Długie miesiące oczekiwania zakończone – główni bohaterowie Frozen, na czele z Elsą oraz niezastąpioną Anną, nareszcie zawitały do Storybrooke. To był moment, na który czekali nie tylko fani Once Upon a Time (wiem, bo pytałam), może to też być moment przełomowy dla serialu. Ale dla nas będzie to przede wszystkim frajda, bo nawet nie-aminowane, siostry są przebojowe.

Sprawa castingu jest jasna – Georgina Haig jako Elsa i Elizabeth Lail jako Anna prezentują się rewelacyjnie, omawialiśmy to już nie raz. Odrobina psoty w spojrzeniu serialowej Elsy jest idealnym odbiciem jej animowanego oryginału, a pełen radości, beztroski uśmiech Anny emanuje dokładnie tym samym filmowym optymizmem. Gdy dodatkowo w opublikowanym w sieci wywiadzie usłyszałam, jak płynny, lekki i melodyjny jest głos Elizabeth Lail, zakochałam się w tym wyborze jeszcze ze dwa razy więcej. Pozostawało tylko jedno pytanie: czy to wszystko nie okaże się zbyt piękne, by było prawdziwe? Odpowiem tak: choć premierowe „A Tale of Two Sisters” uderza gdzieniegdzie w fałszywe nuty, udaje mu się zachować wydźwięk, który w Krainie lodu przewodził całemu filmowi, czyli pokazania i umocnienia wspaniałej więzi pomiędzy siostrami, która zmiękcza każde serca i topi każdy lód. Elsa i Anna są w dobrych rękach, a ich obecność nadaje – jeśli nie sezonowi, to przynajmniej temu odcinkowi – bardzo wyraźny i ciekawy kierunek.

Oglądając początkowe sceny „A Tale of Two Sisters”, można się w zasadzie poczuć jak w zupełnie nowym serialu. Samotny statek pośród sztormu, a w nim przemoknięta kobieta desperacko pisząca ostatni list do córek. Spoglądając śmierci w oczy, rodzice dziewczynek rzucają we wzburzone fale morza jedyną wskazówkę o celu swojej tajemniczej podróży. I wprawdzie list w butelce to marna szansa na powodzenie, światem Once Upon a Time rządzi przecież magia – nie mogę więc doczekać się zobaczyć, w jakich okolicznościach ta wiadomość zostanie odnaleziona.

fot. ABC

Jeszcze przed intrem odcinka przenosimy się w czasie pięć lat później, by poznać Elsę i Annę w przeddzień ślubu tej drugiej. Bez żadnego wprowadzenia czy przypomnienia, z progu dostajemy kontynuację, tym bardziej pogłębiając wrażenie oglądania czegoś zupełnie innego. Ale to dobre wrażenie – z jednej strony kłócące się z dotychczasową wiedzą o Once Upon a Time, ale z drugiej dające krzepiące poczucie czucia się z tymi postaciami jak w domu. Przecież to Elsa i Anna, dwie siostry, które znamy i lubimy nie od dzisiaj, które są dokładnie takie, jakie pamiętamy. Troskliwe, niesforne, kochające, dwie najlepsze przyjaciółki, jakie widziała ta ziemia. Jedna minuta  podczas oglądania sukni ślubnej i zatarła się każda różnica, jaką mogłam sobie wyobrazić – obie aktorki, a zwłaszcza energiczna Lail, już postarały się o to, by ukazać łączące ich bohaterki ciepło siostrzanej miłości. Kupuję to bez mrugnięcia okiem i zacieram ręce na więcej ich interakcji – w tej czy innej linii czasu, bez znaczenia – bo w nich błyszczą najmocniej i z naturalną swobodą przenoszą się w świat filmu.

Pytaniem pozostaje, czy pod koniec story arcu z Elsą i Anną bohaterki pozostaną tymi samymi postaciami. W końcu jedną z największych zalet Once Upon a Time jest miksowanie baśni na swój własny, pokręcony sposób, a póki co premiera sezonu była pod tym względem mało satysfakcjonująca. Oczywiście nie pojawiła się jeszcze Elizabeth Mitchell jako Królowa Śniegu, no i oczywiście obie siostry będę kochać równie głęboko come what may, ale im szybciej zobaczę je wplątane w zwariowany świat serialu, tym lepiej. No i chce  usłyszeć w nim klasyczne annowe „wait, what?”!

Tymczasem – i trochę niestety – „A Tale of Two Sisters” skupia się przede wszystkim na postaci zagubionej w Storybrooke Elsy, nie dając jeszcze Georginie Haig specjalnego pola do popisu jako Elsy samodzielnej. Wystraszona i zdezorientowana, królowa Arendelle przez większość odcinka błąka się po miasteczku bez wyraźnego celu, ślicznie odzwierciedlając jej filmowe obawy (kudos za moment wymuszonej koncentracji), ale ukrywanie się przed bohaterami to nie jest szczyt oczekiwań, jakie miałam co do tego odcinka. Tak samo, jak chcę więcej autentycznie zabawnego biegania za (przed) lodowym potworem, tak samo chcę też znacznie większych dawek emocji na płaszczyźnie storytellingowej. A może rzeczywiście chłodne powitanie to dopiero wstęp do prawdziwego trzęsienia ziemi? Postanawiam w to wierzyć.

Szczęśliwa, cała ta bieganina pięknie służy do pokreślenia dwóch wiodących w odcinku wątków, które świetnie komponują się z obecnością frozenowych bohaterek. Otóż ku swojemu przerażeniu, na początku odcinka Elsa odkrywa, że rodzice wyruszyli podróż z jej powodu. Natychmiast zakłada, że zginęli przez nią i obarcza się winą nawet wtedy, gdy Anna przekonuje ją, iż kilka wyciętych z kontekstu słów z pamiętnika matki nic jeszcze nie oznacza. Nie tracąc ani nadziei, ani pogody ducha, zabiera siostrę do swojego przyszłego szwagra, króla troli, który w swój typowy enigmatyczny sposób zdradza im cel podróży ich rodziców. Na tę wieść Anna niezwłocznie planuje już wspólną wyprawę w poszukiwaniu odpowiedzi, ale baczna ryzyka i nie pozbawiona obaw Elsa szybko chłodzi jej zapał. Szkoda, że nie widziała Anny podczas poszukiwań jej samej w filmie – wtedy dobrze by wiedziała, że jeśli Anna raz coś sobie postanowi, nie ma bata, żeby tego nie dokonała. I tak oto młodsza siostra królowej ukradkiem wymyka się z Arendelle, nie bez pomocy wiernego Kristoffa, ostatecznie zostawiając Elsę obwiniającą się nie dość, że za zniknięcie rodziców, to za zaginięcie i siostry. Kończy się bowiem na tym, że Anna znika bez śladu gdzieś w magicznej krainie, którą doskonale już znamy…

fot. ABC

I tak mamy pierwszy motyw: winy, która w Krainie lodu była niemal wątkiem przewodnim, a w Once Upon a Time pojawia się w najbardziej idealnym momencie, jaki można sobie wyobrazić. Winni bowiem czują się w tym odcinku praktycznie wszyscy. Za to, czego nieświadomie dokonała w finale zeszłego sezonu winna czuje się Emma, bo choć nie przeprasza za uratowanie Marian życia, jest jej szczerze przykro za przysporzenie cierpienia Reginie. Personalnie, w pewien dyskomfort wprawia ją też sytuacja z Hookiem, a nie umiejąc poradzić sobie z własnymi uczuciami, zaczyna go unikać – i jednocześnie czuć się z tego powodu winna. Strasznie fajny moment przychodzi pod koniec odcinka, kiedy w końcu mówią sobie, co im na sercu leży – oby to był wstęp do długiego i zdrowego, ale i burzliwego związku – bo dobrze było widać, że Emmie zależy. A jak jej zależy, to już jedną nogą jesteśmy w domu.

Z ogromną winą zmaga się Regina – najpierw próbując winić Marian za swoje nieszczęście, później siłując się z własnym nowo-pozyskanym sumieniem w batalii pomiędzy dobrem a złem. Momenty, w którym bez wahania posuwa się do knowań jak za dawnych czasów, a potem zawistny wyraz jej twarzy zmienia się najpierw w zrozumienie, a potem ból i akceptację, to chyba najlepsze fragmenty tego odcinka. Strach o Reginę towarzyszył mi przez cały czas, ba – choć w dużej mierze ten pożar został ugaszony, wcale bać się nie przestałam. Jak wypowiada Henry, Regina przeszła zbyt daleką drogę, by znów cofnąć się w tył, ale nie zmienia to faktu, że pokusa jest silna jak narkotyk. Jednak zniszczona od środka, Regina wcale nie jest już sama, co wspaniale udowadnia przyjacielski gest od Emmy – w nota bene kolejnej scenie sprytnie nawiązującej do Frozen.

Winę czuje również Robin Hood, rozdarty pomiędzy miłością a obowiązkiem, i odczuwa ją również Marian, która w ślepej nienawiści oskarża Reginę o całe zło tego świata, a potem wielkodusznie dziękuje za uratowanie jej życia. Ale największą winę niesie w sercu Rumpelstiltskin. Raz, z powodu przeobrażenia się w opanowanego rządzą potęgi potwora i w konsekwencji opuszczenia Baelfire’a (co wyznaje we wzruszającej scenie na cmentarzu), dwa, z powodu ukrywania przed Belle prawdy – i prawdziwego sztyletu. Jednak w przeciwieństwie do pozostałych postaci, tylko jego wina nie zżera od środka. Przeciwnie, wcale nie waha się szykować nowych mściwych planów, nawet podczas spędzania romantycznego miesiąca miodowego u boku swej młodej żony. Ponownie łatwo dostrzec, że miłość do Belle to jedyna szczerza rzecz w jego życiu, ale w końcu tym, co czyni tę postać wyjątkową jest jego ciągłe balansowanie na granicy dobra, zła i pokusy – więc Rumpel, czasami mam cię dość, ale nigdy się nie zmieniaj (zwłaszcza, jeśli znajdujesz kapelusz Myszki Miki z Fantazji i na pewno wiesz, do czego go wykorzystać).

Razem z Rumpelstiltskinem dochodzimy do drugiego motywu: zarówno on, Regina jak i Elsa zmagają się z byciem postrzeganymi jako potwory. Potworem nazywa Reginę Marian, Elsa błędnie interpretuje skierowane ku lodowemu gigantowi słowa Leroya, Rumpelstiltskin przyznaje, że zamienił się w „bestię”. To wszystko łączy się w bardzo obiecującą całość, pozwalając sądzić, że w 4. sezonie Once Upon a Time podejmie najciekawsze, moim zdaniem, spojrzenie w głąb siebie i próbowanie ponownego określenia przez bohaterów swoich tożsamości, z błędami czy bez. Emma będzie musiała określić się w związku z Hookiem, Charmingowie – w rodzicielstwie, Regina znów musi odnaleźć grunt pod nogami, a siostry z Krainy lodu ponownie odnaleźć się w chaosie, jaki zatrząsł ich życiem. Może – raczej! – nauczą się czegoś od siebie nawzajem? Jeśli tak wygląda nowa obietnica serialu, to jestem niemal pewna, że będzie to sezon jeszcze lepszy niż kiedykolwiek.

fot. ABC

Warto też wspomnieć o jeszcze dwóch disneyowskich ukłonach – jakby ten odcinek już od nich nie pękał! Kto jednak nie uśmiechnął się na widok tańca Rumpla z odzianą w żółtą suknię Belle, w komplecie z ikonicznym filmowym podskokiem oraz dźwiękami „Tale as Old as Time”? Kto nie zaśmiał się podczas dialogów Kristoffa ze Svenem, które wyszły im, nawiasem mówiąc, przepysznie? W ogóle kto nie ucieszył się na widok Kristoffa, który, podobnie jak siostry, wkracza w tę historię zupełnie jakby był w niej od zawsze? Uwielbiam Scotta Michaela Fostera, uwielbiam jego wybór do tej roli i uwielbiam, że jego Kristoff jest tym samym kochanym chłopakiem o wielkim sercu i nieobytych manierach. Domagam się więcej Kristoffa w tym sezonie!

Ale, kurcze, we wszystkich tych zachwytach trudno nie zauważyć, że „A Tale of Two Sisters” bardzo mocno opiera się na Disneyu, znacznie mocniej w tym jednym odcinku niż w każdym pojedynczym sezonie wcześniej. Zawsze z przyjemnością popatrzę na delikatną wzmiankę tu i tam, ale nie chciałabym, żeby nagle Once Upon a Time stał się poletkiem do zaorania przez studio Myszki Miki. Póki tak miło harmonizują z wydarzeniami w Storybrooke wszystko jest ok, ale mam nadzieję, że w dalszych odcinkach twórcy odrobinę przystopują z podpieraniem się nawiązaniami aż w takim stopniu. Wiem, że mają ważnych gości, ale mają też swój własny, unikalny i bardzo charakterystyczny serial.

Then again, jeśli tak ma wyglądać pożyczanie postaci bezpośrednio z filmów, to keep up the good work! Tylko następnym razem może z większym przytupnięciem ;)

PS. Czekam (nie)cierpliwie na Micheala Sochę. Bardzo (nie)cierpliwie!

  • Julita Chodzyńska

    No i jest zdjęcie Hooka <3 (tak, tak jestem w tym temacie bardzo monotematyczna – zwłaszcza odkąd nie ma już Szeryfa-Łowcy)

  • A wiadomo, w którym epku Socha powróci? Widziałam już jego zdjęcia z planu, ale żadnych konkretów nie podano, a szkoda bo też czekam!
    I bardzo się z twoją opinią zgadzam, jest fajnie, ale też wolałabym pozostanie w klimacie baśniowym a nie stricte disneyowskim:D. Co nie zmienia faktu, że siostry są wybrane cudownie, jestem ciekawa jak na ekranie wypadnie Hans, nie obraziłabym się na pogłębienie jego postaci bo we Frozen najbardziej mnie raził tą mało przekonującą przemianą dobry-dobry-jednak zły!:)

  • Adam Skwarczyński

    Anna z pierwszego zdjęcia strasznie kojarzy mi się z Dorotką z „Czarnoksiężnika z Oz” z 1939 roku :P.

  • Rzeczywiście jest w tym odcinku mnóstwo odwołań do Disneya, ale z „Krainą Lodu” nie widzę żadnej innej opcji. Po pierwsze, to jest film, który jest bardzo świeży i nadal pozostaje w świadomości wielu osób. Po drugie, to już i tak była bardzo luźna wariacja na temat „Królowej Śniegu”. Po trzecie, mało w tym filmie można było zrobić lepiej. Cieszę się, że Kitsis i Horowitz szanują oryginał i nie starają się go zrobić na nowo, ale biorą z niego wszystko z dobrodziejstwem inwentarza i rzucają w swój świat, dodając gdzieniegdzie nowy kontekst i rozwijając relacje bohaterów.
    Co do pozostałych nawiązań, to moim zdaniem były raczej na poziomie tych, które pojawiały się już wcześniej w serialu. A typowo baśniowe i folklorystyczne rzeczy – myślę, że nadal znajdzie się na nie miejsce w serialu – nie jest przecież tak, że twórcy zupełnie się od nich odżegnują.
    Przy okazji, masz jakieś teorie na temat autora księgi, tiary oraz celu podróży rodziców Anny i Elsy?