Terra Nova: Dinozaury sci-fi!

tn-sezon-1

[1×01] Słowa z powyższego tytułu idealnie odwzorowują stan mojego zainteresowania nowym serialem wyprodukowanym przez Stevena Spielberga. Na Terra Nova czekałam z niecierpliwością odkąd tylko doszły mnie pierwsze słuchy w Internecie. Uwielbiam Jurassic Park, z przyjemnością oglądam Zaginiony świat, ba, nawet do Parku Jurajskiego 3 chętnie wracam, choć bynajmniej nie z powodu aktorstwa, reżyserii czy logiki. W moim uwielbiającym przygodową konwencję móżdżku najbardziej liczą się dinozaury! A jeśli dodatkowo wbudowane są w otoczkę science-fiction, to już wiem, że jest to rzecz nie do przegapienia. I własnie taka jest.

Zacznę od tego, czego się po Terra Nova spodziewałam, wtedy stanie się jasne, dlaczego jestem tak pozytywnie nastawiona. Biorąc pod uwagę nazwisko Spielberga, spodziewałam się przede wszystkim filmowej konwencji – dużego rozmachu, podniesionego nastroju, wciągającej fabuły, dopracowanych efektów wizualno-specjalnych. Liczyłam na interesujących i charakterystycznych bohaterów, którym przyjemnie będzie towarzyszyć w kolejnych scenach. Miałam nadzieję na wartką akcję pokroju ucieczki przed tyranozaurem w Jurassic Parku czy pogoni raptorów w Zaginionym świecie. Oczekiwałam klasycznego, uwielbianego przeze mnie wątku kolonistów – próbami poradzenia sobie w nowym otoczeniu, w nowych warunkach, wśród nowych ludzi, nie mówiąc o nowym, zupełnie nieznanym środowisku i czyhających w nim niebezpieczeństwach. Wreszcie, nastawiałam się na aspekt sci-fi – zaawansowaną, acz realistyczną technologię, w którą jestem w stanie bez problemu uwierzyć. Co jednak najważniejsze – miałam świadomość, że nie będzie to dramat traktujący o aspektach filozofii życia, rozgrywająca się na wielu płaszczyznach opowieść o ludzkich słabościach, ani ciężka i przytłaczająca historia o zaglądaniu swojemu wewnętrznemu ja w oczy. Uzbrojona w powyższe oczekiwania, mogę więc z całą pewnością powiedzieć, że Terra Nova wpisała się w nie jeśli nie w całości, to na pewno w wystarczającej większości.

Zanim przejdę dalej, dodam też, że celowo unikałam wszelkiej maści spoilerów, nie oglądałam nawet większości publikowanych zdjęć promocyjnych i plakatów. W zasadzie na kilka dni przed premierą wiedziałam o serialu tylko tyle, że opowiada o ludziach, którzy tak zniszczyli Ziemię, iż jedynym ratunkiem na zachowanie gatunku było przeniesienie się 85 milionów lat wstecz i założenie kolonii w krainie dinozaurów. Poza faktem, że na głównych bohaterów składa się jakaś rodzina i że Stephen Lang gra przywódcę osady, nie kojarzyłam nawet imienia czy nazwiska żadnej z postaci. Wiedziałam wszystko, co potrzebowałam, by zasiąść do pilota. A zatem, zaczynając od początku:

Filmowa konwencja. Koncept serialu – podróż w czasie, by zrobić restart historii ludzkości – ma słowo „heroizm” wypisany wręcz na czole. To idealna podkładka pod pokazywanie bohaterskich czynów w obliczu nieznanego i podkreślania najprostszych, ale podstawowych wartości: więzi, przyjaźni, miłości, poświęcenia, nadziei. Skala jest tutaj duża i doskonale czuć ją w pilocie. Co prawda podniosła atmosfera tworzona jest czasem przez dość banalnie brzmiące wypowiedzi, ale wpisujące się w ramy przyjętej formuły. Co więcej, Terra Nova skierowana jest w dużej mierze do dość uniwersalnego widza, co widać chociażby po systemie oceniania TV-14, a co staje się ewidentne po obejrzeniu pierwszych kilkunastu minut. Nie ma co szukać tu przemocy, brutalności, lania się po twarzach, ani tym bardziej przekleństw czy golizny. Dojrzały widz, który nie ma tolerancji na tego typu ułagodzenia, może nie mieć tu czego szukać. Ludzie żyją ze sobą w zgodzie, panuje porządek, wszystko jest czyste, ładne, nowe; słowem: obraz idealnej utopii. Jak jednak głosi samo hasło promocyjne – there is no paradise without sacrifice. Bardzo ładnie zarysowane zostały wątki przyszłych konfliktów i niebezpieczeństw, zarówno takich, które dotyczą całej osady (dinozaury, buntownicy – ci ostatni byli dla mnie, nie znającej zarysów fabuły przed pilotem, miłą niespodzianką), jak i prywatnych. Na całe szczęście udało się uniknąć nieszczęsnego patosu religijnego, który tak denerwował mnie przy skądinąd świetnym Falling Skies. Terra Nova towarzyszy za to duch czającej się przygody, tajemnicy, zagrożenia, czegoś, co zniszczy ten obrazek machnięciem ręką. Zbudowano pod tym kątem niejeden wątek i bardzo ciekawi mnie ich rozwinięcie.

Tak naprawdę słowo „film” ma tutaj również inni wydźwięk. W trakcie oglądania pilota nie mogłam odpędzić się od wrażenia, że mógłby to równie dobrze być jednostrzałowy obraz kinowy. Bez jednej czy dwóch scen, fabuła tworzy praktycznie zamkniętą historię – tyle, że z garścią otwartych możliwości. Potencjału jest tutaj ogrom i najchętniej już obejrzałabym kolejne odcinki – byle się dowiedzieć, co będzie dalej. Ucieczki, zniknięcia, porwania, wyprawy, co się da. I choć trzeci odcinek pokazał, że będziemy mieć do czynienia raczej z utartymi schematami i uproszczonymi rozwiązaniami, oglądanie przygód bohaterów w takim, a nie innym środowisku bardzo mi odpowiada.

Oczywiście, jeszcze a propos filmowej konwencji, serial jest zrealizowany pod patronatem wysokiego budżetu. Jako, że jest to jednak produkcja telewizyjna, efekty, scenografia i plenery ujęte są w znacznie mniejszej skali. Największe nakłady finansowe poszły chyba wyraźnie w dinozaury. Choć do swych kuzynów z dużego ekranu trochę im brakowało, gady, jak na serial, przedstawiono bardzo realistycznie – świetnie się poruszały, pasowały do pleneru, lśniły im łuski, słowem nie czułam, że to puste komputerowe kwadraciki. Doświadczyłam za to lekkiego zgrzytu przy scenie dialogowej wyraźniej kręconej na tle niebieskiego ekranu. Zasadniczo w paru miejscach miałam wrażenie, że niektóre efekty komputerowe nie pasowały do nakręconej sceny. Coś nie do końca ze sobą współgrało, brakowało perfekcyjnej synchronizacji. Czyżby rzeczywiście najwięcej skupili się na gadach, strącając nieco niżej pozostałe aspekty? Z kolei sceny akcji cechowały się wartkością i precyzją, zwłaszcza nocne ujęcia atakujących dinozaurów – szybkie mignięcia, nie do końca wyraźne kształty, łby w rozbłyskach światła. Wraz z dynamicznym montażem tworzyły wyraźnie odczuwalne napięcie. Ostatecznie drobne niedociągnięcia nie przeszkadzały mi w odbiorze, bo oglądałam w końcu wiele seriali, gdzie kazano mi wierzyć w gumowe kostiumy i, umówmy się, umowne efekty. Nie mam problemu z wczuciem się w klimat, bo w końcu to koloniści sci-fi w krainie dinozaurów!

Przechodzę do bohaterów. Główne skrzypce gra tutaj Jim Shannon, skazaniec i uciekinier, który wbrew prawu dołącza do koloni. Jim jest oczywiście policjantem, w zasadzie byłym, ale dosyć szybko zyskującym nową policyjną fuchę. Piszę „oczywiście”, bo wątek nie tylko Jima, ale również pozostałych bohaterów są mocno przewidywalne. Zbuntowany syn mający żale do ojca i na przekór pakujący się w kłopoty – na pewno gdzieś już to widzieliśmy. Nastoletnią córkę przeżywającą swoje pierwsze zauroczenie też. Maddy jest szczęśliwie o tyle wyjątkowa, że zamiast niepokornej szesnastki mamy naukowego geeka, w dodatku uroczo opiekuńczego wobec swojej pięcioletniej siostrzyczki. Elizabeth, żona i lekarka, to kobieta całkowicie oddana swojej rodzinie, która marzy o nowym początku i odbudowie straconych lat bez męża. Jest najbardziej charakterystyczna, bez wątpienia ze względu na świetną grę Shelley Conn, ale mimo wszystko brakuje tu jakiejś głębi. Wszystkim postaciom brak jak na razie jakiejś wyróżniającej, indywidualnej cechy, która dodałaby im koloru (od razu przychodzą mi na myśl rewelacyjne postacie w Firefly, z których każda bez wyjątku odznaczała się własnym, prywatnym bzikiem). Mamy jeszcze Skye, osieroconą dziewczynę, która zaprzyjaźnia się z Joshem (oczywiście), Guzmana, głowę ochrony, który jeszcze niczym się nie wyróżnił, Mirę, twardą przywódczynię Szóstek (też pojawiła się na razie za krótko, by coś więcej powiedzieć), a także Nathaniela Taylora, bezsprzecznie najciekawszą i najfajniejszą postać w serialu.

Od razu zaznaczę, że kreacja Stephena Langa w Avatarze zrobiła na mnie wielkie wrażenie i czasami żałowałam, że jego bohater musiał być taki, a nie inny. Terra Nova spełnia to moje skrywane marzenie, podstawiając postać twardo stąpającego po gruncie, ale szlachetnego przywódcy. Taylor to wojskowy, więc nie bawi się w podchody – jest konkretny i w zasadzie całkiem prosty, ale fantastyczna gra Langa czyni go niezwykle charyzmatycznym. Facet jest chyba urodzony do takich ról (nawet w nowym Conanie sceny z nim mocno przykuwały uwagę). Może to przez to ten wolny, dokładny sposób mówienia, może przez łagodne, ale świdrujące spojrzenie, może pewny siebie sposób, w jakim się porusza – nie umiem sprecyzować – ale zwyczajnie nie mogę oderwać od niego wzroku. Ta postać już od samego początku przykuła moja uwagę, a sądząc po pilocie, w dalszych odcinkach można spodziewać się interesującego rozwoju wypadków.

Taylor jest zatem moim głównym ulubieńcem, bo mimo całej swej sympatyczności rodzina Shannonów wypada na razie dosyć blado. Pisałam wcześniej, że Terra Nova celuje w uniwersalnego odbiorcę i również bohaterowie doskonale to odzwierciedlają. To nie serial na skandale, intrygi i kłamstwa, ale na przyjemną, stosunkowo bezpieczną –  familijną – przygodę z normalnymi, bez problemu dającymi się lubić postaciami. Ok, może z wyjątkiem Josha. Irytujący, prawie wiecznie naburmuszony nastolatek to nie jest coś, co czyni ten serial lepszym.

Po bohaterach – wątek kolonistów. To jest właśnie to, na co najbardziej świeciły mi oczka. Uwielbiam przeżywać razem z postaciami rozterki związane z nowym otoczeniem i ludźmi, z którymi zostali w nim zamknięci. Idealnymi przykładami idealnych seriali są pod tym względem mój ukochany brytyjski Outcasts i wspaniały staruszek Earth 2. W obliczu nieznanego i niebezpiecznego, bohaterowie zdani są tylko na siebie i mimo dzielących ich różnic, antypatii, wrogości muszą nauczyć się ze sobą współpracować. To fantastyczne tło na konflikty, przyjaźnie, związki, nadzieje, nie mówiąc o odkryciach, tajemnicach, akcji, przygodzie. Terra Nova pokazała, że kwestie związane z zaufaniem, poleganiem na sobie i zmaganiami z nieznanym będą tutaj odgrywały ważną rolę (dodatkowo mamy jeszcze tajemnicę, która rozciągnie się pewnie na cały sezon, a oby i dłużej). W trzecim odcinku pojawił się również pierwszy konflikt na linii zaufania i współpracy. A co więcej? Mamy ciasną osadę, jasny łańcuch dowodzenia, ludzi świadomych swojego miejsca… i głównego bohatera, który od samego początku daje do zrozumienia, że czuje się nieco lepszy. Może nie jest w tym nachalny, może nie daje poznać tego wszystkim, może nawet pokornie przyjął, co zostało mu zaoferowane – ale coś czuję, że pomimo całego szacunku, jakim darzą się z Taylorem coś w pewnym momencie pójdzie nie tak i Jim będzie chciał postawić na swoim. Potem tylko patrzeć, jak spokojna enklawa w środku dżungli zaczyna kipieć od duszonych emocji.

Póki co, bohaterowie trzymają się raczej granic osady (z małymi i krótkimi wyjątkami), ale niedosyt związany z brakiem ekspedycji wynagrodził mi zwiastun kolejnego odcinka. Na początku trochę się dziwiłam, dlaczego żadnego z bohaterów nie rozpierała ekscytacja. Tętniący życiem świat aż się prosi, by odkrywać go garściami, a tymczasem nikt nie był przesadnie zainteresowany poznawaniem jego tajemnic – już, teraz, od razu. Rozumiem, że ci, którzy dotarli na Terra Novę we wcześniejszych pielgrzymkach zdołali oswoić się z nową rzeczywistością, jednak gdybym to ja opuściła kompletnie zdegradowany świat i dostała miejsce do życia na skrawku dzikiej natury, chyba bym szalała z radości. Ale, jak już pisałam – najchętniej już obejrzałabym cały serial ;)

I na koniec – technologia. Jak uwielbiam science-fiction, czasami mam problem z przełknięciem urządzeń czy przedmiotów, które świecą, mrugają, migają i rzucają się w oczy tylko po to, by podkreślać swoją „inność”, „przyszłościowość”. Często, zamiast nowocześnie, wyglądają groteskowo, a na dodatek ciężko się domyślić, do czego w ogóle miałyby służyć. Jestem za to zwolenniczką technologii o kilka stopni wyższej od teraźniejszej, która nie zatraciła wiele ze znanego nam charakteru. W Terra Nova doskonale wiadomo, co jest skanerem, co ekranem, co komunikatorem. Broń soniczna, poza tym, że jest fajna (nie boję się tego słowa), nie jest oklepaną technologią laserową. Pojazdy są funkcjonalne i wcale nie potrzeba im kosmicznego designu. Podoba mi się nawet sama budowa osady – otoczona bramą, w środku składa się w sumie ze zwykłych domków, które bardzo mocno kojarzą mi się z domkami letniskowymi na kempingach. Podkreślają przestrzeń, swobodę, wspólnotę. Co śmieszniej, centrum dowodzenia wcale nie jest masywną metalową budowlą, ale prawie że bambusowym domkiem na drzewie. Wspaniale uwydatnia to charakter tego miejsca i nawet sam koncept rozpoczęcia od nowa. Po co stawiać sztywne i kosztowne w eksploatacji budowle, kiedy można skorzystać z tego, co oferuje natura, nie zatruwając jej i nie niszcząc od samego (nowego) początku? Połączenie środowiska i technologii ogromnie mi się w Terra Nova podoba.

A dziury logiczne, naukowe, fabularne? Owszem, występują, zapewne o wiele więcej, niż zdołałam zauważyć, ale kompletnie nie mają dla mnie znaczenia. Są po prostu pewne seriale czy filmy, których klimat zwycięża wszelkie niedociągnięcia (za przykład podam uwielbiany przeze mnie Waterworld). Większe czy mniejsze dziury w spójności fabuły absolutnie nie przeszkadzają mi w odbiorze opowieści i nie wpływają na frajdę, jaką odczuwam z jej oglądania. Ot, taka właściwość.

Co zatem napisać w podsumowaniu, poza tym, że biorąc pod uwagę wszystkie za i przeciw, Terra Nova ma trzy rzeczy, których nie przebije żaden mankament? Ma dinozaury, ma science-fiction i ma klimat. Pewnych rzeczy mogłabym chcieć trochę więcej, pewnych rzeczy trochę mniej, pewnych może trochę inaczej, ale koniec końców to właśnie klimat i konwencja sprawiają, że nie mogę doczekać się kolejnych odcinków. Niniejszym polecam Terra Nova wszystkim, którzy mają do seriali trochę dystansu i chcą najzwyczajniej w świecie przyglądać się niecodziennej, epickiej przygodzie.

  • Anonymous

    Obejrzałem właśnie 3 odcinek i powiem tak. Jeśli nadal cała akcja będzie działa się off-screen to nie przyciągnie mnie ten serial na długo. Po prostu nie bardzo miałoby mnie co trzemac.

    Kogi