzenie, jak ludzie z dobroci serca sobie pomagają, zamiast skakać sobie do gardeł i jeszcze skopać na pożegnanie, było niesamowicie wręcz odświeżające. Jeśli World War Z zasługuje na uwagę, to chociażby z tego właśnie względu.

Jednak po trzecie i najważniejsze, film pokazał, że kobieta, i to kobieta-żona, a więc postać z pewnością nie znajdująca się na pierwszym planie, została przedstawiona jako równoprawna partnerka swojego męża. Nie jako „głupia baba na doczepkę do wątku familijnego, która przez cały film nic nie robi, tylko się snuje” (sarkazm), ale bohaterka, która pomimo roli, w jaką została wpisana, została przy okazji obdarzona rozumem i osobowością.  To może zabrzmi dziwnie, ale tak właśnie wyobrażam sobie kreację silnej postaci kobiecej – nie jako stereotypową, uzbrojoną po zęby twardzielkę, której kule się nie imają, a największą miłością jest para giwerek przyczepionych do jędrnego uda (choć to oczywiście zależy od kontekstu, wykonania i potrzeb, a ja przejaskrawiam tylko dla zasady), ale kobiety, która jest twarda przede wszystkim charakterem. Karin Lane z World War Z to kobieta, z której zdaniem (nie tylko uczuciami) liczy się mąż, żona, która, która rozumie potrzeby drugiej strony, i wreszcie matka, która dla swoich dzieci potrafi przybrać naprawdę dobrą minę do naprawdę złej gry. Zwróciliście może uwagę na scenę, w której zwraca uwagę Gerry’ego na bloki mieszkaniowe? Albo na sposób, w jaki zamienili się rolami w trakcie uspokajania astmatycznej córki? Albo na moment, w którym bez wahania oddaje telefon przełożonemu Gerry’ego, doskonale wiedząc, że to nie jest czas na zadawanie pytań? Te właśnie drobnostki, sprytnie i nienachalnie przemycone w scenariuszu, sprawiły, że pomimo wszelkich wad logicznych, jakimi ten film później się wykazał, zyskał sobie moją dozgonną sympatię – bo rzadko zdarza mi się trafić na postać, która pomimo wpisania w stereotyp (i to często krzywdzący) okazuje się znacznie bardziej złożona i niebanalna. Takie niespodzianki naprawdę sobie cenię.

ilu-01

Schodząc poprzeczkę niżej, drugi film – Iluzja – może niekoniecznie mnie zaskoczył, ale sprawił ogromną, ogromną frajdę, znacznie większą niż w ogóle mogłam zakładać. Wszystko dzięki temu, że Iluzja jest produkcją, która się absolutnie nie patyczkuje. Uwielbiam filmy, które wiedzą, czym są i które zupełnie się tego nie wstydzą, ale oglądając postępujący w błyskawicznym tempie thriller o magikach odnosiłam coraz wyraźniejsze wrażenie, że ów thriller nawet sam nie wie, o czym jest – tylko że absolutnie w niczym mu to nie przeszkadza. Nie przejmując się logiką, ciągiem przyczynowo-skutkowym czy w zasadzie kierunkiem, w jaki biegnie, gnał przed siebie z wywieszonym językiem i szerokim uśmiechem na gębie. Mniej więcej w połowie filmu przestałam rozumieć, o co w nim w ogóle chodzi, ale oczarowana zmieniającymi się jak w kalejdoskopie obrazkami zupełnie nie miałam chwili, by nawet chcieć się nad tym zastanowić. Tu przesłuchanie, zaraz pościg, mrugnięcie dalej już robią w konia pól FBI, za moment biją się na pięści w tak przepięknie zmontowanej scenie, że brakowało mi tylko teleportującego się Nigthcrawlera, a na końcu wirtualnie skaczą z budynku, no i jeszcze ta zupełnie z buta i kompletnie nieprawdopodobna konkluzja – WOW. Nie miałam pojęcia, co oglądam i dlaczego to się dzieje, ale banan nie znikał mi z twarzy i czułam się, jakby coś paliła. I choć trudno powiedzieć, co przykuło mnie do ekranu bardziej – charyzmatyczni bohaterowie, cięte dialogi, tona humoru czy po prostu ogromna ciekawość – to film skonstruowany z niemalże przypadkowych scen, w którym te przypadkowe sceny dają maksymalną frajdę razem i osobno wzięte, jest filmem odpłacającym poświęcony czas z nawiązką. Uwielbiam się na filmach bawić, ale jeszcze bardziej uwielbiać nie wiedzieć, że będę bawiła się na nich aż tak dobrze.

Coś podobnego przydarzyło mi się – tada – na Pacific Rim, najbardziej przewidywalnym z najbardziej przewidywalnych filmów, który jednakowoż zdołał kompletnie mnie zaskoczyć. W Pacific Rim wszystko jest od razu wiadome – to film o tym, że gigantyczne roboty naparzają się z gigantycznymi potworami, i cała fabuła zrobiona jest tylko po to, żeby te roboty i te potwory mogły się wzajemnie naparzać. Jaki to film, widać na pierwszy rzut oka – przerysowany, dynamiczny, widowiskowy, letni blockbuster jak się patrzy. Ale kurczę, tyle więcej, ile udało mi się w nim znaleźć sprawiło, że nawet naparzające się z potworami roboty szybko przestały być dla mnie punktem kulminacyjnym. I nie, że herezja, bo zaraz ktoś powie, ale ten film okazał się mieć w sobie znacznie więcej zajebistości – pardon my French – niż się wydaje.

No bo popatrzmy: film o robotach naparzających się z kosmitami potrzebuje w zasadzie szczątkowej fabuły, bo roboty i tak będą się z kosmitami naparzać. Pacific Rim doskonale zadbał jednak o to, by widzowie w kinie nie musieli utożsamiać się z metalowymi gigantami (skądinąd fantastycznie wykreowanymi), tylko pokazał nam ich ludzką stronę. I wcale nie mówię tutaj o dwójce głównych postaci, Raleighu i Mako, choć do nich też zaraz wrócę, ale o czymś z pozoru tak nieistotnym, jak interakcja pomiędzy bohaterami z drugiego planu. Gdzie tu w widowiskowym filmie o gigantycznych robotach miejsce na więzi rodzinne, kiedy kawałek dalej dostajemy mięsko w postaci kolejnej zapierającej dech w piersiach bitwy? No właśnie – w Pacific Rim. Nie wiem, czy scena pożegnania ojca z synem była dla mnie najlepszym momentem w całym filmie, ale bez wątpienia zrobiła na mnie największe wrażenie – bo naprawdę się jej nie spodziewałam. Z całą pewnością nie był to najlepszy kinowy przykład zilustrowania trudnej męskiej relacji, ale sam fakt, że w filmie o gigantycznych robotach znalazło się dla niego miejsce, zasługuje na uwagę.

pac-02

Ale relacje pomiędzy bohaterami są oczywiście znacznie podkręcone w przypadku tych z pierwszego planu. Jakkolwiek nie da się powiedzieć, by postacie w Pacific Rim nie były stereotypowe – upadły bohater, emocjonalnie zamknięty dowódca czy idealistyczna kandydatka to nic, czego już nie widzieliśmy – trzeba się chyba zgodzić, że nie dotknęło ich maksymalnie stereotypowe potraktowanie. Wiadome było, że Mako w końcu stanie na drugim stanowisku Gipsy Danger i że Raleigh ostatecznie uratuje świat, ale inny film zapewne skończyłby się na wielkim pocałunku (z paroma rzeczami w międzyczasie). A tu nie. Raleigh, od początku przekonany o zdolnościach i sile Mako, widzi w niej przede wszystkim partnerkę zdolną dorównać mu na polu walki, a choć ona jest nim bez wątpienia zafascynowana, to jest to fascynacja przede wszystkim osobą, a nie płcią. Oczywiście, możecie się nie zgodzić, dowodząc, że scena treningu z kijami kipiała od seksualnego napięcia, ale ja w tej scenie widziałam głównie próbę sił i charakterów, i przy tym pozostanę. Brak oczywistego wątku miłosnego to dla tego filmu prawdziwe zbawienie – łącznie z brakiem w zasadzie jakiejkolwiek seksualizacji bohaterów (bo np. kostiumy bojowe dla obu płci trzymają się jednego designu). Nie wyobrażam sobie Pacific Rim inaczej niż jako opowieści o spisanych na straty jednostkach, które heroicznym wysiłkiem ratują świat przed zagładą – nie o tym, że po drodze odnajdują miłość, bla bla bla, bo to po prostu naciągane i niewiarygodne, a poza tym rozpraszające. I choć trochę dziwnie czuję się pisząc, że wątek miłosny w filmie o gigantycznych robotach byłby naciągany – jakby nic innego w nim takie nie było – to jednak dzięki będą Guillermo Del Toro za jego fanbojstwo i wyczucie tematu. Pacific Rim może i jest filmem dla dużych chłopców, ale ci duzi chłopcy kiedyś byli mali i wcale nie interesowali się wtedy dziewczynami.

Jeśli chciałabym wywodzić się nad jego innymi zaletami, starczyłoby treści na osobny tekst, ale chyba wszystko jest już jasne: spodziewałam się po nim wszystkiego, ale na pewno nie nieprzewidywalności. I za to wszystkim trzem filmom jestem naprawdę wdzięczna. Bo jak mówiłam, rzadko zdarza mi się w nowoczesnym, przekalkowanym kinie rozrywkowym dostrzec takie radosne, pozytywne punkciki – a choćby i najmniejszy jest w stanie sprawić, że pomimo wad, dana produkcja zdobywa sobie moje serce.

  • Marcin Dmochowski

    „może wyjść z tego kicha, którą bezpieczniej ominąć szerokim łukiem” – i niestety moim zdaniem wyszła straszliwa kicha którą należy omijać szerokim łukiem :p Może moja ocena wynika z tego, że wyśmienita książka została zmieniona w mierny blockbuster w dodatku z kategorią PG-13. Może z tego, że liczba absurdów na mm kwadratowy taśmy filmowej przekracza zjadliwe dla mnie normy? A może z tego, że tam gdzie z założenia miałem się bać, to się śmiałem (co poniekąd wynika z poprzedniego punktu)?
    P.s. Pytanko – czytałaś książkę?

    • Nie, nie czytałam – aczkolwiek wątpię, czy to by cokolwiek w mojej opinii zmieniło, bo jeśli o książki o ekranizacje chodzi, to mam taki zwyczaj rozdzielania jednego od drugiego. Zwiększa przyjemność ;)

      Natomiast zwróć uwagę na to, że nie wypowiadam się o całości filmu, tylko o elementach, które wyjątkowo mi się w nim podobały. Jestem zdania, że jeśli nawet w kiepskim filmie znajdę coś, co mnie urzekło, to są to powody do uznania. Stąd, na przykład, całkiem lubię „Dungeons & Dragons” ;)

    • Nie, nie czytałam – aczkolwiek wątpię, czy to by cokolwiek w mojej opinii zmieniło, bo jeśli o książki o ekranizacje chodzi, to mam taki zwyczaj rozdzielania jednego od drugiego. Zwiększa przyjemność ;)

      Natomiast zwróć uwagę na to, że nie wypowiadam się o całości filmu, tylko o elementach, które wyjątkowo mi się w nim podobały. Jestem zdania, że jeśli nawet w kiepskim filmie znajdę coś, co mnie urzekło, to są to powody do uznania. Stąd, na przykład, całkiem lubię „Dungeons & Dragons” ;)

      • Marcin Dmochowski

        Ja nie mam nic przeciwko pewnym zmianom przy ekranizacji książki – to jednak inne „języki” przekazu, i nie da się przełożyć tego 1:1. Ale jeśli film z książką ma jakieś 10% wspólnego i jest duuużo słabszy od książki, to nie potrafię tego oddzielić, bo wiem, że to jest wredny „chłyt marketingowy” mający na celu lepsze wypromowanie filmu.
        Tak czy inaczej, gorąco polecam przeczytanie książki. Jedna z fajniejszych książek które przeczytałem w zeszłym roku.
        A odnośnie elementów, szczególnie trzeciego wypowiedziałem się na TT ;)

        • zosia

          zgadzam się z Marcinem, film był po prostu koszmarny, nie mogę wybaczyć twórcom że tak potraktowali fenomenalna książkę. W momencie gdy oglądam ekranizację książki nie umiem oddzielić jednego od drugiego bo jednak czegoś wymagam i mam konkretne oczekiwania, tak samo mam z komiksami, dlatego np. nie potrafię zdzierżyć serialu Arrow. Pewnie nawet gdybym nie znała książki uważałabym world war z za kiepski film. Co do reszty- pacific rim był całkiem ok, iluzja- meh, spodziewałam sie czegoś lepszego.

  • hihnt.net

    Jak dla mnie, to w Pacific Rim byl wyrazny watek romantyczny. To, ze del Toro poprowadzil go tak, aby nie byl glownym/jedynym watkiem opowiesci, a po prostu czyms, co jest, jest dowodem jego talentu. Tu nie chodzi tylko o scene walki, ale tez o pukanie do drzwi, gdzie Raleigh zachowuje sie niczym pan Darcy. Tudziez Mako mylaca pokoje, czy podgladajaca R. przez wizjer.

    • Zgodzę się, ale nie w całości – dlatego też użyłam sformułowań „przede wszystkim” i „brak oczywistego”. Tak, Mako interesuje się Raleighem, ale nie uznałabym tego zainteresowania za dyktowane uczuciami romantycznymi – bo ona nie chce mu się przypodobać i zostać jego dziewczyną, tylko pokazać, że nadaje się na jego partnerkę w kokpicie. I racja, to że jej się miesza i go podgląda można odczytać jako nieśmiałość zauroczonego dziewczęcia, ale to nigdy nie wychodzi dalej, a Mako dobrze wie, w czym jej siła. Z drugiej strony nie odnotowałam podobnych wibracji od Raleigha, który mógł nawet dobrze widzieć, co się z Mako dzieje, ale jej romantycznie nie zachęcał – stąd do niczego w filmie nie doszło. Dla mnie więc ta relacja została poprowadzona na tyle subtelnie, że można odczytywać ją na wiele sposobów – i to też jest w tym filmie pięknie :)

      • hihnt.net

        Ekhm, Raleigh pod koniec filmu mowi, ze wreszcie ma powod, aby myslec o przyszlosci… i pare innych spojrzen, czy komentarzy.
        Mako ma cel zostanie pilotem, a przy okazji zakochuje sie w R..

  • Z tych trzech obejrzałam tylko World War Z. Pacific Rim i Iluzję obejrzę jak już będą na DVD. Pewnie będę żałować, że Pacific Rim obejrzę tak późno, ale już tak mam, że jak jest za dużo zachwytów nad jakimś filmem/książka to ja muszę poczekać, aż ten szał minie ;)
    Dobrze spędziłam czas w kinie na World War Z, ale później przeczytałam książkę i odkryłam, że film jest absolutnie inny i zamarzyło mi się World War Z jako np. serial z 10 odcinków, który zawrze wszystkie historie ludzi, którzy przetrwali wojnę.
    Główny bohater w filmie nie jest w książce opisany. Jest po prostu pracownikiem ONZ, który przeprowadza wywiady z ocalałymi. Nie znamy jego historii.

    P.S. Baaaaaaaaaaardzo mi się podoba nowy wygląd bloga!

    • Dzięki, dzięki – tylko jakieś 3 dni szukania i pół straconego weekendu, bo jak już znalazłam, to w poniedziałek ^^

  • Wszystkie trzy filmy strasznie mi się podobały. Niby nie były zbyt przesadnie odkrywcze, ani przełomowe, ale z drugiej strony nie miały kompleksów i nie udawały, że są czymś czym nie są. Jak dla mnie to był najlepszy filmowy sezon ogórkowy ostatnich lat :)

  • Natalia Mituniewicz

    WW Z też mi się podobało

  • Paweł Zarzycki

    Del Toro zrobił w swoim filmie dokładnie jedną rzecz, która powoduje, że skasował konkurencję w cuglach. Rzecz genialną w swojej prostocie. Nakręcił film na konkretny temat i podporządkował wybranemu motywowi dokładnie wszystko. Nie kombinował, nie dorabiał wydumanych, zawiłych relacji między postaciami, nie snuł wątków o niczym, nie próbował komplikować życia sobie i widzom. Obrał cel, ustawił armaty i odpalił ze wszystkich luf. Dzięki temu Pacific Rim jest wewnętrznie spójny i równy czego brakuje np Avengers czy Man of Steel.

  • A propos World War Z i Pacific Rim (Iluzji nie widziałem) zgodzę się z autorką w jednym. Filmy były „letnie”. Nie grzały i nie ziębiły. Można, pójść, obejrzeć i zapomnieć. Niestety zauważyłem że moje oczekiwania co do superprodukcji, w których efekty specjalne grają czołową rolę ostatnimi czasy znacznie się obniżyły (po kilku wielkich rozczarowaniach). Tak więc idąc na w/w filmy nie spodziewałem się wiele i dlatego strasznie się nie rozczarowałem. Co nie znaczy że jest to kino najwyższych lotów. Dobra rozrywka dla młodszej widowni. Ja ma ochotę na dobre kino s-f, post-apo dla dorosłych. World war Z i Pacific Rim nimi nie są. Niestety