Oczekiwania, oczekiwania, takie kłopotliwe słowo. Z jednej strony nie da się przed nim uciec, bo pojawia się za każdym razem, gdy czegoś bardzo chcemy – z drugiej chciałoby się skręcić mu łeb za sam fakt, że mogą, ale nie muszą, przerodzić się w rozczarowania. Chciałabym być od tego silniejsza, ale oczekując na serialową ekranizację serii The Expanse, rączki zacierają mi się same…

Głupia sprawa, ale ostatnim razem, kiedy byłam pewna sukcesu nowego serialu, sparzyłam się okropnie i nawet nie ruszyła mnie wieść o jego skasowaniu (nie mówiąc o tym, że do tej pory nie obejrzałam wszystkich odcinków). Cóż mogę powiedzieć, za bardzo się rozmarzyłam, przedwcześnie się cieszyłam, epicko sfailowałam i zwyczajnie mnie poniosło. Sorry. Dlatego też tym razem mam nadzieję, że trafię odrobinę bliżej środka, bo tym razem cała rzecz ma oparcie w książkowej serii, w której właśnie całkowicie się zakochałam. Jak bowiem wiecie – albo właśnie Wam przypominam – Syfy zamówiła w kwietniu pełny 10-cio odcinkowy sezon serialu The Expanse, będącego ekranizacją hitowej spaceoperowej serii Jamesa S.A. Coreya o tym samym tytule. Przeczytawszy Przebudzenie Lewiatana, pierwszą część, na której bazować będzie owe 10 odcinków, mogę powiedzieć jedno: ten serial może mi skopać tyłek tak samo, jak podobno książka skopała go George’owi R.R. Martinowi.

Postanowiłam więc upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – bazując na zawartości książki, spróbować namalować obraz, jak może wyglądać serial, a przynajmniej jakich rzeczy można się po nim spodziewać. Nie powinnam wtedy dać za bardzo ponieść się fantazji, ale powinnam za to przekonać nieprzekonanych do książki, a tym samym zachęcić do serialu. Bo naprawdę, to faktycznie może być najciekawszy projekt Syfy od czasu Battlestar Galactiki.

Fabuła przedstawia się tak: dwieście lat w przyszłość, ludzkość skolonizowała Układ Słoneczny, rozprzestrzeniając się z Ziemi na Marsa, Pas Asteroid i okolice. Pewnego zwyczajnego dnia, drugi oficer pracujący na holowniku lodu dostarczającym wodę stacjom Pasa trafia na ślad intrygi, która zatrzęsie delikatną równowagą w znanym kosmosie. Gdzie indziej zaprawiony w boju detektyw dostaje zlecenie odnalezienia zaginionej córki wpływowego bogacza. Na drodze obu bohaterów staną tajemnice, za które ktoś gotów jest zabić. Rozpoczyna się największy w historii wyścig o losy ludzkości – gwarantując Przebudzeniu Lewiatana nominacje do Nagród Hugo oraz Locusa.

Zacznijmy od tego, że Syfy najwyraźniej bardzo na The Expanse zależy, bo prawa do ekranizacji wygrali w walce z innym producentem (którego nazwy niestety nigdzie nie podano). Włodarze stacji określają to jako „giant win„, a biorąc pod uwagę inne zamówione niedawno tytuły – wśród nich 12 Monkeys, Ascension czy Killjoys – jestem pełna wiary, że naprawdę chcą wrócić do prawdziwego sci-fi. Trochę mniej cieszą mnie za to nazwiska scenarzystów i zarazem producentów wykonawczych – Marka Fergusa i Hawka Ostby’ego – który ponoć pomagali w scenariuszu do Children of Men, ale wcale nie tak dużo, a do tego poprawiali Cowboys & Aliens. Z drugiej strony, są wymienieni jako główni scenarzyści pierwszego Irona Mana, zaś IMDb podaje, że biorą również udział w pisaniu nowej ekranizacji Tomb Raidera. Ogólnie: kciuki w górę, ale z pewną dozą ostrożności. Znacznie lepszą wiadomością jest jednak zapowiedź, że autorzy książek – James S.A. Corey to pseudonim artystyczny Daniela Abrahama and Ty’a Francka (asystent George’a R.R. Martina) – będą na pokładzie jako producenci. Pozwala to sądzić, że nie dadzą zepsuć sobie swojego dzieła, więc ogólnie rączki w górę i cieszmy się i radujmy. I nie, wcale nie zastanawiam się teraz nad tym, jak mała może być w rzeczywistości ich rola, bo za bardzo się cieszę i raduję.

Czy te podstawy brzmią zachęcająco? Bo czas na mięsko tego tekstu, czyli czego będzie można się po The Expanse spodziewać:

Space noir action horror: Powiedzieć, że The Expanse jest science fiction, to jak nazwać mangę komiksem (co – zabawne – robię nagminnie). Mieszanina gatunków przewijających się w tej serii jest ogromna, a ilość motywów, o jakie zahacza po drodze, zaskakująca. Tam, gdzie nie ma emocjonujących kosmicznych pościgów, przewijają się dynamiczne strzelaniny godne hollywoodzkich blockbusterów, śledztwu towarzyszą filozficzne rozmyślania nad istotą życia, a gdzieś pośrodku znajdują się zamknięte kosmiczne bazy, z których w te pędy należy uciekać. Tajemnice, odkrycia i ucieczki z rodzaju tych o włos są tu chlebem powszednim, a goniąca bohaterów intryga układa się we wciągającą siatkę powiązań, które odkrywa się z dużą dozą satysfakcji. A tego jest tu naprawdę dużo, dużo – dużo – okazji do śmiechu.

Oh Captain, my Captain: Jeśli kochacie zgrane załogi złożone z mniej lub więcej przypadkowych elementów, ale jednak rozumiejące się na poziomie jednego spojrzenia, to w załodze Jima Holdena poczujecie się jak w domu. Czytając ich narady, sprzeczki, pogawędki i interakcje czułam niemal czysty firefly’owy vibe, a na myśl straty któregoś z nich żołądek skręca mi się w ciasny węzeł. Załoga Przebudzenia Lewiatana to różnokolorowa, różnomyśląca i różnorodna rodzina, która po złożeniu niespodziewanie pasuje do siebie jak ulał. Nie wyobrażam sobie innych postaci na tych miejscach, a to mówi wiele, jak świetnie udało się autorom powołać je do życia. Zamorduję Syfy, jeśli skrewi casting, zamorduję. A to mówi wiele, jak bardzo ci bohaterowie wleźli mi pod skórę w zaledwie jednej książce.

Ship like this, be with you ’til the day you die: Jestem zwolennikiem twierdzenia, że statki, pojazdy, czy inne środki transportu, którymi dysponują bohaterowie są tak samo bohaterami jak oni. Nie wyobrażam sobie Firefly bez „Serenity” czy Nausikii bez jej wiernej lotni – to po prostu integralne elementy danej historii niemal z własną osobowością. W The Expanse mamy statek – naprawdę sprytną, zmyślną i pomyślaną maszynę, której nie sposób nie oddać serca już po pierwszym opisie. Nie mogę się doczekać zobaczyć na ekranie jego kilku pokładów, zawieszonych pomiędzy nimi drabin i ciasnych, acz funkcojonalnych przestrzeni – i oczywiście ekspresu do kawy – w których powinniśmy spędzić dużo, bardzo dużo czasu. Ale żeby było fajniej, cała seria zapełniona jest wojennymi kolosami i brzydkimi kilometrowymi transportowcami, na wyobrażenie których oczka same mi się świecą. Nie ma w science fiction nic lepszego niż brudne i brzydkie kosmiczne pudła.

It’s no moon, it’s a space station: Skolonizowany Układ Słoneczny jest w tej serii bardzo ciekawie skonstruowany, a przez „ciekawie” mam oczywiście na myśli świetnie. Uprzywilejowana Ziemia, buntowniczy Mars i walczący o niepodległość rozbity i niezorganizowany Pas tworzą skomplikowany polityczno-społeczny układ sił, wokół którego trzeba tańczyć niemal na palcach. Jednak w tym skolonizowanym kosmosie są rzeczy absolutnie wspaniałe: wydrążone w asteroidach ośrodki mieszkalno-rozrywkowe, orbitujące stacje kosmiczne, gigantyczne kosmiczne plantacje, tajne bazy naukowe. Czy wyobrażacie sobie, tak jak ja sobie wyobrażam, scenografie pełne futurystycznych, wizjonerskich, zużytych, wieloletnich lokacji? Na myśl przychodzą mi choćby generowane komputerowo tła z Battlestar Galatica: Blood & Chrome, olśniewające swoją ilością detali, i od razu robi mi się błogo jak w śnie.

And straight on ’til morning: Do rozstrzygnięcia pozostaje format serialu. Gdzieś w którymś z newsów przeczytałam coś o „odrobinie procedurala” i natychmiast, pamiętając porażkę Almost Human, zjeżyły mi się wszystkie włosy na ciele – ale potem przypomniałam sobie, że równie dobrze może to być odniesienie do natury zawodu Millera, czyli poszukującego zaginionej dziewczyny detektywa. Jakiekolwiek skupienie się na pojedynczych wątkach byłoby zresztą kompletnym marnowaniem 10-ciu odcinków, nie mówiąc o wciągającej, spójnej i emocjonującej historii, którą wysmarowali panowie autorzy. Gdzie indziej The Expanse opisuje się też jako kosmiczną Grę o tron – i wydaje się, że w takie porównanie Syfy będzie chciało celować (nic innego nie kojarzy mi się ze słowami „wielki, ambitny projekt”). W dziwny sposób jest więc dosyć spokojna, że jak fabuła już się zacznie, dobiegnie końca w jednej linii bez większych przystanków po drodze.

To co, zachęceni? Jeśli tak, to pamiętajcie, by nie czytać książki w wersji polskiej, bo po pierwsze jest bezsensownie wydana w dwóch częściach, po drugie ma podobno skopane tłumaczenie, a po trzecie nawet w nieskopanym tłumaczeniu „what the fuck„, w wielu występujących tu wersjach, nigdy nie będzie brzmieć tak samo.

  • rob

    sadząc po opisie to mamy tu tuziny nawiązań od starego captain future po Dead Space i multum powieści z l40-50 :)

    • Ziuta

      Oczywiście, nikt nie powinien oskarżać Coreya o oryginalność :) Ekspansja to klasyczne motywy zebrane w jednej fabule. I sumie dobrze tak :)

  • Zachęciłaś mnie!

  • To ja tylko powiem, że nie doczytałam ostatniego akapitu i czytałam po polsku :D Skończyłam właśnie pierwszą część, muszę znaleźć teraz drugą. ;-)