True Blood: Kochane absurdy

true-blood-sezon-5

Po fatalnych wrażeniach z czwartego sezonu powiem, że prawie w ogóle nie czekałam na premierę piątego. Zmusiłam się jednak do szybkiego obejrzenia, żeby komentarze w Internecie nie zatarły mi własnej opinii. I mówiąc krótko – wygląda na to, że True Blood powraca z dawno utraconą iskrą. A w każdym razie z czymś, co na pewno ją przypomina.

Już w zasadzie po pięciu minutach oglądania pojawiła się w mojej głowie myśl, że ten serial jest zdrowo popieprzony – myśl, która przy oglądaniu True Blood nie pojawiła mi się już dawno. Absurd goni za absurdem, ale jest to dokładnie ten sam stopień porąbania, dzięki którym ten serial aż tak błyszczy. Daleko mi do piania z zachwytu, bo ostatnia odsłona nauczyła mnie dystansu, ale jak słowo daję, jeden pojedynczy odcinek sprawił, że polubiłam True Blood na nowo.

Wybaczcie za słowa mogące powszechnie uchodzić za nieładne, ale to naprawdę w dobrej wierze. Poza tym jak nic do True Blood pasują, bo to na szczęście nie jest grzeczny serial.

[Spoilery] Pierwsza połowa „Turn! Turn! Turn!” wprawiła mnie wręcz w zdumienie, bo nie potrafiłam uwierzyć, że oglądam ten sam serial, który tak potwornie wynudził mnie w zeszłym roku. Już samo otwarcie wlało we mnie całe pokłady nowej nadziei, kiedy to Lafayette i Sookie w przypływie rozpaczy błagają Pam – cudowną, bezkonkurencyjną Pam – żeby przemieniła umierającą Tarę w wampira. Pomyślałam sobie „no przecież to było do przewidzenia”, ale jednak jaką mi sprawiło niespodziankę! Szczerze mówiąc, cały wątek Tary spisałam już na straty i w zasadzie miałam nadzieję, że faktycznie ją uśmiercą, bo nie zniosłabym ani chwili słuchając tych jej żalów, narzekań i jęków. Przemiana jest zaś tak perfidnie złym „ratunkiem”, że aż nie mogę się doczekać. Nie wyklucza to oczywiście możliwości, że Tara będzie dalej narzekać, tylko teraz na coś innego, ale tym razem liczę na to, że nowe zdolności – i nowa agresja – zaprowadzą ją na jak najciemniejszą ścieżkę. To byłoby coś.

Wygląda też na to, że skończą się, a przynajmniej ograniczą, również inne lamenty – dwóch dorosłych wampirów do ich ulubionej blondynki. Moment, w którym Eric (posprzątawszy wcześniej zakrwawione biuro Billa!) wyraża się jasno i wyraźnie o tym, co myśli o Sookie, przywrócił mi w True Blood jeszcze więcej wiary. O wiele szybciej uwierzę w jego ciepłe uczucia wobec swojej „siostry” niż w to, że do Sookie ciągnie go coś więcej niż seks. Co innego Bill, którego od razu mogę wyobrazić sobie robiącego nie tylko maślane, ale i utęsknione oczka. Jeśli przywrócą go do tego opłakanego stanu kasując wszystko, co naprawili w tej postaci w poprzednim sezonie (jedna z niewielu jego zalet), to będzie mi nawet przykro.

Abstrahując jednak od Sookie, kłopoty, w jakie panowie się wpakowali sprowadziły im na głowę wampirze władze, a to zapowiada wiele daleko idących zmian – bo z jakiegoś powodu nie widzę ani Erica, ani Billa poddających się autorytetowi zwierzchnictwa. Ograniczenie wolności (z pewnością tymczasowe) pięknie zbiega się z powrotem upadłego króla Mississippi, ale zanim do niego dojdzie serial na pewno utrzyma nas w niepewności. A może właśnie nie? Pozytywne niespodzianki zazwyczaj wychodzą True Blood na dobre.

Początek odcinka miał jeszcze dwie sceny, które rozdziawiły mi gębę w szerokim uśmiechu. Wizyta wielebnego Newlina wyznającego miłość Jasonowi oraz Jessica, która pod nieobecność tatusia robi w pałacu imprezę. To drugie jest tak oczywiste, że aż wyjątkowe, a to pierwsze tak głupkowate, że aż zabawne. Mam też nadzieję, że imprezowa natura Jessici – nie szukającej związku, i pociągający wszystko, co się rusza urok Jasona sprawią, że ta dwójka nie wyląduje razem, bo razem kompletnie mi się nie widzą. Jason nigdy nie był moją ulubioną postacią, a obecnie już nie wiem, w którą stronę patrzeć, by znaleźć w nim jakąkolwiek zaletę. Jessica z kolei bardzo rozczarowała mnie w czwartym sezonie, dlatego jeśli pomysł na jej rehabilitację zakłada wejście w romantyczny związek ze Stackhousem, to nieprędko odzyskam do niej sympatię.

I tutaj przechodzę do dalszej części odcinka, która już tak mnie nie zachwycała – z wyjątkiem Lafayetta, ma się rozumieć. Lafayette może być w jakiejkolwiek scenie z jakimkolwiek bohaterem, a i tak będzie najlepszy (najlepszą najlepszość pokazał oczywiście w „rozmowie” z Alcidem!). Brak zachwytów wiąże się natomiast z dość mało jak na razie interesującymi wątkami pozostałych bohaterów. Sam wpadł w jeszcze większe kłopoty z wilkołakami, ale jakoś nie ma tu nic specjalnego. Andy chyba sam nie wie, co robić (w związku z łapówkarstwem), a Terry zaczyna zachowywać się na tyle dziwnie, że wcale mi się to nie podoba. Na szczęście druga część odcinka jechała na mocnych stronach jego części pierwszej, dlatego kupiłam to wszystko siłą rozpędu.

Na koniec jeszcze dwa słowa o Sookie, bo nie wypada kompletnie ignorować głównej bohaterki. Przyznam się, że bardzo jestem ciekawa jak potoczą się jej losy w kontekście Alcide’a, z którym – przyznam się – akurat bym ją widziała. Alcide’a bardzo lubię, a dodatkowy plus ma za to, że wydaje się jedynym facetem z całego supernaturalnego kręgu, któremu szczerze, bez żadnych ukrytych motywów, na Sookie należy. Bardziej więc dla niego, niż dla niej, życzyłabym mu szczęśliwego związku.

Podsumowując, nie jestem jaką strasznie wielką fanką True Blood – nigdy nie byłam – ale lubię go za ciekawe motywy, żonglowanie pomysłami, i sex, drugs & rock’n’roll. Bardzo się obawiałam, że nie mam już czego w tym serialu szukać, i że czeka mnie kolejne 10 spadających na łeb na szyję odcinków. Ze swojego punktu widzenia mogę jednak rzec, że w premierze piątego sezonu dostrzegłam dawno zagubioną iskierkę, która ma duże szanse przywrócić serialowi utracony blask. Wielkich nadziei sobie nie robię, ale z pewnością zmieniam swoje negatywne nastawienie.

Zapomniałam też wspomnieć, że trzymałam się z daleka od wszelkich materiałów promocyjnych, update’ach o nowych członkach obsady i innych zapowiedzi (wiem tylko, że będzie Tina Majorino, którą bardzo lubię po Veronice Mars, oraz jakiś nowy koleś, bo jest na plakacie) – i generalnie jestem z tego faktu bardzo zadowolona. Obejrzę ten sezon dokładnie takim, jaki będzie, a nie takim, jaki był zapowiadany.

  • ja jestem dość zagorzałą fanką [przeczytałam cały pierwowzór], ale podobnie jak tobie podobał mi się ten odcinek, mam szczera nadzieję, że scenarzyści dadzą nam sezon odpoczynku od dramatów wesołego trójkąta, a wnioskując po zwiastunie Sookie zaprzyjaźni się mocniej z Alcidem

    dodatkowo szczerze cieszy mnie powrót Russela, lubiłam tego bohatera strasznie ;))

  • Przeczytałam jedną czy dwie książki autorki oryginału – pani Harris zwyczajnie nie trawię. Obejrzałam jeden czy dwa odcinki – serialu nie trawię jeszcze bardziej ^^ Kompletnie nie mogę się przekonać do żadnej nowszej produkcji/powieści z wampirami w roli głównej, także raczej sobie daruję ;)
    Pozdrawiam :)

  • Książki są bardziej „czytalne” po angielsku po polsku są koszmarne, no ale serial jest cudownym guilty pleasure.Pierwszy odcinek był rozkosznie absurdalny ale przede wszystkim zapowieada, ze nie będzie powtórki ze Zmierzchu w postaci „romantyczny trójkąt z wampirzą wstawką” to mnie bardzo cieszy:) Poza tym Eric i Bill są świetnym duetem bez Sookie, zapowiada się sympatyczny, idiotyczny sezon:)

    • „Idiotyczny” i „guilty pleasure” to chyba jedne z najlepiej oddających sprawę określeń na „True Blood”. Przy tym serialu można się wyłącznie dobrze bawić i nic więcej ^^

  • Te same odczucia :) Długo odkładem premierę sezonu, jakoś mnie nie ciągnęło sprawdzić co słychać w Bon Temps po 10 miesięcznej przerwie, ale ostatecznie zostałem mile zaskoczony. Ten serial jako absurdalna komedia spisuje się idealnie. Najciekawsze jest to co dzieje się u wampirów a inne wątki są zbędne, ale na razie nie ogląda się ich tragicznie. Póki będzie odpowiednie wyważenie odcinków i nie przesadzą z głupimi wątkami ten sezon będzie całkiem niezły.

    • Oby. Niestety drugi odcinek jak na razie kompletnie zmarnował wątek Tary, a oglądanie jak Sookie i Lafayette scena po scenie biegają za tą wariatką od pokoju do pokoju była kompletnym marnotrawstwem Lafayette’a :(

      Wątek wampirów jest faktycznie najciekawszy. No i Emma w piżamce. Emma w piżamce była słodkością nad słodkościami.

  • Emma – to było tak głupie, że aż cudowne :)
    A latanie za Tarą też wypadło ok dla mnie. Tara od początku serialu była najnudniejszą postacią, a teraz przynajmniej coś się z nią dzieje. Liczę tylko że tak jak Pam mówiła – będzie miała nie po kolei w głowie :)