Znacie taką sytuację: stacja Syfy podaje zapowiedź swojego nowego serialu; zapowiedź – nieważne czy tekst, czy video – prezentuje się świetnie; wtem ktoś pisze „i tak wyjdzie kicha, bo przecież Syfy”? No więc taki komentarz byłby ok pod koniec 2013 roku. Teraz? Do dziś Syfy już nie raz udowodniła, że czasy syfów ma już za sobą. Najwyższy czas okazać jej uznanie.

Jak pewnie wiecie, niedawno Internet obiegł prawie dwu-minutowy teaser The Expanse – zbliżającej się serialowej ekranizacji książkowej serii Jamesa S.A. Coreya o tym samym tytule, która dla Syfy jest najambitniejszym projektem w karierze. Była to pierwsza okazja do zobaczenia własnymi oczami świata i bohaterów wykreowanych w tej opowieści, łatwo więc wyobrazić sobie radosne, pełne nadziei reakcje miłośników książek (ja) – a później tym bardziej radosne, kiedy okazało się, że teaser jest naprawdę świetny (ja). Mówiąc krótko: od ponad dwóch tygodni żyję wyobrażaniem sobie, jak wspaniały będzie ten serial i jednoczesnym nie możeniem doczekania się, żeby był taki wspaniały już teraz. Gdybyście jednak rok temu zapytali mnie o powodzenie tego projektu, miałabym  odpowiedź trochę bardziej zrównoważoną. W zasadzie byłoby to coś w stylu „śmiania się, jeśli to właśnie Syfy powiedzie się przywrócenie space opery na mały ekran” (choć trzymania kciuki za ich powodzenie). Zresztą sprawdźcie sami, bo już tak napisałam. Już miesiąc później optymizm wyraźnie mi się zwiększył. Teraz nie trzymam już kciuków. Teraz naprawdę wierzę, że ten serial się uda – mało tego: że prawie każdy z seriali Syfy zapowiedzianych na najbliższe miesiące będzie o lata świetlne lepszy niż wszystko, co o jakości stacji sądzą jej krytycy.

Oczywiście wszyscy wiemy, o co chodzi: stacja Syfy stworzyła swego czasu jednego z największych współczesnych klasyków science-fiction, czyli reimaginowaną Battlestar Galactikę, dodała do tego ukochane przez wielu Stargate Atlantis i Universe, a także kilka nie najgorszych seriali i miniserii, po czym sukcesywnie wszystko pokasowała, żeby zrobić miejsce na reality showy i tanie filmy telewizyjne klasy tak złej, ze aż (wątpliwie) dobrej. Skończyło się na tym, że zamiast przodować dobrej ekranowej fantastyce, Syfy stała się synonimem tandety i crapu, którego miłośnicy gatunku zwyczajnie nie chcieli oglądać. W konsekwencji autorskie seriale stacji takie jak Alphas, Eureka czy Warehouse 13 – które miały nakłonić nie-fantastycznych widzów do oglądania fantastyki – nigdy nie wypłynęły na głębokie wody, a błędne koło nic tylko się domykało. Tymczasem gdzie indziej niesłychaną popularnością zaczęły cieszyć się Gra o tron, The Walking Dead czy American Horror Story. Syfy, skruszone i stojące nad przepaścią, zdecydowało się wtedy na jedyny krok, jaki im pozostał. Przyznać się do winy i obiecać poprawę na lepsze.

Battlestar Galactica, fot. Syfy

I zanim przejdę dalej, moje mission statement: ponieważ leży mi na sercu dobro serialowej fantastyki (rozumiane zarówno pod kątem jakości oraz popularności) i ponieważ osobiście widzę dużą poprawę w serialach Syfy, chciałabym wytłumaczyć – a w każdym razie obiektywnie przedstawić i subiektywnie skomentować – że starania stacji w powróceniu do swojego flagowego tematu naprawdę nie idą na marne, a tym samym nie zasługują na ten sam rodzaj pogardy, jakim obrzucano ją po wypuszczeniu kolejnego filmu o rekinach pływających w burzach powietrznych. Bo pomijając, że uważam to za przykre i niesprawiedliwe, to przede wszystkim wcale-a-wcale nie oddające faktycznego stanu rzeczywistości.

Ok, skoro formalności mamy za sobą, czas na fakty. Kontynuując, Syfy naprawdę przyznała się do winy. W marcu 2013 roku pojawiło oficjalne oświadczenie, w którym Dave Howe, szef stacji, przyznał, że trwająca kilka lat próba dotarcia do ogólnej widowni nie była być może dobrym kierunkiem, po czym oznajmił powrót do przeszłości:

“We want to be the best science-fiction channel that we possibly can, and in some respects, that means going back to the more traditional sci-fi/fantasy that fans often say they feel we’ve exited. We’re going to occupy that space in a way we haven’t for the past few years.”

Wydźwięk tej wypowiedzi jest przede wszystkim bardzo ambitny, ale to nie było wszystko. Pod tymi słowami podpisał się też nowy człowiek na stanowisku dyrektora kreatywnego stacji, Bill McGoldrick:

“That’s the way to send a message in a big way that we’re back and we care about sci-fi. There is enormous pressure to get that back, because we used to own it. And we’re going to own it again.”

Obaj dodali jeszcze, że nowym wyznacznikiem kierunku dla seriali (autorskich i adaptowanych) są Defiance oraz Helix (pierwszy wtedy po 1. sezonie, drugi dopiero po kilku odcinkach), czyli tytuły o ciągłej, skupionej fabule, które porzucają proceduralną, lekkostrawną atmosferę znaną chociażby z Warehouse 13 czy Haven. To oczywiście nie oznacza, że te seriale są w oczach stacji złe (ani że sama przestanę wychwalać Magazyn do końca swoich dni), ale pod względem konstrukcji i targetu jednak się od nowych tytułów różnią.

Wszystko powyższe można skomentować bardzo prosto: duże słowa, duże plany, duże nadzieje. Niektórych już na tamtym etapie mogło to oświadczenie skutecznie zniechęcić (bo Syfy), niektórych roześmiać (bo Syfy), niektórych nastawić sceptycznie (bo Syfy), a niektórym w ostrożności zaświecić światełko w tunelu. Jak wspomniałam, sama zareagowałam dość powściągliwie, ale zarazem dość entuzjastycznie, bo hej, jeśli jakaś stacja mi mówi, że chce tworzyć dobrą fantastykę, no to kurcze, fajnie by było. Tymczasem ja sama Defiance i Helix oglądam na bieżąco, w związku z czym już w tamym marcu mogłam potwierdzić, że to faktycznie coś, jak stację, nowego i nietypowego. I zanim ktoś powie, że Defiance i Helix są beznadziejne, niech wie kilka rzeczy: Defiance w 1. sezonie może nie był ziemią obiecaną, jaką malowali przed nami producenci, ale w 2. poprawił się tak bardzo, że io9 było gotowe przyznać mu nagrodę za największy skok jakościowy w stosunku do premiery; a Helix, choć rozmył się w jakąś osobistą dramę, przynajmniej stara się opowiedzieć swoją wirusową historię w ciekawy, oryginalny sposób. Nie tak jak pewne śmiertelnie nudne seriale o epidemii wampirów…

Helix, fot. Syfy

Zapowiedzi stacji nie zostały rzucone na wiatr – wkrótce pojawiły się informacje o nakręceniu The Expanse (nigdy nie przestanę być z tego powodu szczęśliwa), mini-serialu (pardon: eventuAscension, serialowej wersji 12 Monkeys oraz serialu o kosmicznych najemnikach, Killjoys. Już wtedy fanom space oper mogło podnieść się ciśnienie, ale musiało minąć jeszcze kilka miesięcy nim do zapowiedzi dołączyła taka ilość projektów – zarówno kosmicznych, jak i naziemnych – że w natłoku tytułów wciąż można się jeszcze pogubić. W międzyczasie poznaliśmy też drugą fazę nowej ofensywy: wspomniany (i znacznie lepszy) 2. sezon Defiance oraz Dominion, serialową kontynuację filmu o wojnie ludzkości z aniołami. Dominion nie wszystkim się spodobał – i powiem szczerze, nie bez powodu – ale przebłyski potencjału do wykorzystania, zwłaszcza pod koniec sezonu, skutecznie przekonały mnie do myślenia, że warto czekać na ciąg dalszy. Jednak pomimo wad, w obu serialach czuć przede wszystkim faktyczną zmianę, swoisty nowy wiatr w żaglach, który pozwolił Syfy odpływać od przyczepionej jak rzep do psiego ogona miernoty. Oglądałam, widziałam, porównywałam – i gołym okiem dostrzegałam różnicę. Każdy z nich jest battlestarowy Cylon – mają plan.

Tymczasem na serio zakotłowało się zeszłorocznej jesieni, kiedy kilka tygodni po zakończeniu podwójnych D masowo zaczęły pojawiać się zamówienia nowych projektów. Syfy przodowała w nich nieprzeciętnie, w odstępie dosłownie dni zasypując internet nowymi tytułami, z których każdy prezentował się lepiej od poprzedniego. Możecie przeczytać moje ówczesne podsumowanie zapowiadanych space oper, ale dziś ten stan rzeczy należałoby poszerzyć jeszcze o tytuł czy dwa. Do The Expanse, 12 MonkeysKilljoys i zbliżającej się wówczas premiery Ascension dołączyły Letter 44, Dark Matter, Ghost Brigades, Olympus, Hunter, Childhood’s End, niedawno Spin, a jestem pewna, że jak postaram się bardziej, doszukam się więcej. W produkcję niektórych zaangażowane są chyba znane fanom ekranowej fantastyki nazwiska takie jak Gale Anne Hurd, Wolfgang Petersen czy Len Wiseman. Jeśli Defiance, Helix i Dominion, przetarłszy szlaki i nauczywszy się na własnych błędach, jak być lepszymi serialami, otworzyły drogę projektom ambitnym, ciekawym i pobudzającym wyobraźnię, nie mam naprawdę żadnych wątpliwości, że warto na te nowości czekać.

Zresztą na tym etapie mamy już znacznie lepszy przedsmak naszej serialowej przyszłości. Wprawdzie Ascension wzbudził dość przekrojowe odczucia – jednym podobał się bardzo, jednym podobał, innym w ogóle – ale na pewno nie można mu odmówić artystycznej wizji i zawiłego, moralnie skomplikowanego przekazu poprzeplatanego wcale nie kiepskim wyobrażeniem przyszłości. Dla niektórych ważne będzie pewnie wspomnienie o wyraźnie widocznym budżecie wpakowanym w stylowe, przestronne wnętrza i maskujące rzeczywistą wielkość efekty. Mówcie co chcecie, ale chyba nie zaprzeczycie, że Ascension wyglądał olśniewająco. Teraz znów patrzę na trailer The Expanse i widzę jeszcze więcej pieniędzy włożonych w samo to, by ten projekt prezentował się jak należy. To content is king, jak mawiają, ale nad nim czuwają już sami Coreyowie, swoją drogą zapewniający miłośników książek, że zmiany są, ale historia pozostaje ta sama. Panowie piszą świetny, wielotomowy spece operowy cykl, który pokochałam miłością wielką i głęboką, dlatego wierzę w każde powstałe spod ich pióra słowo – nieważne, że krótkie jak limitowany tweet.

12 małp, fot. Syfy

Ale tak naprawdę dopiero niedawna premiera – 12 małp – w końcu przekonuje niedowiarków, że idą lepsze czasy. Dobry, oceniany pozytywnie zarówno przez krytyków, jak i widzów (nawet tych wybrednych!) pilot, wraz z trzymającym poziom kolejnym odcinkiem, jak nic nie pasują do recenzji, które krążyły po produkcjach Syfy jeszcze rok temu. Kto jeszcze nie widział, a chce zobaczyć, że stację stać na wiele więcej, powinien dać 12 Monkeys szansę. To dobrze napisana, skomplikowana i nieobliczalna zabawa z podróżami w czasie i jednocześnie wyrazista historia dwójki bohaterów, którzy walczą o lepszą przyszłość, choć wcale robić tego nie muszą. Czy jest coś lepszego, niż dobra sf-owa character driven drama? 

Ktoś pewnie w głowie zapisuje teraz mentalną notkę z pytaniem: no a co z Z Nation? Zombie-niemal-parodia, która wyskoczyła zeszłej jesieni jak hiszpańska inkwizycja, ma stosunkowo niewiele wspólnego z poważnym, ambitnym podejściem, jakie Syfy konsekwentnie obiera od ponad roku. Ale z drugiej strony trudno winić włodarzy stacji, by chcieli grubą kreską odcinać się o tych fanów, którym akurat rekiny i tornada rozświetlają uśmiech na twarzach. A swoją drogą, to zły serial nie jest. To serial, który ma zryte pod czachą i jest dzięki temu tak rozkosznie głupi, że aż fajny.

A zatem kończąc – bo chyba nie ma nic więcej dodania – jeśli po ponad roku ambitnych zapowiedzi, tworzenia nowej ramówki, przygarniania wartościowych pomysłów, kompletowania doświadczonych ekip i metodycznego spełniania wielkich obietnic, Syfy nie jest jeszcze najlepszą stacją, jaka produkuje science-fiction już teraz, to są realne szanse, że będzie nią za kolejne dwa, a może i mniej. Oczywiście, przy tak dużej ilości wysokobudżetowych projektów nie wszystkie mogą okazać się trafione, ale to ryzyko, które w chwili obecnej może im się tylko opłacić. I dlatego właśnie ja, zamiast krzywić się, narzekać i wytykać palcami dawne przewinienia, wolę patrzeć na starania Syfy jak ci spoglądający w kosmos astronauci przyszłości. Z wiarą, nadzieją, i cóż, z miłością.

  • Muszę przyznać, że chyba zmienię sobie status na filmwebie, jeśli chodzi o „Helix”. Nie wiem dlaczego sięgnąłem po pierwszy odcinek drugiego sezonu (nie oglądając finału poprzedniego), ale wybawiłem się całkiem nieźle. I chyba obejrzę sobie dalej, o ile – tak jak w przypadku zimowej scenerii – w połowie serii nie zacznie się robić niestrawnie i przewidywalnie.
    Nawet nieco wyśmiewane przeze mnie „Z Nation” zdołałem obejrzeć!

    Jeśli więc chodzi o kilka nowych projektów stacji, to czekam.

    • Coś w tym jest, bo mnie również 2. sezon „Helix” podoba się jak na razie bardziej niż pierwszy. Pomogło chyba ugruntowanie fabuły rok temu, teraz można bardziej skupić się na bohaterach. Zresztą sama tajemnica podoba mi się bardziej, uwielbiam grząskie historie o kultach :)