Terminator: Kroniki Sary Connor powinien być lepszym serialem

tscc-01

Czytając w internecie jednogłośne lamenty w związku z niesprawiedliwym skasowaniem Kronik Sary Connor można dojść do wniosku, że to serial wybitny, a przynajmniej wybitnie w sercach widzów zagnieżdżony. Przystępując do zmierzenia się z jego legendą bardziej niż obejrzeć serial chciałam przede wszystkim zrozumieć, skąd się to uwielbienie wzięło. Niestety, poległam prawie na całej linii.

Jakiś czasu temu Zwierz napisał wnikliwy tekst o tym, dlaczego niektórym produkcjom powinniśmy dać szansę bez względu na to, jak bardzo nie cierpimy danego aktora/reżysera/konwencji, etc. Po jego przeczytaniu poczułam się bardzo skruszona (w sensie zmotywowana), więc czym prędzej postanowiłam przysiąść do serialu, którego przez wzgląd na aktorkę niemal przysięgłam sobie nigdy nie tknąć. Niektórzy z Was pewnie wiedzą o mojej chronicznej, niegasnącej i niczym nie usprawiedliwionej niechęci do Leny Headey, więc jeśli powiem, że musiałam do Kronik Sary Connor naprawdę zagryźć zęby, to wierzcie, bolało. Z drugiej strony, nie będę ukrywać, gdzieś podświadomie chciałam też dostać powód, który mógłby mnie do Leny Headey ostatecznie przekonać – bo może to ja byłam głupia nie mogąc patrzeć na jej wiecznie skwaszoną minę, słuchać jej wiecznie zbolałego głosu i tolerować jej wiecznego braku emocji? Na całe szczęście dla mnie okazało się, że wciąż mogę w pełni na swoich zmysłach polegać, bo tylko one mnie przy Kronikach nie zawiodły – przeciwnie do Leny Headey. Jednak ku mojemu wielkiemu zdumieniu, na drewnianą kreację aktorki byłabym jeszcze skłonna przymknąć oko, nie pozwalając jej zepsuć mi całościowych wrażeń, gdyby serialowego Terminatora nie pogrzebał przy okazji scenariusz, fabularny bałagan i wszechobecna, naciągana nuda.

Historia ta, jak to zwykle bywa, zaczęła się obiecująco. Pilotowy odcinek miał świetny pomysł na osadzenie kontekstu wokół nadmiernej paranoi Sary i jej duszącej, ale koniecznej kontroli nad Johnem. Oto jest więc rok 1999. Bohaterowie wiodą pozornie normalne życie pod dachem narzeczonego Sary, kiedy nagły i nadmiernie rzeczywisty koszmar zmusza kobietę do zarządzenia natychmiastowego – i kolejnego – zniknięcie. John, który wreszcie odnalazł w swoim młodym życiu cząstkę stabilności, nie jest z takiego obrotu spraw zadowolony, ale wpojona mu od dziecka zasada o bezpieczeństwie zapuściła zbyt głębokie korzenie. Umykają do podrzędnego miasteczka w Nowym Meksyku, gdzie John poznaje w szkole fascynującą dziewczynę o imieniu Cameron. Ta właśnie dziewczyna parę chwil później uratuje mu życie, pomagając w ucieczce przed kolejnym morderczym cyborgiem – okaże się też Terminatorem przeprogramowanym przez Johna z przyszłości, który wysłał ją w czasie z misją ochraniania swojego młodszego odpowiednika. We trójkę, staną przed wyborem: uciekać, żyć w strachu i nigdy nie wiedzieć, co przyniesie kolejny dzień, czy chwycić byka za rogi i powstrzymać Skynet zanim się w ogóle narodzi? Wybór wydaje się oczywisty. Tak lądują w roku 2007, ale to wcale nie oznacza, że przeszłość przestanie się za nimi ciągnąć. Nie, kiedy pewien nieustępliwy agent FBI nie natrafi na ponowny trop sprawy, która przez osiem lat pozostała bez rozwiązania.

tscc-03

Rozpoczyna się więc serial, a wraz z nim misja wytropienia przyszłych twórców Skynetu, unikania przedstawicieli prawa, uciekania przed nieustępliwymi Terminatorami i próbami zniszczenia nieistniejącego zła, by zapobiec tragicznej wersji przyszłości, z Dniem Sądu na czele. To wszystko brzmi naprawdę ciekawie, tym bardziej, że w grę wchodzą jeszcze napięte relacje pomiędzy matką, która powoli traci kontrolę nad dorastającym synem, synem, którego rosnąca fascynacja kobietą-cyborgiem niepokoi matkę, i cyborgiem, który, niewrażliwy na ludzkie emocje, stara się tylko (i aż) wypełnić misję. Bohaterom przy okazji depcze po piętach agent FBI, któremu na własną rękę udaje się rozgryzać tajemnice kuloodpornych robotów i ich powiązań z Sarą, znaną terrorystką. A gdyby tego było mało, dodatkowym pionkiem w grze staje się były narzeczony bohaterki, którego osiem lat temu bez słowa porzuciła. Słowem, dużo skomplikowanych powiązań, ciekawych wątków i niegłupich pomysłów, wszystko zgrabnie wpasowane pomiędzy kanoniczne wydarzenia z filmów (Sarze udaje się np. przeskoczyć raka, na którego umarła przed wydarzeniami z Terminatora 3, ale świadomość ewentualności rozwinięcia się choroby w późniejszym czasie nie przestaje jej nękać) i okraszone dobrymi efektami wizualnymi i specjalnymi. Więc w czym tu problem, skoro pilot mi się podobał, Lena Headey okazała się do przejścia, a całość prezentowała niemały potencjał? Problem w tym, że po pilocie nastąpiło jeszcze osiem odcinków 1. sezonu i całe dwadzieścia dwa sezonu 2., w trakcie których Kroniki posypały się jak domek z kart.

Ok, dobra, 1. sezon nie był zły – z całych dwóch, 1. sezon był zdecydowanie bardziej spójny, logiczny i klimatyczny, ale to tylko pod warunkiem, jeśli przymknie się oko na całą masę mniejszych i większych głupot, których potem aż przestało mi się chcieć zliczać. Dla przykładu, telefon komórkowy rozbija się w drobny mak po upadku z wysokości pół metra (w drobny mak), z nagrań na kasecie video można robić powiększenia, a konkretnego Terminatora da się rozpoznać po kształcie jego endoszkieletu (czyli co, Skynet produkuje każdego cyborga osobno, żeby każdy miał unikalne parametry?). Bohaterowie są też widoczni/niewidoczni w zależności od widzimisię scenarzystów, bo inaczej połowa ich ściśle sekretnych misji skończyłaby się natychmiastowym wykryciem (zresztą bzdur tego typu jest znacznie więcej). Dodać do tego mało odczuwalną chemię, która z tak świetnych zapowiedzi w pilocie stała się papierowym obowiązkiem aktorów, oraz naprawdę kiepską kreację tytułowej bohaterki, która z charyzmatycznej liderki stała się jęczącym nieszczęściem potrafiącym głównie cierpiętniczo zmarszczyć brwi, i wychodzi osiem odcinków, które przez cały czas zapowiadają się ciekawie, ale do końca nie potrafią wywiązać się z obietnic – choć wyraźnie by sobie tego życzyły.

Można powiedzieć dalej: dobra, taka konwencja. Przebrnęłam więc przez 1. sezon nawet bez większych zgrzytów, zdecydowanie ciekawa, co nowego przyniesie kolejny, bo przecież na pewno wniesie jakieś nowości. Okazało się, że i owszem – i to tak dużo, że na początku aż nie wiedziałam, co się na ekranie dzieje. Przede wszystkim zmiany przeszła formuła. O ile pierwsze dziewięć odcinków kręciło się wokół dmuchania na zimne, uciekania przed niezmordowanym Terminatorem i unikania kłopotów, tak kolejne zagnieździły się w przytulnym domostwie, w którym bohaterowie jednocześnie próbują minglować się z otoczeniem, wyruszać na najróżniejsze misje i usiłować żyć ze sobą we względnej zgodzie. John poznaje dziewczynę, tym razem prawdziwą, dzięki której ponownie odnajduje iluzję normalności, nieustępliwy agent FBI zmienia pracę, zatrudniony u tajemniczej kobiety stojącej na czele tajemniczej korporacji, a Sarah w zasadzie pląta się od jednego wątku do drugiego, podążając tropami, z których nic nie wynika i wkurzając wszystkich swoją obsesją. Niezmordowany Terminator musiał w końcu przestać gonić za Connorami, bo jakby ich dogonił, scenarzyści nie mieliby czego pisać dalej, więc i on dostaje w końcu nową fuchę. W pobliżu kręci się również Derek, starszy brak Kyle’a, czyli wujek Johna, który ogólnie byłby najfajniejszą postacią w całym serialu (w dodatku graną przez Briana Austina Greena), gdyby pełnił w nim nieco większą rolę. Cała gromadka albo coś robi, albo nic nie robi, albo coś im się przydarza, ale jakoś nigdy na tyle angażująco, żebym oglądała ich z nosem przyklejonym do monitora.

tscc-02

I w tym właśnie cały problem. Terminator: Kroniki Sary Connor cierpi na wiele przypadłości, ale jedna jest wśród nich naprawdę poważna. Brak mu wyraźnego celu. Filmy nie miały tego problemu – jeden Terminator = jedna ucieczka i wszystko po drodze – ale rozbudowana konstrukcja, na jaką pozwalają łamy serialu, jest dla tego konceptu zgubna. W 1. sezonie łatwo się nabrać, że chodzi o powstrzymanie Skynetu, ale im dalej w las, tym szybciej się skapnąć, że prowadzi to tylko w kozi róg, bo ile razy można powstrzymywać Skynet i co, gdy już się go powstrzyma? Biorąc pod uwagę ciągłą formę fabuły, format „Skynetu tygodnia” odpadał z zasady, więc coś musiało się dziać w międzyczasie. Niestety, scenarzyści na to „w międzyczasie” wybrali sobie pomysły średnio trafione, i to znów z kilku powodów. Po pierwsze, wątek główny okazuje się zlepkiem mniej lub bardziej powiązanych ze sobą elementów, które po jakiś trzech odcinkach przeskakują na inny kwiatek i takim zigzakiem fabuła prowadzi sobie do konkluzji, której w trakcie oglądania w żaden sposób nie można sobie wyobrazić. Po drugie, wątek „życiowy” zakłada dalszy konflikt na linii matka-syn-cyborg, ale dodając osobę czwartą, która przez większość sezonu wydaje się wciągnięta na siłę. Po trzecie, wątek poboczny śledzący poczynania byłego agenta FBI rozgrywa się niemal zupełnie w odcięciu od głównych postaci, przez co ciężko się wciągnąć, nie widząc wyraźnych związków. A po czwarte, trafiają się tu odcinki jednorazowe, które do ustalonych aktualnie wydarzeń mają się jak pięść do nosa (choć, paradoksalnie, same w sobie są niejednokrotnie znacznie ciekawsze). Tak poszlachtowane wątki co chwila wybijały mnie z rytmu i do samego końca nie dawały wyraźnego sygnału, do czego zmierzają. A to nie jest najlepszy sposób na przyciągnięcie uwagi widza.

Ale to nie wszystko. Poza fabułą, Kroniki nie za bardzo też wiedzą, co chcą zrobić ze swoimi bohaterami. W efekcie mamy takiego Johna, który z buntowniczego, lekkomyślnego nastolatka zmienia się w odpowiedzialnego obrońcę, zdecydowanego bojownika czy też niewzruszonego śledczego, w międzyczasie próbując jeszcze borykać się z młodzieńczymi fascynacjami i problemami przedwczesnego dorastania. Były więc momenty, kiedy jego poczynania oglądało mi się z prawdziwym zaciekawieniem – wręcz z uznaniem – były też takie, przy których praktycznie zasypiałam. Koniec końców wyszła z niego postać nijaka, w której cały czas drzemie ten obiecany przywódczy potencjał, ale cały czas bez charyzmy, która kazałaby w niego bezgranicznie wierzyć.

Dalej, Kroniki Sary Connor jest też serialem, w którym nazwisko aktora w głównej obsadzie nie gwarantuje jego/jej postaci czasu ekranowego, a to coś, co w serialach niezmiernie mnie wkurza. Zdarzają się odcinki, w których o niektórych bohaterach można aż zapomnieć, bo tak długo nie jest nam dane spojrzeć na ich facjaty. Dla mnie to wyraźny sygnał, że scenarzyści przeliczyli się ze swoimi pomysłami i nie mają pojęcia, jak w danej chwili daną postać wykorzystać – a to jest po prostu niedbałość. Okropnie przeszkadzało mi to w zaczepieniu się w historię – jak już jakaś się rozwinęła – bo moja uwaga ciągle odwracała się do nieobecnych. Nie wiem, może naoglądałam się już za dużo seriali i błędy scenarzystów zaczynają mnie wyraźnie drażnić, ale dla mnie bohater to świętość – jak jest, to nie po to, żeby był, tylko po to, żeby coś się z nim działo.

tscc-05

Natomiast tego, co myślę o postaci Sary wolę już w ogóle nie spisywać, bo aż mi brak kulturalnych słów. Cały potencjał, jaki własnym potem tchnęła w tę postać Linda Hamilton został bezlitośnie zamordowany przez bezbarwną kreację Leny Headey, która grała, jakby jej się po prostu nie chciało (choć śmiem akurat twierdzić, że nie grała w ogóle, bo zwyczajnie nie umie). Jednak jak pisałam, ja bym ją naprawdę zniosła, naprawdę przymknęłabym na nią oko i nie przejmowała się faktem, że każda scena z jej udziałem ciągnęła ten serial na dno, gdyby chociaż było w nim naprawdę co oglądać. Tymczasem pozbawiona celu fabuła, nieciekawe wątki poboczne, wciskane na siłę dialogi, gołym okiem zawodząca logika i tandetna tendencja do spowalniania tempa dla podkreślenia najbardziej dramatycznych wydarzeń, razem wzięte, po prostu mnie zmęczyły. Koniec końców nie potrafię dostrzec, skąd wziął się fenomen tego serialu, mogę tylko próbować się domyślać, że ma to jakiś związek z ekspansją kultowego materiału źródłowego, który Kroniki w 2. sezonie przy okazji praktycznie zarżnęły. Jestem, w każdym razie, otwarta na wyjaśnienia.

W tym momencie wydaje się, że leżącego skopałam już wystarczająco mocno, więc na koniec jeden pozytywny akcent: Summer Glau. Nie wiem, czy Wy też tak macie, ale ja od czasu Firefly Summer Glau uwielbiam na dobre i na złe, więc po części chciałam serialowego Terminatora obejrzeć właśnie dla niej – tym bardziej, że doszły mnie słuchy, że jej Cameron jest bohaterką intrygującą i wielowarstwową, a rola Glau wyraźna i niebanalna. Spieszę donieść, że w jej przypadku akurat faktycznie tak jest. Bez względu na to, czy ma to sens, czy nie – a prędzej nie ma niż ma – informacje, które na temat Cameron dochodzą w trakcie serialu malują obraz skomplikowanej bohaterki, którą niełatwo rozgryźć, a jeszcze trudniej zaufać. Potulny T-800 to przy niej otwarta księga, którą czytało się już milion razy – z Cameron nigdy nic nie wiadomo. Jest to jedna z ciekawszych rzeczy, jakie się serialowi udały i które pozwoliły mi dotrwać do tego nieszczęsnego, równie legendarnego końca.

Bo żeby nie było, Kroniki mają swoje momenty, i to całkiem niemało i całkiem satysfakcjonujących. Niestety, nagromadzenie głupot, nudy i zmarnowanego potencjału było dla mnie zbyt ogromne, bym mogła czerpać z niego prawdziwą przyjemność. Mówiąc brutalnie, akurat tej decyzji o skasowaniu wcale się nie dziwię. Terminator: Kroniki Sary Connor nie jest nawet w połowie tak dobry, jak twierdzi internet, i cieszę się, że już to wiem.

A jeśli chcecie przeczytać o tym serialu coś pozytywnego, to zerknijcie na recenzję, jaką po 1. sezonie napisał Kronikom Seji.