Synowie Anarchii wznoszą się na dno

soa

A żeby było jaśniej – serial wspina się na kolejne wyżyny, nieuchronnie prowadząc swoich bohaterów do zagłady. Wszystkie zapowiedzi dotyczące rozłamów, napięć i nadchodzących kłopotów sprawdzają się co do joty – i to w niesamowitym stylu. Sezon 4 Sons of Anarchy to bez dwóch zdań najlepsza, najbardziej trzymająca w napięciu i najmocniej popaprana odsłona tego serialu.

Szczerze mówiąc, niespecjalnie wierzyłam w opinie od znajomych, którzy polecali mi SoA jako jeden z najlepszych seriali, jakie kiedykolwiek oglądali. Byłam przekonana, że nie mam czego szukać w opowieści o jakimś gangu motocyklowym. Banda facetów w skórach – będą się prać po mordach, klepać po plecach, palić papierochy i bekać przy każdej okazji. Nie ten klimat, nie ma mowy. Ale wakacje robią swoje i teraz nie mogę doczekać się kolejnych odcinków. Wręcz czuję mrowienie na ciele za każdym razem, jak na gasnącym ekranie zarysowuje się kształt klubowego kosiarza. Serial posiada niesamowitą zdolność kończenia swoich odcinków takimi cliffhangerami, że człowiek ma ochotę wydrapać sobie oczy. Nie widziałam jeszcze żadnego innego serialu, który mógłby w tej kwestii Sonsom dorównać. I choć sama już nie wiem, co dokładnie sprawiło, że pokochałam tę bandę kryminalistów – może wszechobecna, prawdziwa miłość, która ich wszystkich spaja? – koniec końców doskonale rozumiem, dlaczego znajomi wypowiadali się o SoA w takich superlatywach.

Teraz doskonale się rozumiemy, kiedy wymieniamy opinie o czwartym sezonie.

[Spoilery] Tym, co zawsze najbardziej charakteryzowało klub była jego spójność. Wszyscy trzymali się razem, wspierali się, troszczyli się o siebie, walczyli o to, by nikt im tego nie odebrał. Teraz, w czwartym sezonie, ta spójność rozpada się jak domek z kart. Prawie każdy z członków ma swój własny cel, a im dłużej starają się go utrzymać, tym bardziej zawężają się możliwości gwarantujące jakiekolwiek szczęśliwe zakończenie. Czy Jax naprawdę będzie mógł zostawić klub i porzucić ludzi, którym nadal na nim zależy? Booby’emu zależy, Gemmie zależy, Opie’mu zależy. Czy będzie w stanie zostawić swojego najlepszego kumpla, któremu Clay właśnie zamordował ojca? Zakładając, że Clay zostanie odsunięty od władzy, czy Jax zostawi klub zarażony jadem poprzedniego prezydenta? Nie sposób przewidzieć, do jakich środków posunie się jeszcze bohater Perlmana. Co w tym czasie zrobi Gemma? Kobieta, która nade wszystko pragnie utrzymać klub i która zawsze była wobec męża szczera, teraz nawet jego okłamuje prosto w twarz! Poczciwy Unser używa paskudnych sztuczek, by uratować życie Tary, na które za plecami swojego syna czai się Clay. Prawie wszyscy coś ukrywają i nikt już nie może czuć się pewnie, gdy druga osoba zapewnia, że wszystko jest ok. Bobby okłamuje Otta, Jax z trudem patrzy w oczy Opie’mu, Juice nie widzi dla siebie wyjścia innego niż samobójstwo. Czy wyzna wszystko Chibsowi? Spróbują to jakoś razem naprawić? Wszystko podpowiada, że niczego nie da się już naprawić. Cała spójność, która trzymała tych ludzi razem jest już tylko wspomnieniem. Stała się kłamstwem podtrzymywanym kolejnymi kłamstwami, które doprowadzą do kolejnych kłamstw. Co się dzieje, kiedy nie można sobie wierzyć i na sobie polegać? Zdrada – w środowisku takim, w jakim żyją bohaterowie serialu – równa się śmierci.

Sezon wkrótce się zakończy, a ja nie jestem w stanie dostrzec żadnego światełka w tunelu. Co więcej, nie jestem w stanie wyobrazić sobie, jak mógłby wyglądać zamówiony sezon piąty. Sons of Anarchy niejednokrotnie udowodnili, że pomimo komplikujących się relacji pomiędzy postaciami, potrafili zachować pomiędzy nimi równowagę. Równowaga umożliwiała bohaterom działanie pod tym samym sztandarem pomimo różnic, odrębnych celów czy całkiem kontrastowego spojrzenia na klub. Sprawdzała się i na początku czwartego sezonu. Ale im dalej, tym bardziej się rozpadała. Nie mam pojęcia, jak to się może skończyć, ale tym razem mogą posypać się już głowy.

I piszę o tym dokładnie dlatego, że SoA – opowieść o jakimś gangu motocyklowym – stał się jednym z moich ulubionych seriali, który nieustannie wzbudza we mnie emocje, zaskakuje i traktuje jak inteligentnego widza. Polecam.