The Vision of Escaflowne: Mecha anime

the-vision-of-escaflowne-featured

The Vision of Escaflowne to tytuł, który w Japonii popularnością nie grzeszył, na Zachodzie zaś jednogłośnie stał się hitem. Patrząc z daleka, można się zastanawiać, czemu – patrząc z bliska powody stają się od razu widoczne. To historia w dużej mierze wymykająca się typowym dla anime schematom, której epicki rozmach może się bez problemu równać z aktorskimi produkcjami zza wielkiej wody.

The Vision of Escaflowne obejrzałam już po raz trzeci i po raz trzeci w pełni zachwyciłam się opowiadaną przez niego historią. Jak wspomniałam w 9-ciu rzeczach, które wkurzają mnie w anime, zabrałam się za niego w ramach eksperymentu, który miał mi udowodnić jak bardzo lubię/nie lubię anime. Eksperyment jasno udowodnił mi dwie rzeczy: jeśli fabuła mnie wciągnie, mogę w miarę spokojnie przymykać oko na całą resztę, oraz że The Vision of Escaflowne, szczęśliwie dla mnie, nie nadaje się na typowego przedstawiciela swojego gatunku.

Historia 26-odcinkowej serii opowiada o Hitomi Kanzaki, nastolatce, która w wyniku magicznych okoliczności zostaje przeniesiona do świata o nazwie Gaea – planety, z której widać Ziemię. Mimowolnie zostaje tam wciągnięta w sam środek nadchodzącej wojny, gdy bezlitosne Imperium Zaibach usiłuje podbić Gaeę, siejąc strach i zniszczenie pokojowo nastawionym ludom. Hitomi, której jasnowidzące zdolności nabierają niespotykanej siły, sprzymierza się z młodym królem zniszczonego królestwa Fanelii, Vanem – pilotem tytułowego Escaflowne, legendarnego mecha-robota – oraz rycerzem potężnego królestwa Asturii, Allenem, w celu powstrzymania nadchodzącej zagłady. Na tle tych wydarzeń przeżywa też swój własny konflikt, który nieświadomie stanie się kluczem mającym zadecydować o przyszłości mistycznej planety.

Na pierwszy rzut oka jest to więc typowa historia o młodej dziewczynie i jej przygodach w fantastycznej krainie rządzonej przez magię i miecz, po której można by spodziewać się mieszanki luźnego dramatu, krzykliwego humoru i gromadki barwnych, łatwo dających się polubić postaci. Szybko okazuje się jednak, że The Vision of Escaflowne humor ogranicza do minimum, dramat traktuje w rzetelny i dojrzały sposób, a bohaterów obdarowuje cechami, które nadają im pełniejszego, wychodzącego poza stereotyp wymiaru. Dodać do tego wartkie tempo, które nie pozwala na dłużyzny, tym samym ucinając zbędne wątki do minimum i wprowadzając nieustanny, pełen akcji obrót wydarzeń, i wychodzi serial, przy którym zapomina się o upływie czasu. The Vison of Escaflowne oglądałam z wypiekami na twarzy, wzruszając się i kibicując postaciom bez względu na to, że zakończenie ich przygody oglądałam już dwa razy. A to, jak się można domyśleć, nie zdarza mi się przy anime często.

vision-of-escaflowne-18

Na początek rzut oka na bohaterów. Do nastolatek przenoszących się w inne światy i zakochujących się w dzielnych wojownikach mam sporą awersję po Fushigi Yuugi (i w pewnym stopniu Sailor Moon), gdzie bohaterka to kiepska uczennica, której czysty i delikatny charakter idzie w parze z małym rozumkiem i przerośniętym szczęściem. Hitomi Kanzaki zaczyna dosyć podobnie – od młodzieńczego zauroczenia kapitanem lekkoatletycznej drużyny sportowej – ale zamiast biernie wzdychać i kombinować jak koń pod górę, bierze sprawy we własne ręce. Bierze je tak później przez cały czas trwania serialu, nieustannie demonstrując, że umie myśleć za siebie i nie boi się wypowiedzieć swojego zdania na głos. Często stawia się przeciwnościom losu, niejednokrotnie wzbudzając w innych zdumienie, i szybko zdobywa sobie szacunek i szczerą przyjaźń innych. Co więcej, nie wydziera się, nie grymasi i nie robi z siebie pępka świata – w The Vision of Escaflowne na taki typ humoru nie ma miejsca prawie w ogóle – a jej uczuciowe rozdarcie względem dwóch zupełnie przeciwstawnych sobie bohaterów nie jest siłą napędową decydującą o każdym jej ruchu. Z tego wszystkiego, i jeszcze z paru pomniejszych rzeczy, wyłania się obraz bohaterki bardzo wyważonej, która kieruje się zarówno sercem, jak i rozumem, wykazuje się odwagą tak zewnętrzną, jak i wewnętrzną, a do tego sama, bez pomocy innych, uczy się na własnych błędach. Nie miałam absolutnie żadnego problemu z zaakceptowaniem Hitomi jako centralnej postaci, a choć w paru miejscach wychodziła na wierzch jej nastoletnia mentalność, serial bardzo szybko potrafił zrekompensować ją przeniesieniem skupienia na inne tory. Naprawdę, jeśli tak budowana byłaby większość bohaterek w anime, miałabym o nim trochę odmienne zdanie.

Pozostali bohaterowie nie zostają wcale w tyle. Porywczy Van, pałający rządzą zemsty, która przesłania mu rzeczywistość oraz szlachetny Allen, nienaganny szermierz, który rzuca się w wir walki z rycerskiego obowiązku, to postacie tak samo stereotypowe, jak nieprzeciętne. Oboje są zbudowani na rozpoznawalnej kliszy, ale obojga można niejednokrotnie zobaczyć w zupełnie innym świetle. Van z początku wydaje się arogancki i niemiły – cechy, których się później wcale nie wyzbywa – ale gdy poznajemy, z jak szczerym i nieudawanym poświęceniem potrafi troszczyć się o innych, ryzykując życie, reputację i sekrety, sympatia wobec niego błyskawicznie rośnie. Dla przeciwwagi, nieskazitelny wizerunek Allena zostaje mocno nadszarpnięty, a choć nie pałałam do niego sympatią właściwie żadną, musiałam przyznać, że porysowanie jego charakteru wyszło mu bardzo na dobre – bo postaci na wskroś wyidealizowanej bym nie zniosła. The Vision of Escaflowne przebyło dość długą drogę od pomysłu do realizacji, podczas której scenariusz i bohaterowie przechodzili przez kilkakrotne zmiany i kilku pomysłodawców, ale chyba właśnie dzięki temu ich ostateczny kształt wydaje się tak wyrazisty i pełnowymiarowy (co dwie głowy, to nie jedna, etc.). Tak czy inaczej, nie ukrywam i nie będę ukrywać, że w moich zmaganiach z anime serial pod tym względem nie ma sobie równych. Bo mi się po prostu takie pisanie bohaterów podoba.

vision-of-escaflowne-21

Ale żeby tego było mało, świetnie rozpisane zostały również postacie trzecioplanowe. Towarzysząca Vanowi Merle – główne źródło charakterystycznego dla anime humoru – to teoretycznie ta słodka wrzeszcząca dziewczynka, której tak nie cierpię. Merle wrzeszczy, wszędzie jej pełno i wszystko chce wiedzieć, ale to jednocześnie cierpiące dziecko z niejedną tragedią w sercu. Jej początkowa nieufność i rywalizacja z Hitomi stopniowo przybiera formę prawdziwej, pełnej zaufania przyjaźni, a Merle zyskuje w oczach jako lojalna i odważna, a do tego nad wyraz dojrzała towarzyszka przygód. Również rozpieszczona księżniczka Millerna to nie tylko zakochana w Allenie panna, ale pewna siebie młoda kobieta, której pościg za wiedzą wiążą konwenanse i społeczne obowiązki. Później dochodzi też bogaty kupiec Dryden o łobuzerskim usposobieniu, ale dobrych intencjach, który doskonale rozumie, jaka wartość – lub jej brak – kryje się za pieniądzem. A na deser zostają przecież postacie z drugiej strony barykady, które bez trudu potrafią wzbudzić zarówno wstręt, jak i współczucie. Historia kocich sióstr, zażarcie oddanych dowódcy wrogiej armii, wzruszyła mnie do łez (nie przesadzam), a losy samego dowódcy, jak i jego podkomendnego Dilandau – jednego z najbardziej ulubionych animowanych psychopatów – do końca potrafią przykuć do ekranu.

Mówiąc krótko, bohaterowie to największa siła i zaleta The Vision of Escaflowne (co pięknie, w jednym zdaniu, podsumowuje powyższe trzy akapity). Nie są przedstawieni wyłącznie w czerni i bieli, za każdym kryje się osobna historia, a scenariusz umiejętnie i z wyczuciem prowadzi ich poprzez kolejne sceny. Rzadko  zdarza mi się trafić na gromadkę postaci pozbawionych choć jednego bohatera, którego bym szczerze nie znosiła, a tutaj do żadnego nie mam się na dobrą sprawę jak doczepić (z wyjątkiem tych kilku postaci, które nie posiadały większych ról lub posiadały je tylko po to, żeby wywoływać negatywne odczucia). Uwielbiam, kiedy charaktery bohaterów balansują na skrajnych, ale uzupełniających się cechach, bo to jest dla mnie dobre pisarstwo – i czysta przyjemność w przeżywaniu przygód razem z nimi, a nie pomimo ich. W końcu chyba o to chodzi.

vision-of-escaflowne-23

Bohaterowie byliby jednak niczym, gdyby nie historia, w jaką zostali wplątani. Fabuła The Vision of Escaflowne rozwija się błyskawicznie, a w drugiej połowie intryga robi się tak skomplikowana i wielopiętrowa, że jedno odwrócenie głowy i już można przewijać scenę. W dominujący temat wojny, okrucieństwa i potrzeby ochraniania słabszych wdziera się prawdziwy cel stojącego za Zaibachem imperatora, który jest jednym z najbardziej zaskakujących wątków, jakie widziałam na małym czy dużym ekranie. Wydaje się tak nieprawdopodobny, że z początku ciężko zrozumieć, w jaki sposób może w ogóle funkcjonować, ale tym samym pobudza i utrzymuje ciekawość do samego końca (nie zdradzę, o co chodzi, gdyby ktoś skusił się na sprawdzenie samemu). Aby pokrzyżować plany imperatora, bohaterowie zwiedzą prawie całą Gaeę, poznają jej tajemne sekrety i niejeden raz uciekną śmierci tylko o włos, ale nie wszędzie będą na na nich czekać szczęśliwe zakończenia. To sprawia, że The Vision of Escaflowne traktuje swoją historię w poważny i dojrzały sposób, nadając jej nie tylko epickiego rozmachu, ale rozważnie rozmywając kategorie dobra i zła. Na próżno szukać tu modeli wyłącznie jednych albo drugich – czym, jak można się domyślać, zrobił na mnie ogromne wrażenie.

Jeszcze dwa słowa co do wspominanego wcześniej tempa akcji. Serial zaskakuje ilością i prędkością, z jaką wątki przewijają się na ekranie. Akcja pojedynczego odcinka potrafi zawrzeć zbrojne starcia, ucieczki, porwania, narady, sprawy sercowe i co tam jeszcze, wszystko jedno po drugim w sensownej kolejności. W efekcie nie ma tu przydługawych monologów, mierzenia się wzrokiem, dumania nad swoim losem, etc. – jest tylko, co potrzeba, czasem nawet tylko w urywkach, albo w ogóle pozostawione logice. Serial był początkowo rozpisany na 39 odcinków, ale ze względu na wysokie koszty produkcji szefowie stacji zażyczyli sobie skrócenia do 26-ciu. To zmusiło scenarzystów do skrócenia kilku wątków i upchania innych w mniejszej przestrzeni czasowej. Domyślam się, że takie skondensowanie historii mogło nie przypaść do gustu większości japońskich widzów, w dodatku na bieżących zostawianych z potężnymi cliffhangerami, ale jak dla mnie (i domyślam się, że dla widzów z Zachodu) miało zasadniczy wpływ na oczarowanie całością. The Vision of Escaflowne można oglądać mniej-więcej na jednym tchu.

vision-of-escaflowne-19

W porównaniu z innymi tytułami telewizyjnymi, korzystnie wypada również realizacja techniczna. Animacja nie ustrzegła się nielubianych przeze mnie skrótów, ale znajdują się one w ilości akceptowalnej, jeśli w ogóle nie przewyższają moich oczekiwań – a przewyższają je co najmniej kilka razy na odcinek. Szczegółowy design i płynny ruch w większości przypadków idą równo w parze, a biorąc pod uwagę fakt, że spora część akcji skupia się na starciach Guymelefów, potężnych mecha-robotów, trudno nie być pod wrażeniem pracy animatorów. Jedynym, co może gryźć konserwatywnych fanów anime jest wygląd twarzy postaci, bo posiadają one bardzo wyraziste, momentami nieco niekształtne nosy. Do nosów osobiście przyzwyczaiłam się bardzo szybko, znacznie szybciej niż do tych nieszczęsnych nieproporcjonalnych sylwetek (wystarczy postawić obok siebie Vana i Balgusa, od razu widać jak groteskowo to wygląda). Warto jednak wspomnieć, że takie przypadki też nie zdarzają się w The Vision of Escaflowne często, co – po raz kolejny – zalicza go u mnie na plus. Szczerze mówiąc, jeśli pominąć standardowe zbyt długie nogi, podłużne twarze i małe głowy, nie mam za bardzo argumentów na „nie”. Panuje tu dokładnie ten rodzaj równowagi, który ucisza moje podstawowe protesty przeciwko anime.

Zdecydowanie trzeba też wspomnieć o muzyce, która jest jedną z wizytówek całej serii. Skomponowana przez Yoko Kanno i Hajime Mizoguchiego, przechodzi przez cały przekrój najróżniejszych stylów, od klasycznych instrumentalnych brzmień, przez kościelne chóry, aż po dramatyczne ilustracje scen akcji. Wszystko to brzmi zarówno europejsko, co egzotycznie. Co więcej, piosenki śpiewa doskonale znana nawet mnie Maaya Sakamoto, która na dodatek podkłada głos pod Hitomi (był to jej debiut, miała wtedy 16 lat). Całego soundtracku z przyjemnością słucham do dziś, a piosenki zdarzało mi się znać na pamięć. Zresztą nazwisko Yoko Kanno mówi chyba samo za siebie.

vision-of-escaflowne-24

Jeśli chodzi o design, warto też wspomnieć o konstrukcji świata. Gaeę można sklasyfikować jako świat low fantasy, w którym rządzi nauka i technika, a magia oparta jest na działaniu specjalnych surowców posiadających nadzwyczajne właściwości (coś bardzo podobnego do Ivalice z Final Fantasy XII). Te surowce umożliwiają np. budowanie latających statków czy działanie Guymelefów. Pod pewnymi względami przypomina to trochę steampunk, co w połączeniu z kulturą walki na miecze daje bardzo ciekawe mieszankę. Stylizacja świata oparta jest bardziej na motywach europejskich, choć każdy kraj ma swoje własne, mniej lub bardziej egzotyczne przymioty. Nie występują tu też typowe dla światów fantasy rasy – poza ludźmi, Gaeę zamieszkują humanoidy o zwierzęcych cechach, jak np. kocia Merle, oraz rzadko spotykane magiczne lub mistyczne istoty. Jak dla mnie, to bardzo oryginalne podejście do tematu, a jego wyjście poza stereotyp po raz kolejny świadczy o poważnym i przemyślanym zaangażowaniu scenarzystów. Co więcej, wejście w świat następuje błyskawicznie, bez żadnego ostrzeżenia, a jego kolejne sekrety odkrywa się automatycznie, w miarę rozwoju fabuły. Nie ma tu przestojów na chwilę zdziwienia działaniem tego czy tamtego, niczego się tu nie kwestionuje, a dzięki temu świat i jego funkcjonowanie można zaakceptować z defaultu, całkowicie się w niego zagłębiając. Szczerze mówiąc, ja zaczęłam się nad nim zastanawiać dopiero teraz, przy trzecim obejrzeniu, a nawet, jeśli włączyły mi się pytania, zazwyczaj sama dorabiałam sobie satysfakcjonujące odpowiedzi (choć częściej wcale nie było mi ich potrzeba).

Oczywiście, The Vision of Escaflowne nie jest pozbawione wad. Przede wszystkim chwalona przez mnie intryga pod koniec robi się nieco zbyt zagmatwana, a na domiar złego końcówka wydaje się strasznie pospieszona, i – choć wzruszająca i generalnie jedyna możliwa – nie do końca satysfakcjonująca. Zdarzają się też pojedyncze odcinki, które odbiegają od formy wartkiego tempa, i nie dość, że przesuwają akcję z dala od bohaterów, potrafią się w tym dłużyć. Chwilami na wierzch wychodzi również niedbałość techniczna (np. ginące obciążniki na płaszczu Escaflowne) oraz ogólna umowność pewnych scen (aczkolwiek to już pewnie wynik mojej niechęci wobec specyfiki anime). I choć końcówki do dziś nie mogę w pełni zaakceptować – mogę ją zrozumieć, ale ciężko mi ją zaakceptować – nie są to cechy, które w decydujący sposób wpływają na mój odbiór całości. The Vision of Escaflowne jest dla mnie na tyle świetnie napisaną i wykonaną historią, że niedociągnięcia to dla mnie jedynie drobiazgi.

vision-of-escaflowne-16

Na koniec pozostaje jedna kwestia – ta, która, jak przypuszczam, wpłynęła na słabszą popularność w Japonii: do jakiego odbiorcy The Vision of Escaflowne jest w zasadzie skierowane? Z jednej strony, to opowieść o nastolatce, która przeżywa przygody i miłości w magicznym świecie – idealnie nadawałaby się więc dla młodych dziewcząt. Z drugiej są wielkie roboty i spektakularne walki na miecze – motyw oddziałujący bardziej na chłopców. Z trzeciej dochodzi wojna, krew i wszechobecna śmierć – coś dla dojrzalszego widza. Na dodatek mamy trochę wątków politycznych i ciężkie tematy zdrady, rodziny i poświęcenia. Jeśli patrzeć na to wszystko osobno, żaden z tych wątków nie wysuwa się na czoło, wszystkie są ze sobą zgrabnie połączone i wzajemnie się przenikają. Szukające romantycznych uniesień dziewczęta szybko mogą się więc znudzić krwawymi potyczkami robotów, a spragnieni akcji chłopcy mogą mieć problemy z zaakceptowaniem żeńskiej postaci jako bohaterki. Dla mnie jest to jednak połączenie idealne, które potrafiło z wojennych dramatów zgrabnie wyciągnąć wątki osobiste, a w wątki osobiste wpleść coraz bardziej zaskakujące sploty i wydarzenia. Na moje oczarowanie wpływa też pewnie fakt, że lubię i wątki romantyczne, i pełną akcji nawalankę, a do tego dużą dawkę niesamowitych przygód przyprawionych dobrym fantasy. Jeśli więc czujecie w tym znajomy rezonans, gorąco polecam obejrzenie.

Bez polecenia się bowiem nie obejdzie. The Vision of Escaflowne ma już swoje lata (zostało wyemitowane w 1996 roku), ale do dziś broni się i scenariuszem, i wykonaniem. Dla mnie to wyjątkowa historia podana w wyjątkowy sposób, który pozwala mi nawet zapomnieć, że oglądam anime (albo inaczej: nieustannie mnie zadziwiać, że to anime właśnie oglądam). Gdybym swego czasu trafiła na więcej tytułów zrealizowanych w takim stylu, moja przygoda z anime na pewno przebiegłaby inaczej – ale tak czy inaczej, The Vision of Escaflowne nie przestanę się zachwycać.

The Vision of Escaflowne, Tenkū no Esukafurōne, 1996
Ilość odcinków: 26 (TV)
Obsada: Maaya Sakamoto, Tomokazu Seki, Shin-ichiro Miki, Jōji Nakata, Minami Takayama, Mayumi Iizuka, Ikue Ōtani
Muzyka: Yoko Kanno, Hajime Mizoguchi
Ocena: 9/10

  • Może wyjdę na dyletantkę, ale nigdy nie udało mi się obejrzeć Escaflowna do końca. Może mam zbyt ograniczony umysł, albo za małą wrażliwość, ale za każdym razem gdy brałam się za to anime to widziałam tylko… NOSY. Właściwie to nie neguję tego, że historia jest bardzo dobra, a bohaterowie prawdziwi tylko cholera co z tego skoro nie mogę ich słuchać ani razem z nimi przeżywać wydarzeń skoro jedyne na co zwracam uwagę to ten okropny KINIOL. W najbliższym czasie postaram się zabrać za Escaflowna jeszcze raz, zwłaszcza gdy go tak pięknie reklamujesz, ale naprawdę wątpię, żeby udało mi się przebić przez więcej niż dwa odcinki. Dla mnie to anime to jasny przykład, że jednak mimo wszystko treść to nie wszystko i trzeba ją jeszcze ubrać w strawną formę.

    • Przy pierwszym oglądaniu też mnie te nosy drażniły, ale szybko się wciągnęłam. Przy drugim i trzecim już ich praktycznie nie zauważałam ;)

      Ale spoko, doskonale rozumiem Twoje podejście, pisałam takim nim tydzień wcześniej ^^

  • Jeżeli chcesz oglądać anime nie-anime, to szczerze polecam Legend of the Galactic Heores. Seria leciwa, ciut długa, ale rewelacyjna (chociaż mocno nihilistyczna).

  • Obiema łakami podpisuję się pod polecanką. Vision of Escaflowne jest dla mnie genialne i jednocześnie wyznacznikiem dobrego anime.

    A co do nosów, to nie pamiętam, by mi robiły jakąkolwiek różnicę podczas oglądania. Dla mnie to po prostu styl rysowania i nawet fajniejszy od przeciętnego, bo się odróżnia.

  • Powiadasz? Ok, w takim razie to anime idzie u mnie jako pierwsze do ostrzału… znaczy obejrzenia :>

  • Co za layout bloga! Chcesz nam wypalić oczy, czy jak?

  • Ignis

    Po twoim poleceniu mam wielką ochotę obejrzeć to anime. Nie mogę jednak go znależć. W jaki sposób oglądałaś to anime ?