The Raven (2012): W pogoni za inspiracją

the-raven-f

O kryminale, w którym centralną postacią jest Edgar Allan Poe słyszałam już jakiś czas temu, ale ostatecznie nie doczekałam się go w polskich kinach. Po obejrzeniu stwierdzam, że to może nawet lepiej. The Raven nie spodoba się masowej widowni, ale miłośnicy klimatycznych, osnutych mgłą thrillerów na tle XIX-wiecznej metropolii. powinni być zadowoleni.

The Raven opowiada historię ostatnich dni życia Edgara Allana Poe, wykorzystując nieznane powody, dla których został znaleziony na ławce w stanie agonalnym, majacząc imię „Reynolds”. Szczyty popularności Poe’go (John Cusack) już minęły, a on sam zmaga się z brakiem zatrudnienia, inspiracji i widoków na przyszłość. Przed stoczeniem się na samo dno ratuje go tylko miłość do pięknej Emily Hamilton (Alice Eve), której ojciec jednak kategorycznie zabrania jakiegokolwiek kontaktu z byłym mistrzem pióra. Beznadziejna sytuacja zmienia się diametralnie, gdy do bohatera zgłasza się policja. W Baltimore zaczął bowiem grasować morderca, który popełnia makabryczne zbrodnie na wzór opowiadań Edgara. Poe łączy więc siły z detektywem Fieldsem (Luke Evans), bo tylko jego unikalna wiedza może doprowadzić zbrodniarza przed oblicze sprawiedliwości. Z kolei jego samego śledztwo doprowadzi do stworzenia dzieła zwieńczającego jego życie…

Bardzo się zdziwiłam, gdy po obejrzeniu The Raven zobaczyłam, jak kiepskie zebrał w większości recenzje. Na Rotten Tomatoes zaliczył 22%, na IMDB 6.4, na Filmwebie 6.8. Podobno największym zarzutem, jaki postawiają mu krytycy jest fakt, że pomimo dobrego wykonania, nie posiada głębi, żadnej metafizycznej prawdy zakopanej pomiędzy kadrami. Może to i prawda, ale prawda, która wcale nie oznacza, że nie można filmu obejrzeć z przyjemnością. Ja bawiłam się na nim naprawdę dobrze, bo rzeczywiście jest świetnie zrealizowany, a idealnie wyważone tempo trzyma w napięciu do samego końca, pomimo prawie dwugodzinnego seansu. Czy trzeba czegoś więcej? Czasami naprawdę nie.

Bohater nawiedzony.
Bohater nawiedzony.

Na początku warto powiedzieć, że The Raven powinien trafić w gusta przede wszystkim fanów prozy Poe’go. Kilka jego opowiadań oczywiście czytałam i mam z nich bardzo dobre wrażenia (szczególnie podobały mi się „Zabójstwo przy Rue Morgue” i „Tajemnica Marii Roget”), a ponieważ morderstwa w filmie są dokładnym odwzorowaniem literackiej wyobraźni autora, trudno nie uśmiechać się tym tajemniczym, porozumiewawczym uśmieszkiem, który dokładnie wie, o co chodzi. Już sam początek filmu otwiera się jedną z najbardziej znanych tajemnic, a dalej jest tylko lepiej – nawet dla osoby, która opowiadania te pamięta tylko mgliście. Dla mnie film był frajdą głównie ze względu właśnie na ten fakt, choć rzeczywiście wcale tych opowiadań dużo nie czytałam. Z kolei trudno powiedzieć mi coś do osób, które martwią się o gwałt na biografii Poe’go, ale z przelotnie przejrzanych komentarzy w necie wynika, że nie ma tu strasznej tragedii.

Zatem od początku, czyli klimat. Jeśli oglądaliście i lubicie Jeźdźca bez głowy czy Z piekła rodem, dwie „XIX-wieczne” produkcje z Johnnym Deppem w roli głównej, można bezpiecznie założyć, że będziecie z The Raven na dobrej stopie. Nie jest tak przerysowany jak ten pierwszy ani tak napięty jak ten drugi – można wręcz rzecz, że jest całkowicie poprawny i nie ryzykuje bawienia się formą – ale prowadzenie kryminalnego śledztwa w roku 1849, gdzie tunele przeszukuje się trzymając latarnie ze świecą, a zbrodniarza ściga bazując na bardzo cienkich faktach, bo brak laboratoriów przeszukujących odciski palców i badających ślady DNA, jest pociągające. Tego klimatu jest tu całe mnóstwo – przez scenerię osnutego w mroku miasta, wnętrz jarzących się od blasku świec czy pełnych detali strojów, po niebezpieczne pościgi w ciemności i tajemniczych jeźdźców w maskach. Lubię od czasu do czasu zagłębić się w takie dawne czasy i pozachwycać ówczesnymi trybami życia, choćby nawet kreatywnie podkolorowanymi. Makabryczne zbrodnie i zabawa w kotka i myszkę są w nich smakowicie atrakcyjne.

The Raven nie jest jednak filmem, przy którym człowiek może się przestraszyć, tudzież w ogóle odczuć jakiś specjalny niepokój. Jak pisałam, utrzymuje napięcie do samego końca, ale jest to zasługa raczej dobrego montażu, książkowych zagadek i ciekawego bohatera aniżeli atmosfery strachu. Ten aspekt akurat nie miał czym zaskakiwać – w zasadzie filmowi wręcz brakuje wprawy w zbudowaniu oczekiwanej niepewności i zagrożenia. Wszystko odbywa się w sposób ciekawy i wciągający, ale nie wzbudzający przesadnych wątpliwości. Morderca bawi się z bohaterem i widzimy efekt, jaki ma to na Poe’go, ale nie jest nam dane zagłębić się w profil przeciwnika, ani tym bardziej spróbować odgadnąć jego tożsamość. W efekcie rozwiązanie zagadki jest niezbyt satysfakcjonujące, choć z całą pewnością nie pozbawione emocji. The Raven nie jest oczywiście horrorem, nie jego zadaniem wywołać w widzach strach i przerażenie, ale jako thrillerowi brakuje mu odrobiny iskrzącej energii, która uczyniłaby go jeszcze bardziej intrygującym.

Mmm, stroje.
Mmm, stroje.

Pochwalę z kolei odtwórców głównych ról. John Cusack jako Poe, arogancki, nieokrzesany i wewnętrznie cierpiący, bardzo mi się w tej roli podobał, głównie przez wzgląd na jego opętany i zarazem pełen desperacji wzrok. Choć na pierwszy rzut oka ciężko polubić bohatera tak zadumanego w sobie, pięć minut patrzenia na  Edgara i The Raven już miał mnie w garści. Z drugiej strony Luke Evans jako dystyngowany i ułożony detektyw z pasją ma chyba wszystko, co potrzeba do rozkochania w sobie widzów. On nawet wygląda XIX-wiecznie, zwłaszcza jak mu się każe ubrać we frak i zaczesze loki do tyłu. Poe i Fields współpracują ze sobą niejako z przymusu, ale to nie przeszkadza im w nawiązaniu ciekawej relacji opartej na zaufaniu i zrozumieniu. Pamiętam, że nawet się zdziwiłam, jak świetnie potrafili się dogadać, zadając pewien kłam stereotypowi naburmuszonego detektywa zmuszonego pracować z cywilem, któremu wydaje się, że pozjadał wszystkie rozumy. Mała niespodzianka, a jak miło wpłynęła na odbiór całości.

Ostatecznie nie mam co ukrywać, The Raven autentycznie mi się podobał, nawet z tym swoim stosunkowo płaskim podejściem do intrygi. Dwie godziny minęły mi bardzo szybko, a co więcej, pozwoliły całkowicie odpocząć od wszystkiego, nie zmuszając mnie nawet przelotnie do przypominania sobie, co się wokół mnie dzieje i co mnie jeszcze czeka. Słowem – wciągnęłam się bez żadnego wysiłku. I tego życzę wszystkim.

The Raven, 2012
Reżyseria:  James McTeigue
Obsada: John Cusack, Luke Evans, Alice Eve, Brendan Gleeson, Kevin McNally
Ocena: 7/10

  • Przyniosłaś mi filmowe oświecenie: już wiem, co chcę obejrzeć w najbliższym czasie. :)

  • A ja sobie chyba obejrzę przy okazji. Ale nie odczuwam przymusu. :D

  • Ja przyznam szczerze, że troszkę zawiodłem się i na fabule, i na odtwórcy głównej roli, za to wielki plus za scenografię.
    Porównanie do „Z piekła rodem” trochę na wyrost, ale klimaty rzeczywiście bardzo podobne, mnie bardziej jednak kojarzył się atmosferą z serialem „Morderca z Whitechapel”
    Generalnie kawał dobrego kina, ale bez rewelacji :)

  • To mniej-więcej właśnie taki film – nie jest żadnym odkryciem, ale też nie traci się na nim czasu. Zgadzam się. I mam nadzieję, że się Wam spodoba, dziewczyny :)

  • Przepraszam, ale mam drastycznie odmienne zdanie na temat tego filmu. Nie wiem jak inaczej określić ten film jak nie „beznadziejny” i kradnący czas (w tym negatywnym sensie). Jeśli chodzi o grę aktorską to najlepiej zagrał kruk w trumnie kobiety i koń na przyjęciu, wypadli w swych rolach najbardziej przekonująco. Brzmi to bardzo ironicznie i złośliwie z mojej strony, ale właśnie takie odczucia pozostały we mnie po seansie, a sam film nie nadaje się nawet na zapychacz czasu i „gumę do żucia dla oczu”.
    Szczerze mówiąc to już znacznie bardziej podobał mi się „Lincoln – Łowca wampirów” z którego przynajmniej można było się pośmiać :)

    • Nie masz absolutnie za co przepraszać; to się doskonale rozumie, że każdy ma swoje filmowe upodobania ;)

      Zresztą ja nie ukrywam, że „The Raven” jest jakimś szczególnie udanym dziełem – ale czasem po prostu nie chce mi się na filmie myśleć i wystarczy mi w miarę zgrabna produkcja, żebym była zadowolona :)

    • W takich sytuacjach wolę zaserwować sobie kilka odcinków Futuramy albo Family Guy. Przynajmniej się pośmieję i nie będę miał poczucia zmarnowania dwóch godzin z życia :)
      A „The Raven” zgrabną produkcją też bym nie nazwał! :P

      Zmykam oglądać Futuramę ;)

    • Co za zawziętość ^^ Ale spoko, też lubię powściekać się na wyjątkowo idiotyczne produkcje. Niedługo się nad jedną popastwię ;)

    • Czasami tak mam ;)
      Aż wzbudziłaś moje zainteresowanie i wrodzona ciekawość już teraz chce wiedzieć cóż to za produkcja padnie ofiarą! :D