The Walking Dead: Krew, pot i łzy – i gdzieś tam chodzące trupy

twd-sezon-2

Od momentu powrotu The Walking Dead w swojej drugiej odsłonie, w Internecie, gdzie nie spojrzę, spotykam się względem niego praktycznie z samą krytyką. Drugi sezon jest ponoć beznadziejny, bo ma za dużo dramatu, bo ma za mało zombie, bo z powodu cięć budżetowych zombie nie są już takie szczegółowe, bo jest ich mniej, bo bohaterowie za dużo gadają, bo za mało się dzieje – bo coś, bo coś, bo coś. I przyznam szczerze – jestem zdziwiona. Autentycznie nie potrafię zrozumieć, o co chodzi. Czego tu się czepiać? Albo lepiej – czy naprawdę jest powód, by czepiać się akurat tego?

Przechodzę przez napotykane recenzje i naprawdę nie rozumiem, w czym rzecz. A nie rozumiem tego z prostego powodu – The Walking Dead, serial, od samego założenia miał być opowieścią o ludziach i tym, jak w tych tragicznych okolicznościach będą sobie radzić. Dokładnie to, odcinek za odcinkiem, w nim widzę. Relacje pomiędzy postaciami, trudne rozmowy, jeszcze trudniejsze pytania, zwątpienie, rozpacz – ukryte gdzieś pod powierzchnią, przyczajone dobro – wszystko tu jest. I w porównaniu do miliona seriali, w których rozwój bohaterów praktycznie nie występuje, a akcja kolejnych odcinków po raz setny wałkuje jeden, oklepany schemat, oglądanie The Walking Dead to dla mnie oryginalna odmiana na zdecydowanie wyższym poziomie. To serial o postaciach, nie o wszystkim innym.

[Będą spoilery] Nie ulega wątpliwościom, że The Walking Dead typowym serialem nie jest. Poszczególne odcinki nie serwują nam kolejnych zagadek kryminalnych, potworów tygodnia czy innych przygód z co chwila innym występem specjalnym. Zamiast tego mamy kontynuowany wątek, który staje się pretekstem do ukazania innych i zmieniających się stosunków postaci względem otaczającej ich rzeczywistości – i ich samych. Innymi słowy, życie po apokalipsie zombie to nie nudna codzienność, a przeżycie wymaga podejmowania trudnych decyzji i zadawania ciężkich pytań. Czy warto wprowadzać w ten świat dziecko? Czy lepiej zabić, czy być zabitym? Jak ważna jest moralność w obliczu śmierci? Przyszłość wcale nie jest pewna, stare nawyki przestają mieć znaczenie, a życie w ciągłym napięciu powoduje konflikty, bo w końcu ktoś wybuchnie, bo w końcu ktoś nie wytrzyma. I całkiem słusznie. Więc dlaczego serial miałby skupiać się na potyczkach z umarlakami, detalach w charakteryzacji, albo ukazywać relacje tylko powierzchownie? Jeśli ktoś właśnie tego szuka, The Walking Dead może nie jest odpowiednim wyborem. Wśród zarzutów czytałam np. że rozmowy są nudne, że marnują czas, że akcja nie posuwa się do przodu, a zamiast tego tkwi w dylematach moralnych Ricka i rozterkach Lori. Ale gdyby The Walking Dead zaczął nagle siekać głowy na prawo i lewo, bohaterów sprowadzając tylko do roli posiadacza i używacza broni, zrobiłoby się pusto, sztucznie, naciąganie i mało wiarygodnie. A mimo wszystko, po serialu, który od początku uderzał w poważny ton, oczekuję w zachowaniu bohaterów pewnej – dużej – dawki wiarygodności. Emocje nie są czymś, co można po prostu wypisać z natury człowieka. Trzeba o nich pamiętać.

I porównując: gdy myślę, że miałabym obejrzeć nowy odcinek CastleBones albo Supernatural, oczy same mi się przewracają. Jestem już tak zmęczona ciągłym brakiem czegoś nowego, odmiennego w kontekście formuły tych seriali, że zostawiam je w długiej kolejce „ewentualnie, na czarną godzinę”. Wieje w nich już tak okropną nudą, że nie wykluczam kompletnego darowania sobie ciągów dalszych. W Castle nic się nie zmienia, Castle i Beckett to się przybliżają, to oddalają, a wszystko to gdzieś w tle kolejnego arcy-ważnego śledztwa. Podczas oglądania premierowego odcinka nowego sezonu Bones miałam na twarzy tak wielki wtf, że aż nie mogłam patrzeć na to domowe mizianie się pary głównych bohaterów. Zaś z Supernaturalem jestem już dobre kilka odcinków do tyłu, bo po prostu nie mam siły oglądać kolejnego spotkania z kolejną wersją tego samego przeciwnika, który oczywiście jest przepotężny, ale Winchesterowie, choć skłóceni, ścigani i w czarnej d*** i tak, gdzieś w końcu, sobie z nim poradzą. No jak rany… Oglądanie The Walking Dead sprawia mi zaś nieopisaną przyjemność, bo w tym serialu coś się dzieje! Ludzie zauważają, jak ktoś skrzywi się na jakieś wspomnienie, wyłapują niuanse w swoim zachowaniu, reagują na nie i angażują się w ciągłe – i zmienne – interakcje. Wątki nie znikają a bohaterowie z odcinka na odcinek nie cierpią na nagłą amnezję. W kolejnej scenach możemy za to zobaczyć Dale’a z niepokojem witającego zapadający zmrok na autostradzie czy Carol z coraz bardziej zrezygnowanym wyrazem twarzy. Rozwija się postać Andrei – w kierunku, który chyba nie każdego zadowoli, Shane, zamiast poczucia winy, czuje coraz większą pewność względem własnej nieomylności, a Glenn poszukuje oparcia i sensu w każdym skrawku normalności, jaki jest mu oferowany. To właśnie jest dla mnie realistycznym przedstawianiem postaci. Zdecydowanie więc wolę oglądać pożegnanie Ricka ze swoim policyjnym mundurem niż rozpaczliwe spojrzenia Beckett mającej świadomość, że Castle’a może już zaraz nie być. Wiem, że dla Ricka ten gest coś znaczy – tak samo jak wiem, że następnym odcinku Castle po tym jednym spojrzeniu nie zostanie praktycznie śladu.

I uprzedzając ewentualne pytania – nie czytałam komiksów. Komiksy ogólnie niespecjalnie mi podchodzą. Ale za to oglądam serial i jest mi z tym bardzo dobrze.