Zbliża się jesień, czas serialowych pilotów. Kilka seriali kolejka jednak ominęła – w okresie ComicConu do sieci wyciekły premiery Supergirl, Minority Report, Blindspot oraz Lucifera. Podpowiedź? Poprzeczka jest w tym roku wreszcie postawiona wysoko. Sprawdźcie, które z nowości będziecie chcieli wziąć na swój radar.

Wiem, co powiecie: że przecież już w tej sytuacji byliśmy. W zeszłym roku dostaliśmy w końcu Flasha, który podbił nasze serca z prędkością błyskawicy, fenomenalną Agentkę Carter, świetnych Bibliotekarzy, urocze iZombie, nieprzyzwoicie zabawnego Galavanta i zaskakująco dobre 12 małp; niektórym spodobało się Salem, innym Gotham, jeszcze inni na zawsze będą tęsknić za Constantinem, którego pilot był w końcu jedną z lepszych wówczas przedstawionych nam rzeczy. Po obejrzeniu tych czterech tegorocznych nowości mam jednak wrażenie, że w tym sezonie nie będzie już uderzeń w fałszywe nuty. Że nikt nie bada już gruntu, jak najlepiej zrobić serial fantastyczny, a w końcu dostarcza produkt w pełni gotowy do skonsumowania. Jakby skończył się ten czas eksperymentów, o którym kiedyś pisałam, i dziś, zamiast traktować te seriale ulgowo albo robić zakłady, który się przyjmie, a który nie, możemy się nimi w pełni cieszyć. Oczywiście, to tylko wrażenie, w którym mogę się na dodatek kompletnie mylić, ale po tym, co obejrzałam jestem w stanie myśleć tylko pozytywnie. Jeśli znacie moje gusta, niech to stwierdzenie będzie dla Was podpowiedzią.

Supergirl, fot. CBS

Superdziewczyna w wielkim mieście

Zacznijmy od rzeczy oczywistych, czyli Supergirl – pilota, przy którym chciałam skakać, tańczyć i przebierać nóżkami jak mała dziewczynka, która właśnie dostała w prezencie kucyka. Od tego wycieku wszystko się zaczęło, bo po prostu nie udało mi się uciec od morza pozytywnych recenzji zalewających ten projekt z prawie wszystkich stron. Nie ukrywam faktu, że jestem nim zachwycona – nawet, jeśli to nie Marvel i „tylko” CBS – przygotujcie się zatem na pozytywną opinię, i to od osoby, która początkowo wcale w ten projekt jakoś specjalnie nie wierzyła.

Ten ostatni fakt – że początkowo nie miałam wobec Supergirl wyjątkowo dużych oczekiwań – wiąże się bardziej ze znajomością stacji macierzystej niż materiału źródłowego. CBS przyzwyczaił nas do masowego produkowania kryminalnych procedurali, bałam się więc, że opowieść o młodej kobiecie odkrywającej w sobie siłę, by zostać superbohartką nie okaże się dla tej stacji odpowiednim tematem. Oczekiwania miałam całkiem standardowe, nawet jak na serial z kobiecą protagonistką, i zasadniczo dystansowałam się od niego nie chcąc przesadnie demonizować stacji czy jej prób wejścia w superbohaterski trend. Wtedy pojawiło się 7-minutowe demo produkcyjne i nagle wiedziałam, że dostajemy serial niesamowicie pozytywny, zabawny i fantastyczny – a zarazem nadzwyczaj świeży w kontekście wcześniejszych tytułów. Po obejrzeniu pilota byłam autentycznie szczęśliwa, że Supergirl powstała dokładnie taka, jaka jest – a potem zastanowiłam się, że przecież jak mogłaby być inna?

Jedną z najważniejszych rzeczy zapewnianych nam przez twórców w trakcie wywiadów o serialu była obietnica skupenia się na dorastaniu emocjonalnym młodej, zbłąkanej kobiety, która postanawia przestać ukrywać się w tłumie i zacząć używać swoim zdolności do czynienia dobra. Żeby była jasność: nie znam komiksowej Kary Zor-El i nie wiem, jak wygląda jej oryginalna historia, wiem za to, że Greg Berlanti i spółka odrobili swoje zadanie domowe. Karę poznajemy jako zapracowaną, wiecznie niedocenianą asystentkę dyrektorki medialnej korporacji, która zdecydowała się żyć normalnym ludzkim życiem po fiasku swojej misji z Kryptona. Z dala podziwia niezwykłe wyczyny swojego kuzyna – przez wzgląd na prawa autorskie określanego tu jako „on” albo „the big guy” – ale mimo marzeń o samospełnieniu jest zbyt niepewna siebie, by zrobić pierwszy krok. Do czasu, aż poznanie Jimmy’ego Olsena w końcu budzi w niej potrzebę zrzucenia skorupy. Bohatersko ratuje wtedy spadający samolot ze swoją siostrą na pokładzie, skupiając na sobie uwielbienie całego National City. Tak naradza się Supergirl – i tak zradzają się kwestie wiary w siebie, zaufania i współpracy, które towarzyszyć nam będą przez cały sezon. Dostajemy również motyw przewodni w postaci galaktycznych więźniów ukrywających się na Ziemi – tak, żeby Kara co odcinek miała kogo powstrzymywać – oraz tajną organizację, która będzie wspierać bohaterkę w jej niezwykłych zmaganiach. To ostatnie to póki co chyba najsłabszy motyw pilota, bo wprowadzenie jest mega-szybkie i wydaje się nie pasować do układanki, ale na dłuższą metę ten wątek może się ciekawie rozwinąć.

Jeśli zapytacie mnie, co mi to przypomina, odpowiedziałabym, że Flasha. W obu serialach mamy młodych protagnistów odkrywających i poszerzających granice swoich możliwości, którzy muszą radzić sobie z nadzwyczajnymi zmaganiami i środowiskiem traktującym ich tak samo przyjaźnie, jak wrogo. Właściwie nic dziwnego, biorąc pod uwagę nazwisko Grega Berlantiego. Jednak tam, gdzie Flash przyzwyczaił nas do szybkich, technicznych rozwiązań, dynamicznego tempa akcji i geekowego charakteru, a przede wszystkim angstu młodego mężczyzny, w Supergirl patrzymy na świat z perspektywy młodej kobiety, co jednak nadaje serialowi nieco innego kolorytu. Mimo wszystko jeśli spodziewacie się zahukanej, chowającej się przed światem bohaterki, która daje sobą pomiatać i bezczynnie czeka, aż odmieni się jej los, będziecie zawiedzeni. W wykreowanej przez Melissę Benoist postaci Kary dostajemy bowiem całkiem zwyczajną – czasem nadmiernie rozentuzjazmowaną, czasem nadmiernie nieśmiałą – dziewczynę, w której wiele współczesnych dwudziestokilkulatek odnajdzie swoje odbicie. Nie oszukujmy się: kwestie wiary w siebie, spełnianie oczekiwań społeczeństwa czy problematyka spełnienia życiowego to sprawy młodym kobietom bliskie i bardzo mnie cieszy, że Supergirl bierze je na tapetę jako tło narodzin swojej superbohaterki. W żywej, naturalnej i nieco adorkable Karze Melissy Benoist – naprawdę, dziewczyna jest w tej roli przesympatyczna – otrzymujemy heroinę niemal zupełnie odmienną od znanych nam serialowych protagonistek, ale przez to świeżą, a na dodatek bardzo rzeczywistą. A nie ma moim zdaniem lepszych fundamentów pod historię o superbohaterach niż autentyczność.

Nie jest jednak tajemnicą, że po wypuszczeniu w sieć demo wylała się na serial fala krytyki, że jest „dziewczyński”, przypomina (te nielubiane przez facetów) komedie romantyczne i że generalnie nie tak to sobie wyobrażano. Nie będę wnikać w zmiany poczynione względem oryginalnego materiału, takie jak podmiana charakteru Kary czy zrobienie z Jimmy’ego Olsena, króla geeków, charyzmatycznego człowieka sukcesu, bo nie jestem dobrym partnerem do tej dyskusji biorąc pod uwagę, jak bardzo nie czytałam komiksów. Chcę jednak powiedzieć, że nawet jeśli serial podszedł do materiału źródłowego w sposób kreatywny, to zrobił to w dobrym momencie i z dobrych powodów. Trudno zliczyć, ile się dzisiaj (wciąż) słyszy o wykluczaniu bądź sprowadzaniu żeńskiej publiczności do komiksów czy komiksowych adaptacji. Ile razy o tym myślę, przypominam sobie te wszystkie historie o małych dziewczynkach, które boją się przebierać za Spider-Mana w obawie przed reakcją swoich kolegów. Tymczasem Supergirl śmiało wychodzi naprzeciw kobiecej widowni i nie boi się przypodobać się jej „dziewczyńskimi” elementami (które, nota bene, z komediami romantycznymi mają niewiele wspólnego). W końcu nikt nie powinien czuć się w tym komiksowym świecie gorszy, niemile widziany czy wytykany palcem. Im więcej komiksowych seriali, tym większy niech mamy wybór. I jasne, takie podejście się może nie podobać, nie każdemu musi odpowiadać atmosfera serialu, nie każdemu podpasuje ta bohaterka – ale nikt nie mówi też, że to serial skierowany wyłącznie do kobiet. Jeśli widzowie się w nim odnajdą – super. Jeśli nie, trudno, move along. To nie pierwszy i nie ostatni serialowy komiks obecnych i przyszłych lat.

I żeby nie było wątpliwości: ten pilot jest szybki. Akcja prze do przodu niemal bez chwili wytchnienia, sporo wątków jest tu zaledwie liźniętych, nawet charakteryzacja postaci niekiedy kuleje. Jednak wyrazista kreacja bohaterki, jej interakcje z otoczeniem i obietnica skomplikowanej intrygi dają wielkie nadzieje, że Supergirl rozkwitnie, rozwijając się w jeden z najlepszych, a być może nawet przełomowych seriali fantastycznych tego sezonu.

Minority Report
Minority Report, fot. FOX

Raport (nie)równości

Przenieśmy się teraz w przyszłość, do roku 2065, w którym spotykamy się z kontynuacją Raportu mniejszości Stevena Spielberga z Tomem Cruisem w roli głównej. Bardzo chciałabym dokładniej pamiętać oryginalny film (książki zostawiamy w spokoju), ale nawet, jeśli w ogóle go nie widzieliście, rozpoczęcie przygody z serialowym Minority Report nie powinno być dla Was problemem. Z krótkiego wprowadzenia w pilocie dowiadujemy się, że kilkanaście lat wcześniej istniała tzw. Pre-Crime Unit (pol. Agencja Prewencji albo Przedstępstwo), która pozwała wykrywać przestępstwa zanim nastąpią. Działanie agencji opierało się na wizjach trójki jasnowidzów – dwóch braci i siostry – lecz gdy jednostka została zlikwidowana, rodzeństwo zostało ukryte i znikło z radarów państwa. Nie przestali jednak otrzymywać nowych wizji. Jeden z nich, Dash (Stark Sands), postanawia wykorzystać swój dar, choć niekompletny, by w dalszym ciągu pomagać ratować niewinnych. W tym celu łączy siły z Larą Vegą (Meagan Good), kompetentną, lecz niedocenianą przez przynajmniej jednego współpracownika detektyw, która w Dashu dostrzega zagubionego, lecz wartościowego człowieka i przyjmuje go pod swoje skrzydła.

Piszę trochę ogólnikami, ale zasadniczo dlatego, że ten pilot taki właśnie jest. Jeszcze zanim obejrzy się choćby jego pięć minut, trudno uniknąć skojarzeń z wcześniejszym serialem FOX-a, Almost Human: też futurystycznego procedurala policyjnego, też biorącego na tapetę przyjaźń dwóch odmiennych jednostek, też charakteryzyjącym się dość podobnym feelem. W postaci Dasha mamy próby pogodzenia przeszłości z przeszłością (Kennex), w Vedze starania o dobre wykonywanie swojej pracy (Dorian), jak w każdym policyjnym proceduralu są tu też postacie sidekicków i szalonych geniuszy technicznych (tym razem rozdzielonych na dwoje), nie mówiąc już o dziesiątkach futurystycznych zabawek, które kreują świat w sposób z Almost Human niemal identyczny. Podczas oglądania aż się zastanawiałam, czy niektóre rozwiązania nie będą się wręcz powtarzać. Trudno więc strząsnąć mi z siebie wrażenie, że w kontekście fantastyki FOX ciągle szuka jeszcze swojej kury znoszącej złote jaja. Sleepy Hollow i Gotham, teoretyczne sukcesy, potraciły ostatnio sporo widzów; może powrót do bardziej znanego materiału okaże się strzałem w dziesiątkę. Jak na razie, bazując na pilocie, ciężko mi wróżyć jednoznaczne zwycięstwo. Co by nie mówić o zaletach – a do nich już przechodzę – Minority Report ma również sporo równoważąych je wad. W efekcie jedni będą zachwyceni, inni będą oglądać z braku laku, a pozostali uznają, że nie warto marnować dla niego czasu. I żeby było śmieszniej: ja odnajduję się w każdej kategorii.

Na początek miało być o zaletach – więc teraz będzie śmiesznie. Jeśli mnie znacie, to na pewno wiecie, że w serialach najbardziej cenię zazwyczaj ciekawych, dobrze skonstruowanych bohaterów. Tymczasem tym, co w Minority Report urzekło mnie w największym stopniu jest jego przyszłościowa rzeczywistość. Podobnie jak w Almost Human, mamy tu znajomy krajobraz wielkiego miasta podrasowanego futurystyczną technologią. Metro wygląda trochę inaczej, samochody dopasowały kształty do nowego designu, selfie nie robi się już za pomocą kawałka plastikowego kija – służy do tego specjalny dron. Siły policyjne dysponują z kolei wszczepami ocznymi pozwalającymi detektywom m.in. na rekonstrukcję zdarzeń z miejsca zbrodni w czasie rzeczywistym. Technologia nie jest zastępstwem doświadczenia ani instynktu, ale klimatycznym dodatkiem, w sumie podobnym również do wsparcia technicznego Kiery w Continuum. Zawsze świetnie czułam się w takim wyprzedzającym nas środowisku – nie za bardzo, ale zauważalnie – więc i w Minority Report łatwo było mi się odnaleźć. Oczywiście mamy tu też klasyczną fascynację retro i starociami, co mnie akurat wybija z rytmu, ale w założeniu ma to być serial dla każdego, nie tylko hardorowców, więc ok, niech im będzie.

Przejdźmy do postaci, bo skoro zachwycam się tłem, cóż strasznego może być w tych bohaterach, że stawiam ich w drugiej kolejności? W zasadzie nic złego, w każdym razie nic, bo robiłoby z nich źle napisane postacie – ale jak na razie postacie napisane po linii najmniejszego oporu. Dash, jako osoba od dzieciństwa wychowywana poza zakresem społeczeństwa, do tego podłączana do rur i wykorzystywana do przeżywania makabrycznych wizji over and over again, jest teoretycznie zagubionym, nie rozumiejącym niuansów świata młodym szczeniaczkiem, którego motorem napędowym są dobre serce i chęci naprawiania świata. Ma być słodki, nieporadny i odrobinę spłoszony, ale jednocześnie nie aż tak, by nie móc samodzielnie funkcjonować w zmodernizowanym, wiecznie podglądającym nas świecie. I wszystko ok, ta postać jest całkowicie poprawna, w dodatku nieźle obsadzona, bo Dasha w wykonaniu Starka Sandsa czasami chciałoby się po prostu przytulić… ale w niektórych momentach ciężko było mi uwierzyć, że chłopak po tylu traumach mógłby tak łatwo wyjść na prostą. W jednych scenach wyraźnie widać jego neurotyczną naturę, w innych świetnie czuje się w otoczeniu dziesiątek pieszych. Trochę trudno pogodzić mi ze sobą takie dwie krańcowe wizje i do końca nie rozumiem jeszcze, w co dokładnie scenarzyści z Dashem celują. Mam nadzieję, że w serialu jego rola i charakter się wyjaśnią – może poprzez wprowadzenie postaci jego zaginionego brata – tymczasem ja pokręcę sobie chwilkę nosem, bo nie ogarniam.

Nieco odwrócona sytuacja tyczy się za to Lary Vegi. W jej przypadku dostajemy bardzo silne wibracje w kierunku niezależnej, zaradnej kobiety, która skrupulatnie wykonuje swoją pracę, bo zwyczajnie jej zależy. Ma dobre instynkty, świetnie radzi sobie w akcji, nie daje sobą pomiatać, jest wrażliwa na cudze cierpienie, i cały ten zestaw. Takich bohaterek mieliśmy już wiele i wiele jeszcze mieć będziemy, co zasadniczo uważam za zjawisko pozytywne, bo im bardziej się do takich bohaterek przyzwyczajamy, tym większą normą się dla nas stają. Jedyny problem w tym, by ta postać była jeszcze ciekawa sama w sobie, by miała jakieś właśne, unikalne cechy, dzięki której będzie zapamiętywalna, a przez to jeszcze bardziej przełomowa. Lara Vega w pilocie Minority Report taką postacią jeszcze nie jest. W ciągu całego odcinka nie udało mi się zidentyfikować u niej choć jednej cechy charakteru, po której można by wyróżnić ją z tłumu. Jest, podobnie jak Dash, poprawna, ale niemal zupełnie pozbawiona wyrazu. Teoretycznie definiuje ją jej relacja z Dashem, która ma tu zalążki na ciekawą, wielosezonową przyjaźń, ale z drugiej strony aż kilka razy wydawało mi się, że logika ich postępowania była na siłę rozciągana do dość nienaturalnych rozmiarów. Nie wróży to koniecznie dobrze biorąc pod uwagę, że ta dwójka ma być w końcu trzonem całego konceptu. Nie jest to więc wymarzony dream team – powrótki z natychmiastowej chemii Abbie i Ichaboda ze Sleepy Hollow tu nie będzie – ale cóż, przy odrobinie szczęścia w pilocie dostaliśmy tylko próbkę prawdziwej jakości tego projektu.

O pozostałych postaciach na razie nie warto wspominać, bo w całym odcinku funkcjonują jako tło, nawet niekoniecznie fabularne (pojawiają się łącznie może w 5-7 minutach całości). Również główny wątek śledczy służy jedynie jako pretekst pod zmuszenie bohaterów do połączenia sił i złapania kontaktu. Jeśli jednak przekona Was jako wprowadzenie do fururystycznej rzeczywistości, a bohaterowie przypadną Wam do gustu choćby jako-tako, z Minority Report mogą jeszcze być całkiem nieźli ludzie.

Blindspot, fot. NBC
Blindspot, fot. NBC

Kobieta-zagadka

Przyjrzyjmy się teraz pilotowi Blindspot – serialu, który z fantastyką ma wspólnego tyle, co znaną jako Lady Sif Jaimie Alexander w roli głównej, ale przez sympatię do aktorki i opis fabuły z pewnością zaliczanego do wartych sprawdzenia. Blindspot to bowiem rasowy thriller opowiadający historię kobiety znalezionej w torbie na nowojorskim Time Square, której całe ciało jest pokryte zagadkowymi tatuażami. Kobieta nie wie, jak się nazywa, nie wie, jak się tam znalazła, nie wie nawet, czy do picia woli kawę, czy herbatę – dowiaduje się za to, że jednym z tatuaży na jej plecach jest imię agenta specjalnego FBI, Kurta Wellera. Agencja natychmiast bierze nieznajomą w swoje obroty, badając, analizując i prześwietlając z każdej możliwej strony, aż okazuje się, że jeden z malunków na jej ciele pomaga powstrzymać miejscowego terrorystę. A właściwie nie tylko malunek – a sama nieznajoma. I niech powiem Wam od razu: nawet, jeśli normalnie nie jesteście fanami takich klimatów, powinniście sprawdzić Blindspot choćby tylko dla Jaimie Alexander – bo jest w swojej roli fantastyczna.

Główną bohaterkę, Jane Doe, poznajemy jako przerażoną, wstrząśniętą kobietę, której pierwszym świadomym wspomnieniem są lufy pistoletów skierowanych w nią przez nowojorską policję. Jest naga, odsłonięta tak fizycznie, jak emocjonalnie, ale mimo wyraźnych oznak szoku już wtedy wyraźnie trzyma nad sobą kontrolę. Cierpliwie pozwala traktować się jak bezosobowego królika doświadczalnego w nadziei, że choć jedno badanie udzieli jej jakichkolwiek odpowiedzi. Nie rozumie sytuacji, w jakiej się znalazła, ale rozumie potrzebę ostrożności. Gdy w końcu ma dość, stanowczo zabiera głos. I jeśli wcześniej mogliśmy poznać wrażliwą stronę bohaterki, tak od tego momentu raz na zawsze dowiadujemy się, że to kobieta o niezwykłej sile charakteru, odporności i determinacji, która nie spocznie, póki nie rozwiąże zagadki swojej niezwykłej sytuacji. Gdy domaga się udziału w śledztwie, w każdym słowie i geście Jaimie Alexander widać autentyczną szczerość, wręcz przejrzystość intencji Jane, momentalnie można więc złapać z bohaterką kontakt. Personalnie najbardziej podoba mi się w scenach z agentem Wellerem, kiedy dodatkowo wychodzi z niej potrzeba nawiązania kontaktu z drugim człowiekiem, a Weller na jej nieszczęście okazuje się osobą emocjonalnie zamkniętą, ukrywającą się za swoimi wewnętrznymi murami. To przeciwstawienie bohaterów robi na mnie duże wrażenie, zwłaszcza, że pomimo różnic w charakterze są w stanie porozumieć się na poziomie profesjonalnym. Już w trakcie odcinka widać, że u obojga powoli topnieją lody i zaczynają łapać równorzędną relację. Nie wiem, jak Wy, ale ja wyjątkowo lubię taka partnerską dynamikę, a cokolwiek wyjdzie z niej w przyszłości, już ma solidne podstawy przetrwać i się rozwijać.

Jednak role i bohaterowie to bynajmniej nie jedyne zalety odcinka. Przede wszystkim mamy tu do czynienia z ciekawie skonstruowaną wartswą fabularną. Z jednej strony skupiamy się na Jane Doe i jej wstrząsających przeżyciach, z drugiej obserwujemy pracę zespołu FBI (fani The Last of Us powinni Blindspotem zainteresować się szczególnie, bo specjalistkę techniczną odgrywa tutaj Ashley Johnson, czyli Ellie we własnej osobie), z trzeciej mamy element kryminalny, z czwartej dochodzi jeszcze pierwiastek tajemnicy, który wnoszą tatuaże bohaterki wraz z wszystkim, co oznaczają bądź mogą oznaczać dla jej najbliższego otoczenia. Są tu również nieźle nakręcone sceny akcji, przede wszystkim walki wręcz – kolejny plus z obsadzenia Jaimie Alexander – co w połączeniu z pełnym napięcia rozwojem fabuły oferuje dość angażującą historię, w której brak miejsca na nudę. Całość obejrzałam z wielkim zainteresowaniem, autetycznie zaciekawiona rozwojem zagadki. Warto też dodać, że twórcy wcale nie mają zamiaru ukrywać przed nami niektórych kluczowych faktów, a ich szybkie ujawnienie zdecydowanie podsyca atmosferę.

Nie da się jednak ukryć, że Blindspot jest trochę podrasowanym o kilka klas proceduralem. Każdy tatuaż ma prowadzić do jakiegoś śledztwa, co odcinek będziemy więc spotykać sie z innym tematem tygodnia. Twórca serialu w jednym z wywiadów przyznawał nawet, że malunków na ciele Jane ma starczyć i na 10 sezonów. W tym samym wywiadze dodawał również, że Blindspot to przede wszystkim character drama, co zresztą pilot bardzo ładnie potwierdził. Jeśli miałabym pokusić się o jakieś porównania, wskazałabym chyba na Orphan Black, zwłaszcza pierwszy sezon. Fabuła jest istotna, ale nie bardziej niż zapoznanie nas i przywiązanie do bohaterów. Po jednym odcinku thrillera NBC jestem w pełni przywiązania do Jaimie Alexander, więc i Wam zdecydowanie obejrzeć polecam.

fot. FOX
Lucifer, fot. FOX

Diabeł z miasta aniołów

I kolejny gatunkowy serial FOX-a, po raz kolejny oparty na znanej i oklepanej formie policyjnego procedurala, w dodatku wykorzystujący tym razem wszystkie najbardziej ograne chwyty swojego rodzaju. I to naprawdę wszystkie i to naprawdę najbardziej ograne – nie starczy Wam palców na obu rękach, żeby je wszystkie zliczyć. Nim jednak przestaniecie czytać dalej właśnie w tym momencie, wysłuchajcie mnie do końca, bo to jest aż nieprzyzwoite, jak bardzo podobał mi się ten odcinek. Ubawiłam się przy nim jak świnia w błocie, kompletnie bezpretensjonalnie, bez żadnych zahamowań, i cieszyłabym się jeszcze bardziej, jakby Wam Lucifer spodobał się tak samo. Na sam początek mogę Wam zatem powiedzieć, że choć brak tu faktycznej oryginalności, a sam koncept fabuły opiera się na dość niedorzecznym pomyśle króla piekieł pomagającego policji Los Angeles w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych, całość wypada tak lekko, zabawnie i wręcz uroczo, że ani się obejrzałam, już na cały głos rechotałam z radości. W jakieś drugiej minucie odcinka.

Podstawowa fabuły opiera się na osobie Lucifera Morningstara (Tom Ellis), króla piekieł, który znudzony swoją rolą zstępuje na ziemię i postanawia rozerwać się pomagając nowo-poznanej detektyw Chloe Dancer (Lauren German) w wymierzaniu sprawiedliwości. Serial jest teoretycznie luźną adaptacją komiksów The Sandman Neila Gaimana, ale jeśli je czytaliście, bezpieczniej chyba będzie zupełnie o nich zapomnieć. Serialowego Lucifera poznajemy tymczasem w momencie, w którym jak gdyby nigdy nic próbuje przekupić oficera policji, by wymigać się od mandatu za przekroczenie prędkości. Już pierwszy dialog – „Czy pan próbuje mnie przekupić?; „Oczywiście, że tak!” – powalił mnie na łopatki swą bezwględną szczerością, ustawiając charakter głównego bohatera gdzieś pomiędzy rozpieszczonym playboyem a niesfornym chłopczykiem lubujących się w płataniu innym figli. Dodam, że w obu wersjach niesamowicie charyzmatycznym – Tom Ellis, epatujący brytyjską nonszalancją, musi czuć się w tej roli jakby była spełnieniem jego marzeń, bo jest w niej cudownie naturalny. Absolutnie każda wypowiedziana z jego ust linijka trafia do celu, a biorąc pod uwagę prędkość i uszczypliwy charakter dialogów, jest to cecha niezwykle w tym pilocie istotna. W początkowej scenie poznajemy również nadnaturalną umiejętność bohatera: potrafi wydobywać z ludzi ich najskrytsze pragnienia, co bezwstydnie wykorzystuje przy każdej nadarzającej się okazji. I jeszcze inna rzecz: zupełnie nie ukrywa swojej tożsamości, wręcz przeciwnie, rzuca swym imieniem na prawo i lewo, czerpiąc uciechę z niedowierzania swoich rozmówców. Sprawia wrażenie osoby, który niczego nie bierze na poważnie, choć w głębi skrywa całkiem ludzkie uczucia. Zatem diabelsko uroczy dowcipniś, którego pysznie bawi zabawa w policjanta. Nieważne, czy komiks, czy nie, w takiej oprawie ciężko mi tej postaci NIE kupić.

Ktoś teraz zapyta, jaki jest sens brać bohatera ze znanego i lubianego komiksu, w dodatku diabła, wkładać go do procedurala i kazać mu zajmować się przyziemnymi rzeczami, którymi zajmowały się już dziesiątki podobnych postaci przed nim. Moją ogólną odpowiedzią będzie, że nie mam pojęcia, ale mniejsza o to, kiedy tak świetnie się bawię – co dla mnie samej było, wierzcie, wielką niespodzianką. Elementy składowe Lucifera to bowiem najbardziej znane tropy w popkulturze. W dalszej części odcinka zapoznajemy się więc z detektyw Dancer, oczywiście jedyną – i twardą – kobietą, na którą zwyczajowe uroki Lucifera nie działają. Detektyw Dancer ma oczywiście kilkuletnią córkę, która do Lucifera pała oczywiście natychmiastową sympatią, a on oczywiście dzieci nie cierpi. Jest jeszcze oczywiście dupkowaty były mąż, który oczywiście Lucifera nie polubia; całość odcinka kończy się zaś oczywiście dobrze i z oczywistą nutą porozumienia pomiędzy parą głównych bohaterów. Jakby ten serial chciał, nie mógłby być bardziej sztampowy. Ten pilot to takie puzzle, które układaliśmy już dziesiątki razy wcześniej – różnicę robi chyba tylko towarzystwo, które tym razem wybraliśmy do zabawy. Powtórzę się, ale Tom Ellis jest tu tak rewelacyjny, że na jego grze wydają się korzystać wszyscy pozostali. Szczególnie widzę to na przypadku Lauren German, która zasadniczo nie jest jakąś przesadnie dobrą aktorką. Bardzo ją kubię i ogromnie cieszę się z jej udziału w tym serialu, ale nad nią jest jeszcze kilka klas atrakcyjnych nazwisk więcej. Tymczasem oglądając jej wspólne sceny z Tomem Ellisem w kilku miejscach miałam wrażenie, że aktorka robi wszystko, byle tylko nie wybuchnąć śmiechem. Jeśli więc koncept serialu jest tak niedorzeczny, że jedni aktorzy na całego wydobują swojego wewnętrznego komedianta, a drudzy powstrzymują się przed śmiechem, to raczej ciężko traktować go serio. Całe szczęście, że sam serial doskonale o tym wie.

I znów, jeśli zapytacie mnie o porównanie, wskazałabym wcześniejszy procedural FOX-a z supernaturalnym twistem: Sleepy Hollow. Tam, gdzie Sleepy Hollow gra przede wszystkim nieporadnym podróżnikiem z przeszłości i jego humorystycznymi interakcjami ze współczesnym otoczeniem, Lucifer bawi się głównie zupełnym oderwaniem głównego bohatera od rzeczywistości. W obu serialach dochodzi do absurdalnych sytuacji, którym aurę wiarygodności nadają mu tylko protagoniści. Dla Lucifera praktycznie wszystko jest zabawą badź wyzwaniem, przez co serial od samego startu nabiera dość lekkiego, beztroskiego charakteru; jednak z drugiej strony łatwo też dostrzec w bohaterze przebłyski głębokich emocji, czyniące go bardziej ludzkim i łatwieszym do odniesienia. Nie wiem, jak to się ma do oryginalnej postaci z komiksu, ale przecież nie czytam komiksu, tylko oglądam serial, a tam podoba mi się bardzo. Sytuacja jest zatem bardzo prosta: Lucifer albo przypadnie Wam do gustu, albo nie. Nie jestem miłośniczką procedurali, ale jeśli twócy są w stanie rozbawić mnie przy nich do rozpuku, dostają ode mnie piąteczkę.

  • Uff, jest jeszcze ktoś komu się Lucyfer spodobał :). Ten pilot był taki cudownie zabawny, zaczęłam chichotać w pierwszej minucie i nie przestałam aż do końca.

  • Przekonałaś mnie do obejrzenia Supergirl i Blindspot. Dzięki!
    A tak na marginesie: czy tylko mi tatuaże skrywające tajemnice kojarzą się z Prison Break?

  • Mam wrażenie, że oglądałyśmy zupełnie innego pilota Supergirl. xD
    Zgadzam się z wszystkimi zarzutami, że serial przypomina komedie romantyczne i jest zbyt dziewczyński. Co więcej on strasznie przypomina parodię SNL – Black Widow Trailer, która pojawiła się niedługo przed wyciekiem pilota, co tylko pogłębiło moje wrażenia dotyczące tego, jak bardzo zmarnowali potencjał tego serialu. Niemniej jednak serial zapewne zgromadzi sporą rzeszę fanek i zamówienie kolejnych sezonów ma w kieszeni.
    Pozostałe trzy seriale, które opisujesz, są według mnie o wiele lepsze, tyle tylko, że procedurale zaczynają mnie już trochę męczyć.
    Dam szansę Lucyferowi, bo też się na nim świetnie bawiłam (zgadzam się w 100% z tym, co o nim napisałaś, dodałabym tylko, że genialne było to, jak wprost mówił wszystkim, że jest nieśmiertelny, miny ludzi = bezcenne). Być może jeśli znajdę chwilę obejrzę Minority Report, bo też podoba mi się technologia przyszłości tak delikatnie wplatana w naszą rzeczywistość. A Blindspot raczej sobie daruję (choć pilot był dobry i zawsze miło popatrzeć, jak kobieta spuszcza komuś łomot), bo przypomina mi mieszankę Blacklist i Prison Break, a mnie zaczyna już brakować czasu na nowe seriale ;)

    • Ten brak czasu – co roku pytam samą siebie, jak ja przeżyję kolejny sezon serialowy, ale zawsze jakoś daję radę. Tym razem NAPRAWDĘ się zastanawiam ^^

      Natomiast co do „Supergirl” – zawsze ciekawi mnie, co w takim razie serial powinien był zrobić, żeby nie marnować potencjału? Jak mówiłam, nie znam komiksów, więc trudno mi nawet wyobrazić sobie, co i jak zostało odrzucone, ale chętnie dowiedziałabym się, jak wyobrażali sobie tę adaptację fani :)

      • Mam dokładnie tak samo. Ilość oglądanych przeze mnie seriali przeraża mnie tak bardzo, że boję się je przeliczyć (w poprzednim sezonie było ich +30, a mam już kilka(naście) nowych na oku).
        Komiksowego pierwowzoru też niestety nie znam, więc trudno mi powiedzieć, co zostało pominięte. Chodzi mi o to, że scenarzyści zupełnie zrezygnowali z jakiejkolwiek oryginalności. O ile rozumiem, że uratowanie samolotu mogło stanowić nawiązanie do Supermana (co zresztą powiedział któryś z bohaterów), tak cała reszta została wyjęta z pierwszej lepszej komedii romantycznej, a to mnie boli. Nie wiem, czy widziałaś skecz, o którym wspomniałam w poprzednim komentarzu, ale wystarczy porównać go z Supergirl, żeby zrozumieć, o co mi chodzi. Poza tym – nie wiem, czy kiedykolwiek zwróciłaś na to uwagę – kobietom o wiele łatwiej przychodzi oglądanie produkcji teoretycznie przeznaczonych dla mężczyzn, niż mężczyznom oglądanie tych dla kobiet, bo głupota i dziewczyńskie zarazki. Scenarzyści trochę strzelili sobie w stopę takim podejściem, ale zapewne Supergirl zgromadzi wierną rzeszę fanek (co zupełnie mi nie przeszkadza). Różni ludzie, różne gusta. Sama oglądam seriale, które w najlepszym wypadku można nazwać średnimi (a głupoty się gromadzą i gromadzą) i wcale nie zamierzam z nich rezygnować, nieważne co ktoś o nich powie. Tak tylko chciałam zaznaczyć, że jak dla mnie Supergirl było bardzo słabe.

  • „Lucyfer” był nadzwyczaj dobr, co mnie zaskoczyło niesamowcie, jednak o MR i Blindspocie nie mam do powiedzenia dużo dobrego. Chyba nie przebiją się do mnie w zalewie nowości i jesiennych powrotów.