Tron: Uprising: Walka nie ustaje

tron-uprising

Na początku czerwca wystartował serial animowany osadzony w universum filmowej serii Tron Tron: Uprising. Akcja dzieje się pomiędzy jednym a drugim filmem, dając głębsze spojrzenie na tyraniczne rządy zbuntowanego Clu. I to głównie ona – akcja – nie pozwala się od tego serialu oderwać.

Moje pierwsze spotkanie z Tron: Uprising odbyło się już po wyemitowaniu czterech odcinków, ale ostatecznie zagwarantowało mi to ponad półtorej godziny świetnej zabawy i całkowitego wciągnięcia w wirtualną rzeczywistość Planszy (Grid). I choć na początku podchodziłam do tej produkcji sceptycznie – głównie przez wzgląd na dość nieszablonowy design postaci – już po kilku minutach musiałam odstawić swoje obawy daleko na bok. Tron: Uprising ogląda się świetnie, na co wpływa przede wszystkim bardzo dobry, jak na animację, scenariusz i wręcz filmowe potraktowanie kadrów. Nie mogłam przestać się zachwycać.

Głównym bohaterem serialu jest Beck – zwykły program zatrudniony w warsztacie mechanicznym, gdzie wraz z przyjaciółmi zajmuje się podrasowywaniem motocykli świetlnych. Spokojne życie w mieście Argon zmienia się jednak gwałtownie, gdy wkraczają do niego siły porządkowe Clu pod wodzą stanowczego generała Teslara. Tragiczne wydarzenie posuwa Becka do podjęcia niebezpiecznej decyzji – przyjęcia tożsamości nieżyjącego bohatera Planszy, Trona, by rozpocząć w sercach uciśnionych rewolucję przeciwko okupacji. Szybko okazuje się jednak, że Tron nie jest nawet w połowie tak martwy, jak się wydawało. Gdy Beck trafia pod jego skrzydła, zostaje postawiony przed pytaniem: czy ma w sobie dość odwagi, by naprawdę stać się bohaterem?

Tak rozpoczyna się ryzykowna gra nie tylko z przedstawicielami władz, ale i własnym sumieniem. Beck, zmuszony do ukrywania swojej sekretnej tożsamości, cierpi, gdy musi okłamywać swoich przyjaciół, i wielokrotnie będzie podważał słuszność swojego wyboru. Na szczęście nie jest całkowicie sam. Tron, jego mentor, będzie nie tylko uczył go sztuki przetrwania, ale przekazywał również cenne lekcje życia. Mamy więc standardową historię z kolekcji „droga bohatera”, ale podaną w bardzo przystępny i płynny – a czasem i zaskakujący – sposób. Zresztą za scenariuszem Tron: Uprising kryją się ci sami panowie, którzy napisali Tron: Dziedzictwo – Edward Kitsis i Adam Horowitz – i którzy pracowali przy serialowych Zagubionych (a także stworzyli Once Upon a Time). Po czterech odcinkach już widać, że poszczególne wątki bardzo ładnie na siebie nachodzą, i z całą pewnością duet scenarzystów jeszcze nie raz nas zaskoczy.

Disc wars!
Disc wars!

Kolejną niewątpliwą zaletą serialu jest akcja. Tron: Uprising zwalnia tylko tam, gdzie jest to konieczne, a każda sekwencją jest czystą ucztą dla oka. Dodatkową zaletę stanowi tu dla mnie fakt, że klimat jest utrzymany w stylistyce drugiego filmu – a więc czerń plus odblaski – i wszystko to, co było najlepsze w filmie, znajduje tutaj w każdym odcinku. Mamy walkę na dyski, mamy wyścigi na motocykle (z braku naprawdę dobrego polskiego odpowiednika pozwolę sobie głośno krzyknąć: disc wars! light cycles!), mamy ponury mrok na horyzoncie i nowoczesną miejską metropolię. W tej przestrzeni Beck będzie się ścigał, uciekał, skakał, toczył boje i robił całą masę innych efektownych akrobacji. Tempo w Tron: Uprising jest naprawdę szybkie, a wszystko przez to, że cała fabuła musi się zamknąć w 22 minutach. Zupełnie jednak nie odczuwa się braku krótkiej chwili na złapanie oddechu – wszystko, nawet wymowne spojrzenia i sugestywne kadry, jest na swoim miejscu. Dzięki temu w serialu istnieje faktyczne napięcie, które skutecznie przyciąga przed ekran. Po 10-ciu minutach pierwszego odcinka byłam już całkowicie pochłonięta.

Bardzo dużym atutem Tron: Uprising jest także mocna obsada. Głosu głównej postaci użycza Elijah Wood, którego nikomu nie trzeba chyba przedstawiać, a w postać Trona ponownie wciela się Bruce Boxleitner (który grał tego bohatera już w 1982 roku). Za jedną z podkomendnych Teslara – i zarazem jedną z ciekawszych postaci ogólnie – mówi Emmanuelle Chriqui, a za przyjaciółkę Becka, Marę, Mandy Moore. Jednak największą niespodzianką dla takiego geeka jak ja są Lance Henriksen jako generał Teslar i… Tricia Helfer, która ponownie odgrywa w rolę sztucznej inteligencji! Po Szóstce z Battlestar Galactica i EDI z Mass Effecta usłyszeć jej lekko zmechanizowany głos po raz kolejny to autentyczna radocha. Co więcej, w dwóch odcinkach jest okazja do usłyszenia bardzo charakterystycznego (i też sci-fi) głosu Lance’a Reddicka (Fringe), a w odcinku zaplanowanym na pierwszy tydzień lipca ma pojawić się Olivia Wilde jako Quorra. Jeśli takich prezentów ma być w serialu więcej, to dostanie ode mnie o jeden stopień wyższą ocenę. 

Light cycles!
Light cycles!

Na osobną uwagę zasługuje również muzyka. Fantastyczny soundtrack skomponowany przez Daft Punk do Tron: Dziedzictwo ustawił poprzeczkę naprawdę wysoko, ale spieszę donieść, że stworzone przez Josepha Trapanese tony trzymają klimat. Zwłaszcza w scenach na koloseum przebrzmiewają znane dźwięki z kawałka „Arena”, ale wnikliwy słuchacz z pewnością odnajdzie więcej odniesień. Podkład muzyczny jest też o tyle ważny, że w zasadzie w ogóle nie cichnie. Starałam się zwracać na to uwagę i jestem w dosyć dużym stopniu przekonana, że muzyka gra po prostu cały czas, ale mogę się mylić, bo niektóre sceny za bardzo mnie pochłonęły i uwaga mogła mi się chwilowo wyłączyć. Tak czy inaczej, duży plus.

Co więcej, wspomniany wcześniej nieszablonowy design szybko przestaje mieć znaczenie. Postacie są oczywiście nieproporcjonalne i często maksymalnie udziwnione, ale ten styl potrafi do siebie przekonać. Na początku przywodziło mi to na myśl anime, ale animacja jest o wiele bardziej dynamiczna i znacznie mniej oszczędna. Mało tego, Tron: Uprising skutecznie wykorzystuje techniki animacji cyfrowej, co jeszcze bardziej zwiększa wizualne wrażenia. Wypracował sobie swój własny, nie dający się pomylić z czymkolwiek innym charakter, i dopiero po obejrzeniu doceniłam jego wartość. Zapada w pamięć.

Posępnie, ciemno, pięknie.
Posępnie, ciemno, pięknie.

Podsumowując – i nie powtarzając się po raz kolejny, że serial mnie uwiódł – Tron: Uprising to z pewnością obowiązkowa pozycja dla fanów serii. Opiera się na prostych założeniach, ale dawkuje je w odpowiednich porcjach i wygląda na to, że rozwija się w dobrym kierunku. Do tego serwuje całą masę najbardziej charakterystycznych dla Planszy elementów, więc jeśli uraczył Was ten świat, nie powinniście być zawiedzeni. Nie jest też naiwny i banalny – klimatem znacznie bardziej przypomina animowane Batman i Batman Beyond, które nie stroniły od ciemnych i momentami brutalnych odcieni. Z czystym sercem polecam, zarówno jako wizualną ucztę, jak i sensowną animowaną opowieść o narodzinach bohatera. 8/10.

[Tekst ten został również opublikowany w serwisie Filmy Fantastyczne.]

  • Serio to sa ci sami scenarzysci? Trudno uwierzyc, ze mogli skopac Legacy, a potem zrobic swietne Uprising. Moze ucza sie na bledach. :)

  • Anonymous

    Może w przypadku serialu nie mieli tak wielu ograniczeń dystrybutorów?

  • Ja powiem tak: scenariusz w „Once Upon a Time” – a głównie jego podstawowa intryga i ciekawe mix baśniowych wątków – to jedna z najważniejszych, jeśli nie jedyna, zaleta tego serialu. Nie powiem, żebym miała do panów pełne zaufanie, ale wierzę, że stać ich na wiele ;)