Tekken: Blood Vengeance: Zemsta bez litości

tekken-blood-vengeance-f

Tekken: Blood Vengeance to prezent-niespodzianka. Ten pełnometrażowy film stworzony przez Japończyków w odpowiedzi na odzew fanów – wbrew pozorom nie po to, żeby zatrzeć fatalne wrażenia po hollywoodzkim blockbusterze – to zaskakująco dobry pokaz wszystkiego, za co można kochać serię, ale także całkiem niezła produkcja sama w sobie. Pozycja obowiązkowa dla wielbicieli Tekkena.

Nie wszyscy o tym wiedzą, ale wielbicielką Tekkena jestem. Końcowe lata ubiegłego stulecia (jak to dumnie brzmi) spędziłam przy pożyczanym od brata, który pożyczał od kolegi (!) starym poczciwym szaraczku, na którym bez opamiętania tłukłam w Tekkena 3 (naprzemiennie z Resident Evil 2 i Soul Reaverem). Tekken 3 to była gra mojego dzieciństwa. Intro znałam na pamięć, potrafiłam bić się z bratem o pada, na jednym konwencie mangowym przez pół jednego dnia nikt nie mógł mnie pokonać (pół jednego dnia to bardzo dużo), i nawet na wakacjach we Włoszech co robiłam? Grałam w Tekkena 3 na automatach. Pierwszy raz, jak w ogóle dowiedziałam się, że jest coś takiego jak forum internetowe, było to amerykańskie forum o Tekkenie. Do tego miałam jeszcze tony fanartów, a codziennie zaraz na początku dnia właziłam na fanfiction.net i zaczytywałam się na śmierć. Potem pisałam nawet własne fanfiki, ale o tym to już naprawdę mało kto wie. Tak, to było moje pierwsze fanowanie ever. Dziś ta miłość nie jest już tak silna, ale łezka kręci mi się w oku na wspomnienie tych pięknych czasów. Ale co najważniejsze, historia Tekkena wciąż jest mi bliska, a dalsze losy bohaterów śledzę w Internecie.

O Tekken: Blood Vengeance dowiedziałam się za pośrednictwem Facebooka i  zaciekawiłam się nim momentalnie – nie bez względu na fakt, że główną bohaterką filmu jest moja ulubiona tekkenowa postać w ogóle, Ling Xiaoyu. Mimo wszystko przez dłuższy czas podchodziłam do tego filmu jak do jeża, bo mam za sobą już dwie komputerowe pełnometrażówki na podstawie gier – Resident Evil: DegenerationFinal Fantasy VII: Advent Children – i jeden zmęczył mnie bardziej tylko od drugiego. Bałam się, że tu będzie podobnie, a na dobrej realizacji ekranowego Tekkena zależało mi już mocniej. W pewnym momencie wzięłam się jednak w garść i muszę powiedzieć jedno: do trzech razy sztuka. Przy Tekken: Blood Vengeance spędziłam jeden z najfajniejszych wieczorów w całym ostatnim miesiącu, bawiąc się po ciężkim dniu do upadłego. Rozrywka rewelacyjna, słowo daję.

Phoenix Stance!
Phoenix Stance!

Fabuła jest generalnie mało skomplikowana, ale przy wszystkich swoich dziurach zaskakująco zgrabnie poprowadzona. Akcja dzieje się pomiędzy piątą a szóstą częścią serii, kiedy na czele Mishima Zaibatsu stoi Jin, rywalizującą G Corporation prowadzi Kazuya, a Heihachi od dwóch lat uznawany jest za martwego. Ling Xiaoyu, uczennica Politechniki Mishima, zostaje zwerbowana przez pracującą dla G Corporation Annę Williams z zadaniem zdobycia informacji na temat Shina Kamiyi – z pozoru przeciętnego młodzieńca. W trakcie śledztwa zaprzyjaźnia się z Alisą Bosconovitch, która okazuje się cyborgiem wysłanym z dokładnie tym samym zadaniem, tylko przez pracującą dla Mishima Zaibatsu Ninę Williams. Siostry, nienawidzące się jak zawsze, nastawiają bohaterki przeciwko sobie, ale dzięki nawiązanej więzi dziewczyny unikają tragedii i postanawiają dowiedzieć, do czego tak właściwie zostały wykorzystane. Wszystko jest oczywiście pretekstem do tego, by w finałowym starciu można było zobaczyć naparzających się członków patologicznej rodziny Mishima, ale świadomość ta kompletnie nie przeszkadza w pozytywnym odbiorze całości. Jest aż tak fajnie.

Jednak zanim przejdę do opisywania, czemu jest tak fajnie, wypada powiedzieć parę słów ostrzeżenia. By w pełni docenić Tekken: Blood Vengeance, trzeba bowiem wziąć poprawki na kilka podstawowych faktów. Przede wszystkim jest to film stworzony przez Japończyków, przez co jak najbardziej trzeba spodziewać się elementów typowych dla anime. Xiaoyu jeżdżąca na Pandzie to oczywiście tekkenowy standard, który nikogo nie powinien dziwić, ale bieganie w tempie trzy razy szybszym od normalnego i tumany kurzu ciągnące się po betonie już od standardu mogą odstępować. Takich scen jest na szczęście bardzo mało, ale piszę o nich dla zasady. Co więcej, zgodnie z brakiem poszanowania praw fizyki, postacie spadają z dachów i są tylko lekko poturbowane, przelatują przez ściany i ocierają się z pyłu, albo odbijają się poziomo od drzew i lecą pięć metrów przed siebie. To norma. Najgorsza do przełknięcia może być jednak cukierkowa mentalność, głównie w wykonaniu Alisy, oraz generalnie słodki humor tak często w anime widziany. Z drugiej strony powiem jednak, że nawet mnie, osobie w dużej mierze na anime uczulonej, nie przeszkadzało to ani na jotę. Bez problemu zawiesiłam wszystkie swoje zgrzyty i obejrzałam Tekken: Blood Vengeance w kompletnym, radosnym i odmóżdżającym oderwaniu od rzeczywistości. Wszystkim radzę to samo, a może zostaniecie tak samo jak ja zaskoczeni.

Na siostry Williams zawsze można liczyć, że skoczą sobie do gardeł.
Na siostry Williams zawsze można liczyć, że skoczą sobie do gardeł.

Przechodząc do sedna, są w tym filmie dwie podstawowe rzeczy, które w nim grają. Pierwszą z nich jest płynność fabuły. Naprawdę, sceny płyną jedna do drugiej z lekkością jachtu na wietrze, przez co całość – nawet tę prostą i schematyczną – ogląda się gładko i naturalnie. W pierwszych pięciu minutach byłam jeszcze sceptyczna, ale później musiałam się poddać – wciągnęłam się na całego. Co więcej, film utrzymuje świetne tempo i wbrew temu, co można się spodziewać, wcale nie prowadzi bohaterów od walki do walki. Przeciwnie, faktycznych potyczek jest tu może trzy, łącznie z finałową, a w zamian dostajemy naprawdę ciekawie poprowadzoną relację pomiędzy bohaterkami. Xiaoyu, jako ta bardziej ludzka, uczy Alisę bycia człowiekiem, ale to Alisa ostatecznie pokazuje Xiaoyu siłę prawdziwego człowieczeństwa. Są tu chwile przestojów na poruszenie głębszych, bardziej zastanawiających tematów i budowania charakterów głównych bohaterek, a ja ogromnie to w filmach cenię. Niestety, tyczy się to tylko obu dziewczyn – pozostałe postacie nie mogą liczyć na taką uwagę, choć słuchanie słownych złośliwości między Niną a Anną jest bez wątpienia satysfakcjonujące. Ogólnie, za sposób prowadzenia fabuły duży, duży plus.

Druga działająca rzecz to osoba głównej bohaterki. Nie wiem, jak u Was, ale w moim środowisku Xiaoyu nigdy nie była brana na poważnie – przynajmniej jeśli chodzi o usposobienie, bo dla jej umiejętności na pewno każdy nią grał (nie uwierzę, że nie). W grach przedstawiana jako beztroska i dziecinna animka, w Tekken: Blood Vengeance ma charakter, sporo oleju w głowie i żelazną wolę. Nie jest oczywiście pozbawiona swojego naiwnego uroku, inaczej nie byłaby Xiaoyu, ale jest on znacznie stonowany i dojrzalszy. Widać to zwłaszcza w kontraście do Alisy, gdzie to ona jest teraz dojrzewającym dzieckiem. Ta nowa Xiaoyu pyskuje nauczycielom, godzi się na kłamstewka, by nie krzywdzić innych, potrafi spojrzeć prawdzie w oczy i przede wszystkim postawić się całemu złu, jakie staje naprzeciwko niej. Jest silna, jest wrażliwa, jest autentyczna – wszystko w dokładnie takiej proporcji, że śledzenie wydarzeń z jej perspektywy  pozwala się z tą historią naprawdę związać. Dzięki niej Xiaoyu stała się jeszcze bardziej moją ulubioną tekkenową postacią (i może połowa populacji fanów zrozumie wreszcie, że „Ling” to ona ma nazwisko).

Ach, Jin, need I say more?
Ach, Jin, need I say more?

Z innych zalet, Tekken: Blood Vengeance charakteryzuje się żywymi dialogami, wiecznym ruchem, świetnym montażem, a możliwości, jakie pod względem prowadzenia kamery daje animacja komputerowa są tu wykorzystane na całego. Sama animacja w zasadzie przerosła moje oczekiwania, a choć nie jest to poziom Avatara, motion capture wyszedł fantastycznie, a jakość detali, jak na taki film, powala. Zresztą co ja piszę, „jak na taki” – był przeznaczony do japońskich i amerykańskich kin, więc technicznie nie mógł zawieść. Ogromne wrażenie wywarł na mnie również dźwięk – choć może to dziwne zwracać uwagę na odgłosy butów na dywanie, zamykanych drzwi czy wciskanych na komputerze klawiszy, to i tak nie mogłam wyjść z podziwu. Na osobną uwagę zasługuje także voice acting. Oglądałam w wersji amerykańskiej i choć miałam obawy, czy ekipa zza oceanu podobała zadaniu, muszę przyznać, że jak dla mnie podoła. Momentami, wiadomo, nie wszystko brzmi idealnie, ale przez zdecydowaną większość filmu postacie mówią z życiem i odpowiednim charakterem. Dobra rzecz, trzyma poziom.

A ponieważ film to oczywiście Tekken, nie mogło zabraknąć tego, co w Tekkenach najlepsze, czyli znanych z konsolowych ekranów stylów walki. Jaką ja miałam frajdę oglądając w filmie te same ruchy, ciosy i kopniaki, które Xiaoyu wykorzystuje w grach! Wierzcie mi, piszczałam z radochy (bo oczywiście łatwo zgadnąć, kim się tak strasznie zagrywałam). Siostry Williams – jedna w sukience, druga w lateksowym kostiumie, obie na obcasach – podchodzące się nawzajem podobnymi chwytami to prawdziwie nostalgiczne otwarcie filmu. W pewnym momencie pojawia się nawet charakterystyczny rozprysk energii przy ciosie pięścią! Bardzo dużo jest walczącej Alisy, ale niestety jest to postać kompletnie mi obca, bo w Tekkena 6 już nie miałam przyjemności zagrać, choć wierzę, że gracze bez problemu dostrzegą nawiązania. Walki są ponadto świetnie wykreowane, świetnie zmontowane, szybkie, długie, elektryzujące i efekciarskie. Dla fanów będzie to radocha na całego, wszystkim innym powinna spodobać się sama w sobie.

Słodko jest, ale jakoś tak fajnie.
Słodko jest, ale jakoś tak fajnie.

Zawiodą się jednak ci, którzy będą oczekiwać pojawienia się plejady tekkenowych postaci. Występuje ich tu naprawdę niewiele – poza już wymienionymi mamy tylko Lee Chaolana (służącego w zasadzie wyłącznie za comic relief), krótkie spotkanie z Ganryu, oczywiście Pandę, i – uwaga – Mokujina (!). W jednym ujęciu znalazło się też małe nawiązanie do Leia Wulonga, ale to wszystko. Mimo tego film nie odczuwa ich braku – jest na tyle zwarty i dobrze skonstruowany, że większa ilość bohaterów mogłaby mu nawet zaszkodzić. Końcówka jednak nie zamyka tej historii, wręcz przeciwnie, szeroko otwiera pole do kontynuacji, więc o ile taka się pojawi, zapewne spotkamy się w niej z resztą bohaterów. Bardzo bardzo bym tę kontynuację chciała.

W podsumowaniu – naprawdę polecam, szczególnie miłośnikom gier. Nie przypuszczałam, że film dostarczy mi tak pozytywnych wrażeń i mogę sobie tylko pluć za to w brodę. Moja miłość znowu odżyła, i to z hukiem. Proszę, proszę, proszę, kochani Japończycy, zróbcie teraz komputerową pełnometrażówkę Soul Calibura i jakikolwiek film dziejący się w świecie Ivalice, a ja już nigdy w Was nie zwątpię. Za Tekken: Blood Vengeance macie ode mnie 8/10.

  • Pozdrawiam Tekken-fankę ;)

    A już na serio, Blood Vengence też mi się bardzo podobał i uważam, że to absolutnie najlepsza nie-growa inkarnacja Tekkena (film aktorski wywołał u mnie traumę, a anime jest tak niezamierzenie śmiechowe, że to aż przykre). W ogóle zaryzykuję stwierdzenie, że jeśli robić filmy na podstawie gier to tylko i wyłącznie filmy tworzone komputerowo. Bo jak zaczniemy na siłę wciskać do nich aktorów i jeszcze doklejać do (nie oszukujmy się) infantylnych fabuł jakieś drugie dno to zaczyna się robić żałośnie.

    Tekken: Blood Vengence bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Liczę na sequel!

    • „W ogóle zaryzykuję stwierdzenie, że jeśli robić filmy na podstawie gier to tylko i wyłącznie filmy tworzone komputerowo”

      I tak, i nie – tak, bo rzeczywiście lepiej oddają klimat, ale niekoniecznie, bo najważniejsza jest wg mnie wierność względem oryginału. Czyli nie mieszanie wątków wg własnego widzimisię, ale wbicie się w dokładnie tę nutę, za którą pierwowzór pokochali fani :)

      W głowie wisi mi filmowy „Silent Hill”, który był przecież całkiem dobrą produkcją, ale nawet – też zaryzykuję – pierwszy „Resident Evil”. No i przede wszystkim każda taka ekranizacja musi mieć fabułę. FFVII:AC pojechało bez niej daleko w dół, a „RE: Degeneration” to mnie wręcz wkurzył. Niedawno powstał jednak nowy komputerowy RE, „Damnation”, który jest podobno lepszy – ale to jeszcze zobaczę.

      Dzięki za komentarz i również pozdrawiam :)

    • „Damnation” jest niestety koszmarny. Fabuły w nim nie stwierdziłam, a dodatkowo animacja postaci jest tak strasznie sztywna i sztuczna, że odnoszę wrażenie, że cały budżet poszedł na realistyczne tła. Szkoda.

      Ogólnie gry nie mają szczęścia do swoich ekranizacji. O ile „Silent Hill” rzeczywiście uważam za udany (choć recycling potworów z „SH 2” był trochę głupi) o tyle seria aktorskiego „RE” jest dla mnie po prostu niestrawna. Choć tutaj niewątpliwie masz rację i najważniejsze jest uchwycenie ducha oryginału, a nie jakaś wydumana fabuła czy gwiazdorska obsada ;)

  • Film wizualnie fajny, ale fabularnie to zlepek w zasadzie niepowiazanych scen (watki brane losowo z kapelusza; jasne, ze film kierowany do fanow gry, ale to wyglada jak kiepsko pociety i posklejany serial). Ogladalo sie fajnie (anime to anime, poziom detali jak zwykle rewelacyjny), ale nic poza tym. Animowany Street Fighter II to wciaz najlepsza ekranizacja komputerowego mordobicia. :)

  • Pojawia się Mokujin, a nie pojawia się Hwoarang? Boże, jak boli :(

  • Martasaka

    Gdy grałam w Tekken 3 jako dziecko, kochałam sięvw Jinie! O.o W końcu po roku, kuzyn zdążył mnie opamiętać :-D