The Walking Dead: Witajcie w postapokalipsie

the-walking-dead-season-3-wiezienie

[3×16: Welcome to the Tombs] Pomimo ciszy, jaka w temacie The Walking Dead panuje na blogu, jedno mogę stuprocentowo zapewnić: to aktualnie, i bezapelacyjnie, mój ulubiony serial z zakresu fantastyki. W 2012 odrodził się jak feniks z popiołów, oferując satysfakcjonujące zakończenie 2. sezonu i wspaniałe otwarcie 3. Ten ostatni właśnie się zakończył – i w najśmielszych oczekiwaniach nie mogłam sobie życzyć lepszego finału.

Jakiś czas temu razem z Nikodemem Pankowiakiem gdybaliśmy sobie na Serialowej na temat rozwiązań, jakie może The Walking Dead przynieść finał 3. sezonu. Udało nam się przewidzieć w zasadzie nie więcej niż dwie-trzy najbardziej oczywiste kwestie – a z tylu, ile nie przewidzieliśmy, miałam jeszcze więcej uciechy – ale wspominam o tym tekście z innego powodu. Przyznałam się wtedy, że oglądam ten serial przez różowe okulary.

Stwierdzenie było oczywiście trochę żartobliwe, ale jak zwykle w takich przypadkach nie pozbawione prawdy. Nie znam bowiem lepszego serialowego tytułu, który bardziej poważnie podchodziłby do tematu przetrwania w czasach postapokalipsy – który zamiast na akcji i młócce, skupiałby się na warstwie psychologicznej, etycznej i moralnej. Takim założeniem The Walking Dead kieruje się od samego początku i od samego początku konsekwentnie je realizuje – przez co ja od samego początku jestem w nim praktycznie zakochana. W końcu niczego w innego tak w temacie nieumarłych nie lubię, jak obrazu żywych, The Walking Dead jest więc moim światełkiem w tunelu młócek i nijakości. Skończyło się na tym, że zażarcie broniłam nawet krytykowanego 2. sezonu – który ostatecznie wynagrodził mi moją wiarę po trzykroć – a dla każdej nierówności 3. znajdowałam przeciwwagę. Wszelkie niedociągnięcia zupełnie mi nie przeszkadzały, a żeby znaleźć coś autentycznie rozczarowującego musiałabym się głęboko zastanowić. Momentami sama się sobie dziwiłam. W efekcie może mi zaraz wyjść najbardziej nieobiektywny tekst w całej mojej blogowej karierze recenzenckiej, ale jeśli „Welcome to the Tombs” nie podsumował całego sezonu w najpiękniejszy i najbardziej bolesny sposób, jaki do tej pory w The Walking Dead widziałam, to zjem swoje skarpetki.

Zanim jednak zacznę (pisać, nie jeść skarpetki), jedna kluczowa uwaga: nie znam komiksów. Kiedyś przeczytam, bo chciałabym, zdecydowanie, ale póki co jestem fanką wyłącznie serialową – i na porównania „a bo komiks jest lepszy” mam uczulenie ;) Poza tym wiem, że 3/4 internetu zdążyło już wylać publicznie swoje żale, a w niektórych przypadkach głośno zadeklarować, że kolejnego sezonu na 99% nie obejrzą, ale to mi wcale moich okularków nie ubrudziło. Oto, dlaczego.

the-walking-dead-season-3-governor

Idąc po kolei: Gubernator. Z Gubernatorem sytuacja była taka, że pozbawienie go życia pozbawiłoby serialu z jednego z najlepiej skrojonych i odegranych psycholi na małym ekranie, ale darowanie mu go mogłoby z kolei szybko wyczerpać dotychczasową formułę konfliktu z więzieniem (pomijając oczywiście samą kwestię marketingową, którą rola Davida Morriseya jeszcze bardziej rozkręciła). Scenarzyści zdecydowali się więc na rozwiązanie pośrodku: Gubernator uszedł z życiem, ale jego dalsze losy nie zostały jasno zarysowane. Nie trudno dostrzec, że to dla twórców świetny punkt wyjściowy na nowy sezon – możemy być pewni, że mściwa, demoniczna natura jednookiego nie pozwoli grupie Ricka spać spokojnie, ale równie pewnie mogą czuć się producenci wiedząc, jak szerokie mają pole do popisu (i jaką rolę do wykorzystania). Nie na to chciałam tu jednak zwrócić uwagę, ale na ostateczne odkrycie wszystkich kart.

Kwestia przeżycia Gubernatora nie miałaby bowiem większego znaczenia, jeśli nie zostałaby postawiona ostateczna kropka nad „i”: wszyscy przed ekranem wiedzieli, jaki to bezwzględny drań, ale jego psychologiczne gierki i ciągłe podkręcanie napięcia w końcu musiały znaleźć swoje ujście. W momencie więc, w którym w końcu nie wytrzymuje i z zimną krwią rozstrzeliwuje swoich ludzi nie pozostawia cienia wątpliwości – właśnie tego cienia, który trzeba było w końcu rozwiać –  co do swojego prawdziwego oblicza. To był właśnie ten moment kulminacyjny, którego tak w finale oczekiwałam, i którego jednocześnie tak się nie spodziewałam. Bo zamordować własnych ludzi bez mrugnięcia okiem? Obojętnie i bez słowa, jakby ktoś przestawił tylko pstryczek w głowie? Tak bezwzględnie, bezlitośnie i bestialsko, że nawet zaufani porucznicy cofają się z przerażenia do najdalszego kąta? Już scena na początku, gdy Tyreese i Sasha odmawiają udziału w ataku na więzienie, niosła ze sobą potężny ładunek napięcia – pięknie przygotowując grunt pod późniejszy wybuch – ale zupełnie nie spodziewałam się aż tak wstrząsającego rozwiązania. Cisza, która towarzyszyła tej scenie, kamera skupiona na Gubernatorze, porażenie (już nawet nie przerażenie) w oczach Martineza – niby wszyscy mogliśmy się domyślać, jaka bestia czai się w tym człowieku, ale pokazanie tego tak wprost było ostatecznym zerwaniem iluzji, nawet bardziej dobitnym niż tego oczekiwałam. Finał miał przynieść rozwiązanie – i tym rozwiązaniem nie pozostawia już żadnych złudzeń co do osoby Gubernatora.

Po drugie: Andrea. Jak pisałam w dwugłosie, zdecydowanie nie zgadzam się z surową oceną tej postaci, dlatego też jej śmierć – i kolejne rozwiązanie – mocno mnie poruszyła. Równocześnie uważam, że była to całkiem dobra i usprawiedliwiona decyzja, toteż Andreę pożegnałam z żalem, ale i zrozumieniem. Ta postać spełniła swoje zadanie, a tragiczne podsumowanie jej starań – wynikających jedynie z jednej błędnej oceny sytuacji, na którą wpłynęły z kolei inne sytuacje – wydaje się jak najbardziej pasować do brutalnej konwencji tego świata. Szkoda mi jej z czysto osobistych powodów, bo od 1. sezonu należała do czołówki moich ulubionych postaci (jako bohaterka silnie kontrastująca z nieznośną fałszywością Lori), ale szczęśliwe zakończenie, powrót do grupy Ricka i wszystko jak za dawnych czasów wyglądałoby w tym serialu zbyt sztucznie i pretensjonalnie. Cieszę się natomiast, że zanim odeszła mogła pogodzić się z Michonne i wszystkimi, a przede wszystkim – że mogła odejść na własnych warunkach. Jakkolwiek ckliwa i wzruszająca nie była to scena, i jakkolwiek nie do końca przemawiało do mnie tłumaczenie, że nie chciała, by ktokolwiek musiał ginąć, Andrea na takie pożegnanie zasłużyła, a nam przy okazji zilustrowała, że jakaś sprawiedliwość (chociażby pokrętna) jednak w tym świecie istnieje. To było zdecydowanie dobre podsumowanie, na dodatek takie, do którego można było dojrzeć, bo w przeciwieństwie do przeważającej ilości śmierci bohaterów w The Walking Dead, Andrea nie zginęła nagle.

Jedyna rzecz, jaka mnie w tym wątku wybiła z równowagi to z kolei nieco zbyt prostackie sztuczki scenarzystów na podkręcanie emocji. Obcążki upadają w ostatnim momencie. Serio? Andrea uwalnia się dopiero w ostatniej chwili. Naprawdę? Długa rozmowa z umierającym Miltonem poruszyła mnie za serce – głównie z uwagi na Miltona, którego było mi ogromnie żal – ale od samego początku można się było domyślić, niemal scena po scenie, jak się ten wątek potoczy. Co by nie powiedzieć, było to dosyć rozczarowujące, bo o ile kocham horrory i z pełną świadomością godzę się na ich konwencję, to jednak od The Walking Dead oczekuję nieco większego poczucia oryginalności.

the-walking-dead-season-3-carl

Jednak znów zakładając okulary, wisienką na torcie, która w tak dobitny sposób podkreśla wymowę całego odcinka i de facto całego sezonu, jest Carl. Mały, wkurzający i plątający się pod nogami gnojek z poprzednich sezonów przeobraził się w twardego wojownika, który w głębi dalej pozostaje dzieckiem. Dzieckiem, któremu brak wychowania w środowisku o odpowiednich wartościach – prawości, moralności, szacunku – „przyzwolił” na ciche przeobrażenie się w drugiego Gubernatora. Rick, choćby miał wyjść z siebie starając się nauczyć syna różnicy między dobrem a złem, nigdy nie był i już nigdy nie będzie w stanie wpoić mu odpowiednich wartości. On sam je posiada, bo wychował się w normalnym świecie – Carl wychowuje się w świecie, gdzie albo się zabija, albo ginie (albo, słowami Gubernatora, ginie i zabija). Jego gorzkie słowa skierowane do ojca nie ranią dlatego, że są gniewne, tylko dlatego, że są boleśnie prawdziwe – i Rick doskonale zdaje sobie z tego sprawę. W osobie Carla dostrzegł właśnie całą porażkę, jaką poniósł próbując żyć i przetrwać zgodnie z zasadami starego świata. Bo co to za przetrwanie, jaka radość z doczekania kolejnego dnia i powolnego odbudowywania przyszłości, kiedy po drodze zatraca się to, o co się właściwie walczy? I to w najbliższej sercu osobie? To bez wątpienia najmocniejszy i najcięższy akcent, jaki w The Walking Dead się do tej pory pojawił, i właśnie on podsumowuje finał 3. sezonu w najlepszy możliwy sposób. Zachowanie Carla mrozi krew w żyłach i nie ma wątpliwości, że w kolejnych sezonach ten mały ex-gnojek będzie się zbliżał do ciemnej strony mocy.

Tylko pytanie: czy jest jeszcze jakaś ciemna strona mocy? Czy też nabrała już takich odcieni szarości, że nie sposób dostrzec fundamentalnych barw? Uwielbiam cię, The Walking Dead, właśnie za takie pytania.

Generalnie, o „Welcome to the Tombs” mogłabym napisać więcej: że przyspieszenie akcji i wstawienie scen tylko wymownych (jak np. powitanie uciekinierów z Woodbury) miało w sobie coś z komiksowej narracji (nie, że chcę się narazić, po prostu takie odniosłam wrażenie), że krótkie sceny pomiędzy innymi postaciami (jak np. rozmowa Daryla z Carol) bez zbędnych dłużyzn nawiązują do poprzednich wydarzeń (zachowanie Daryla udało mi się przy okazji po części przewidzieć), że – z drugiej strony – pewne wydarzenia postępowały za sobą zbyt szybko i zbyt umownie (uratowanie Karen, przyłączenie Tyreese’a i Sashy), ale wszystko sprowadza się do jednego: „Welcome to the Tombs” wywiązał się ze swojego zadania – podsumowania sezonu – lepiej niż sobie wyobrażałam. Rozwiązał to, co rozwiązać powinien i zawiązał to, do czego zmierzał, żegnając nas na kilka miesięcy słodk0-gorzkim akcentem. Teoretycznie, nie było cliffhangera w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, ale niepokój zasiany w tych kilku pożegnalnych scenach wystarcza, bym z wielkimi emocjami oczekiwała premiery 4. sezonu.

A teraz mogę zdjąć swoje różowe okulary, przeczytać to co napisałam jeszcze raz, i uznać, że wcale tych okularów nie potrzebowałam :)

  • Pusiu

    Nie.Znoszę.Tego.Serialu. Napaliłam się na niego jak nie wiem na co, oczekiwałam dobrej postapokalipsy, tak jak mówisz skupionej na żywych nie na martwych, a dostałam nudną, rozwlekłą serię z całą zgrają irytujących postaci z których każda jedna ma schizofrenię. Piszesz, że gubernator pokazał swoje zło w scenie w której pozabijał swoich popleczników. Ale w tym momencie on pokazał swoją DURNOTĘ. Na własne życzenie pozbawił się władzy w Woodbary, oddał walkowerem całą osadę, a siebie dobrowolnie skazał na poniewierkę. Czy tak się zachowuje dyktator? Na własne życzenie odsuwa się od władzy zamiast trzymać wszystkich za mordę? No cóż, nie wydaje mi się, co zresztą widać w prawdziwym życiu.
    Choć akurat płytka psychologia postaci to esencja „The Walking Dead”. Oglądam ten serial i zgrzytam zębami jak tylko ujrzę kolejną scenariuszową durnotę. Na czwarty sezon, najprawdopodobniej zabraknie mi siły.

    • Dla mnie to nie była durnota, ale przelanie się wszelkich granic kontroli. Wszystkie powstrzymywane emocje tak cholernie w nim bulgotały, że już nie potrafił nad sobą zapanować. Skazał się, owszem, stracił Woodbury i wszystko, co w nim zbudował, ale to była reakcja pod wpływem chwili, która pokazuje, że nie jest wcale tak przebiegły i cierpliwy, jak mu się wydaje. Co, paradoksalnie, pokazuje najbardziej ludzką stronę jego osobowości.

      Anyway, in my humble opinion, at least ;)

      A co do irytujących postaci i negatywnych innych elementów, to aż się nie wypowiem, bo w większości po prostu nie rozumiem, skąd się bierze taki punkt taki widzenia :(

      • Pusiu

        Ale ja bardzo chętnie podyskutuję, bo uwielbiam opinie z drugiej strony barykady :) Bo ja szczerze powiem, że nie rozumiem zachwytów nad tym serialem. Moim zdaniem jest strasznie słaby, a postacie wyjątkowo sztuczne. I jeszcze pół biedy jeśli to byłaby typowa rzeźnia, bo wtedy te wszystkie papierowe postacie mogłabym zdzierżyć. Gorzej, że to serial skupiony na psychologii postaci, a psychologii tej… nie ma.

        No i Aeth ile znasz przypadków z historii, w których dyktator na własne życzenie zrzucił się z tronu? A trochę już porąbanych bubków szastających życiem innych na wszelkiego rodzaju tronach siedziało. Nie mylmy szaleństwa z debilizmem, bo to dwa różne pojęcia :)

        • Wszystko tak – ale wszystko przy założeniu, że Gubernator ma tylko jedną łatkę: dyktator. Dla mnie to raczej przykład typowego psychola, któremu kontrola nad ludźmi, własne traumy z przeszłości (utrata żony i córki) oraz „przyzwolenie”, jakie „wytworzyła” postapokalipsa uderzyły do głowy. To człowiek, który z jednej strony potrafi działać z zimną krwią, ale z drugiej nie panuje nad samym sobą, przez to jest jeszcze bardziej nieprzewidywalny i niebezpieczny, w tym dla samego siebie. A dzięki temu jest dla mnie zdecydowanie ciekawszą postacią ;)

          A co do braku psychologii, hmm, przykład? Sama nie dowidzę ^^

          • Pusiu

            W sprawie Gubernatora się chyba nie zgodzimy. Hitler i Stalin też nie byli do końca normalni, ale cokolwiek o nich nie powiedzieć to jednak nie zachowywali się aż tak nielogicznie. Z drugiej strony, skoro Gubernator to w gruncie rzeczy niezrównoważona, mściwa i głupia osobistość to jakim cudem Woodbary trzymało się tak długo? Naprawdę nie było nikogo kto chciałby przejąć władzę? Nie zrozum mnie źle. Lubiłam Gubernatora, naprawdę. Ale scena z finału w moich oczach totalnie tą postać zniszczyła.

            Brak osobowości? Najjaśniejszy to chyba Gary Stu czyli Rick. Dawno nie widziałam tak przeidealizowanej, skopanej postaci, która zajmowałaby tyle czasu antenowego. Idźmy dalej. Glenn i jego przemiana w Skośnego Madafakę. Maggie i jej wielka drama, bo Gubernator zobaczył kawałek jej cycka (albo jestem wyjątkowo wyuzdana, albo naprawdę w świecie opanowanym przez zombie są większe zmartwienia niż to, że skądinąd przystojny mężczyzna zobaczył twoje piersi). Carl, którego wszyscy klepią po główce zamiast go ostro ustawić do pionu. Daryl, który z badassa zamienił się w pieska na posyłki (nie do końca wiadomo kiedy). Andrea, która (ma) miała tak ostrą schizofrenię, że do końca nie wiedziałam o co jej właściwie chodzi. A to tylko najjaśniejsze przykłady :)

            • Wg mnie cała możliwa niekonsekwencja i przeidealizowanie w postaci Ricka jest po części zamierzona, bo to człowiek, który się miota i który ciągle szuka złotego środka. Osobiście mam uczulenie na postacie szlachetne aż do bólu, ale rozterki Ricka potrafię zrozumieć, więc sam w sobie jakoś szczególnie mi nie przeszkadza (choć ulubioną postacią nie jest). Z drugiej to serialowi nieco jednak przeszkadza, bo brak silnego charakteru u steru trochę tę fabułę rozłazi. Finał 2. sezonu pokazał bardziej stanowcze oblicze Ricka, ale w ciągu 3. to się znowu rozmazało – pozostaje mieć tylko nadzieję, że zalążek opozycji w stosunku do Carla ustawi go na właściwych torach na kolejny sezon :)

              Rozwój Glenna mi się podobał, to w sumie dość naturalne, że po tylu przeżyciach chce chłopak wziąć odpowiedzialność, tym bardziej, że ma teraz dla kogo. Maggie z kolei nie chodziło o cycki, ale fakt, że Gubernator pokazał jej swoją siłę w najbardziej przerażający dla kobiety sposób. Carla w końcu klepać przestaną, I hope, ale tak czy inaczej, jakakolwiek zmiana w jego zachowaniu jest mile widziana. A Daryl dla mnie dalej jest badassem, tylko że na tyle dojrzałym, by zaakceptować, że w grupie siła ;)

              Z kolei Andrea, patrząc po 2. sezonie, dopiero w 3. znalazła dla siebie cel. Trochę późno, ale jak widać jej wątek się i tak wyczerpał sam z siebie.

              Ja co do 4. sezonu mam same skowronkowe przeczucia, nawet pomimo zmianach kadrowych wśród showrunnerów. Wyraźnie dla mnie widać, że TWD naprawia swoje błędy, a fakt, że robi po drodze trochę nowych? No cóż, nobody’s perfect :P Tak czy inaczej, kupuję to :)

              • Pusiu

                W moim odczuciu największy problem jest taki, że każda z postaci występuje w dwóch odmianach. Jednej po zombie apokalipsie i jednej przed. Przykładem jest właśnie nasza Maggie, ale nie tylko. Przypomnijmy sobie scenę w której nasza dzielna kompania jedzie samochodem i goni ich człowiek z plecakiem. Facet w końcu zostaje zjedzony, a wesoła kompania zabiera plecak. Co oczywiście nie przeszkadza im przyjąć na swoje łono całą zgraję dzieci i starców pod koniec odcinka finałowego. Na logikę biorąc grupie bardziej przydałby się młody facet niż cała armia staruszków, ale co ja tam wiem. W tym momencie jak na dłoni widać scenariuszową niekonsekwencje. Bo albo przyjmiemy że scena z plecakiem to typowy shocker, albo założymy że wszyscy mają ostrą schizofrenię.

                Podobnie jest z Maggie. Owszem, kobieta żyjąca w naszych czasach mogła się poczuć zbrukana. Ale ona?! Która straciła większość rodziny i przyjaciół w zombie apokalipsie? Która codziennie walczy o życie? Która cierpi głód i niewygody? I naprawdę to pokazanie pół cycka to takie straszne przeżycie? Postacie z the Walking Dead raz są pokazane jako zmienione przez apokalipsę, a potem wracają nagle do swojego wcześniejszego ja. Nie kupuję tego.

                Andrea w tym sezonie miotała się bardziej niż zazwyczaj. Kocham Gubernatora, nie kocham. Idę do więzienia, nie idę. Woodbary jest złe, ale mają pralki. Koszmar.

                Rozwój Glenna nie byłby najgorszy gdyby postaci dokleili przy tym jakiś zdrowy rozsądek. Rzucanie się z garstką ludzi na Woodbary bo ktoś cię zdzielił po mordzie i zobaczył twoją dziewczyną topless? No come on!

                No i na końcu Rick, który moim zdaniem jest soczewką, która skupia na sobie całe wyobrażenie amerykanów o idealnym przedstawicielu prawa. Jestem niemal pewna, że to jego miotanie to pochodna tego, że scenarzyści chcieliby wreszcie coś zrobić z ta postacią, ale są dosyć szybko ustawiani do pionu bo to przecież American Finest i tak nie wypada :/

                • Hmm, może się mylę, ale z Twoich komentarzy nasuwa mi się, że skupiasz się na szczegółach „tu i teraz” zamiast patrzeć na większy obraz :) Bo np. pomiędzy tym, że Rick najpierw skazał kolesia z plecakiem na śmierć, a potem przygarnął pod dach więzienia uchodźców z Woodbury był jeszcze dylemat oddać Michonne/nie oddać Michonne, który mu ostatecznie udowodnił, że nie jest człowiekiem tak bezwzględnym jak Gubernator. Gdyby uświadomił sobie to wcześniej, to jestem przekonana, że kolesia z plecakiem też by przygarnął – po prostu musiał do tego dojrzeć.

                  Jeśli chodzi o Maggie, to zahartowanie się podczas apokalipsy nie oznacza, że człowiek – czy w tym wypadku kobieta – zatraca wszystkie swoje instynkty i poczucie wartości. „Pokazanie cycka” to pryszcz – realna groźba gwałtu nie. To wszystko to skrajne elementy psychiki człowieka, której moim zdaniem nie można wrzucać do jednego wora. Maggie i tak była twarda, i tak bardzo dobrze dała sobie z tym radę, ale sam fakt, że to przeżywała jest absolutnie właściwy. Bo jest człowiekiem i pomimo wszystkich trudów, przez jakie przepuściło ją życie, nie zatraciła swojej fundamentalnej wrażliwości.

                  Podobnie Andrea – kilka miesięcy out there, choroba, męki, ciągły strach i niepewność wymęczyły ją psychicznie, więc gdy trafiła do Woodbury i zobaczyła, że funkcjonuje jak normalna społeczność za dawnych czasów, do których tęskni, zapragnęła dla siebie właśnie takiej przyszłości. Dała się omamić, bo za bardzo uwierzyła – i chciała uwierzyć – w iluzję, ale to nie brak logiki, tylko konsekwencja przeszłych wydarzeń. Zgadzam się, że ta postać się miotała, scenarzyści dopiero pod koniec zdecydowali się chyba, co z nią zrobić, ale ten podstawowy zarzut przeciwko niej jest dla mnie mało jasny ;)

                  Glenn się rzucał, prawda, zareagował zbyt emocjonalnie – ale jeśli po pierwsze jest młody i życiowo tak naprawdę niedoświadczony, po drugie fakt, że ktoś śmiał skrzywdzić Maggie wytrąciła go z równowagi, a po trzecie zmądrzał pod koniec imo właśnie o to chodziło. Musiał się wyszaleć.

  • moleslaw

    Plus co do Ricka, jeszcze trzeba dodać że w międzyczasie jego syn zabił człowieka. który chciał się poddać i nie był zagrożeniem dla tej czwórki kryjącej się w lesie. To chyba najbardziej otworzyło mu oczy do czego prowadzi jego własna postawa. Wszak Carl był z nim i Michonne w samochodzie gdy mijali tego człowieka z plecakiem. Przepadam za tym serialem. Nie będę was przekonywać ale to o Ricku musiałam napisać choć nie jest on moją ulubioną postacią i niejednokrotnie mnie irytuje.

  • Ewa Serenity Iwaniec

    Myślę, że odejście Gubernatora jest odejściem prawie ostatecznym. Wydaje mi się po prostu, że w przyszłym sezonie pojawi się w jednym czy góra dwóch odcinkach. Dlaczego? Bo rzeczywiście jego wątek nie został zakończony, aczkolwiek jak mogliśmy zobaczyć zmierza najnormalniej w świecie do końca – został ugryziony, jego naturalne szaleństwo jest jeszcze uwydatniane przez gorączkę, jaka zaczyna go trawić (w tym jest podobny do Shane’a). Nie ma przed sobą zbyt długiego życia, ale na pewno jego koniec zostanie pokazany na ekranach.