Sinbad 2012: Szerokiej drogi, załogo

Sinbad - Specials

[1×12] Dobiegła końca podróż Sinbada z 12-odcinkowego serialu od Sky1. Była to całkiem przyjemna podróż – nie pozbawiona trudów i przeciwności, ale lekka i odświeżająca. W zasadzie udało mi się nawet całkiem trafnie przewidzieć, że będzie to serial po prostu sympatyczny. Do niczego więcej nie aspiruje i jest mu z tym całkiem dobrze.

Prawdę mówiąc, po obejrzeniu pilota odstawiłam Sinbada na jakieś kilka dobrych tygodni. Dopiero w momencie, w którym nazbierało się parę odcinków, i, co niestety ważniejsze, nastał środek serialowego lata i nie miałam za co się zabrać, wzięłam się właśnie za przystojnego żeglarza – na zasadzie, że „a, może będzie fajnie”. I rzeczywiście było. Kolejne odcinki nie tylko pozytywnie mnie zaskoczyły, ale wciągnęły na tyle, że dalszy ciąg połknęłam z żywym zaciekawieniem, a potem z niecierpliwym uśmiechem na twarzy wyczekiwałam reszty.

Jest dokładnie tak, jak pisałam wcześniej – Sinbad to serial utrzymany w standardowo przygodowej konwencji, w której charyzmatyczny bohater wraz z przyjaciółmi przewija się przez egzotyczne miejsca i zaraz po zakończeniu jednej przygody natychmiast ląduje w następnej. Wielka życiowa wyprawa ubarwiona jest lekkim humorem, niebezpieczeństw jest mnóstwo, a deptający po piętach wrogowie nie spoczną, póki bohatera nie dorwą. Podczas oglądania czułam się niemal jak na klasycznej sesji heroic fantasy – ze starożytnymi artefaktami, magicznymi stworzeniami i tajemnymi sekretami (a nawet lochem z pułapkami), gdzie bohaterowie dzielnie stawiają czoła przeciwnościom losu, zdobywają nowe (punkty) doświadczenia i dorastają jako ludzie. Egzotyczne Dungeons & Dragons jak nic. Jest to aż tak proste. Ale choć proste i trzymające się mniej lub bardziej ogranych schematów, nie jest pozbawione swojego uroku – i to właśnie ten urok to podstawowa zaleta owego serialu. Sinbad serwuje naprawdę nie najgorszą mieszankę starego, dobrego – wręcz staroświeckiego – fantasy.

Jednak co zaskakujące, w całej tej klasycznej prostocie nie widać, by na siłę próbowano wnieść do niej coś oryginalnego. Wykorzystane są tu znane i oklepane schematy, które sprawdziły się w dziesiątkach podobnych historii, to prawda, ale przedstawione wydarzenia nie wydają się ograne z przymusu. Jest tu lekkość, płynność, nie najgorzej zachowana ciągłość, słowem całkiem poprawna konstrukcja. Na ile użycie stereotypowych motywów było zamierzone, a na ile twórcy chcieli rzeczywiście stworzyć coś świeżego, trudno powiedzieć (bazuję wyłącznie na własnych wrażeniach), ale w tym wszystkim na pewno udała im się jedna oryginalna rzecz: postać głównego bohatera. Sinbad to to przede wszystkim omylny śmiałek, który z całą pewnością nie posiada odpowiedzi na wszystkie pytania.

Widzicie to morze w tle? No właśnie ^^
Widzicie to morze w tle? No właśnie ^^

O Sinbadzie sprawdziło się wszystko, co napisałam wcześniej – że narwany, ale sprytny – ale w dalszych odcinkach wyszło, że przede wszystkim młody, nieokrzesany, porywczy, zbyt pewny siebie, a przez to popełniający błąd za błędem. Pierwszy, tragiczny w skutkach, popełnił już na starcie, przyczyniając się do śmierci brata, ale potem musiało minąć naprawdę niemało odcinków zanim wbito mu do głowy trochę rozumu i nauczono odpowiedzialności. W międzyczasie pakował swoich przyjaciół w tarapaty (w przeciwieństwie do bohaterów przyjaciół z tarapatów ratujących), dał się ratować innym (tudzież inaczej: to inni bohaterowie często ratowali dzień) i uciekał od prawdy tak daleko, jak tylko się dało. Wprawdzie wszystko bierze się stąd, że Sinbad kieruje się sercem, a nie rozumem, przez co jego motywy są momentami do bólu szlachetne, ale okazjonalny przypływ czystego egoizmu ratuje jego wizerunek przed nieskalaną jak łza patetycznością. Poza tym w końcu mądrzeje. Nie za wiele, ale mądrzeje. Nie jest więc idealny, jego decyzje mogą zaskakiwać, i to całkiem negatywnie, ale ostatecznie nie można zaprzeczyć, że jednym uśmiechem gasi wszelkie wątpliwości.

Druga sprawa, Sinbad nie byłby nawet w połowie tak ujmujący, gdyby nie odgrywający go Elliot Knight. Centralna rola w serialu musi być zagrana z życiem, inaczej po prostu nie dałoby się go oglądać, dlatego trzeba powiedzieć, że Knight jest tu naprawdę liderem. Odegrał Sinbada z całkowitą lekkością, i chyba jako jedyny z całej głównej obsady może się pochwalić naturalnym talentem. To kolejny plus oglądania go na ekranie. Nie oznacza to jednak, że pozostali nie mieli się czym popisać – po prostu Knight na ich tle zdecydowanie błyszczał. Zaryzykuję wręcz stwierdzenie, że jego entuzjazm i zaangażowanie udzieliło się reszcie, dzięki czemu obyło się bez poważnych zgrzytów, gdy jego twarz znikała z kadru. I co śmieszniejsze, paradoksalnie najgorzej wypadł Naveen Andrews. Po roli w Zagubionych spodziewałam się po nim znacznie więcej, ale przykro mówić, z pośród wszystkich postaci o jakimkolwiek znaczeniu, lord Akbari do samego końca był najbardziej drętwy i nijaki.

Ach, statek.
Ach, statek.

To były podstawowe zalety – teraz połowiczne zalety. Tutaj prym wieść będzie spójność historii jako całości. Poszczególne odcinki świetnie sprawdzają się jako zamknięte historie (którymi są), ale przy próbie wpasowania ich do większej układanki fabuła ujawnia braki. Mniej więcej do połowy serialu ma to jeszcze sens, bo bohaterów napędza konkretna motywacja, ale później fabuła na kilka odcinków się rozjeżdża, a choć na koniec stara się wrócić na jakiś z góry ustalony kierunek, nie jest to do końca zabieg udany. W efekcie Sinbada najlepiej oglądało się z odcinka na odcinek, co ponownie przypomniało mi o starych dobrych czasach, kiedy na ekranach królowała Xena i Hercules. Całość zamyka się jednak zgrabnie – tytuł tego wpisu jest najlepszym podsumowaniem finałowego odcinka – a do tego całkiem intrygująco. Szkoda, że na kontynuację zapewne liczyć nie można (choć warto patrzeć, jak serial poradzi sobie w innych krajach).

Drugą wartą odnotowania zaletą, która jest nią na pewno w jakiejś części, są efekty specjalne. Bałam się ich całkiem poważnie, a fajnie wykreowane morskie potworki z pilotowego odcinka nie do końca te obawy uciszyły. Dalej było jednak zupełnie na poziomie. Poziom to oczywiście serialowy, ale widać, że producenci budżetu nie szczędzili. Magiczne stworzenia, których jest tutaj całkiem sporo, dało się oglądać bez kręcenia nosem, a ich sztuczność nie była nawet w połowie tak wyraźna jak w Once Upon a Time (gdzie efekty komputerowe stały się synonimem serialowego kiczu ever). Cieszyła oko również scenografia wnętrz, a przede wszystkim Providence, czyli statek, na którym dzieje się większość akcji. Jako wielbicielka egzotycznego klimatu fantasy byłam w zupełności usatysfakcjowana, bo w końcu nieczęsto widuje się go bądź na małym, bądź na dużym ekranie.

Narzekająca arystokratka. Love her.
Narzekająca arystokratka. Love her.

A teraz zalety, które zaletami nie są, czyli nieco wad. Są dwie wady o niewielkim znaczeniu i jedna wada o dużym znaczeniu, więc zacznę od tych pierwszych. Otóż niewiele zmieniło się w kwestii bzdurnych pomysłów i oczywistych niedorzeczności, choć na przestrzeni dwunastu odcinków zdążyłam się uodpornić – poza tym nie były one aż tak drastyczne, jak zakradanie się na statek w biały dzień przy pełnej załodze. Mogłabym też czepiać się banalnych niekiedy rozwiązań i uproszczeń, ale przy produkcji, która zdobyła sobie moją sympatię czym innym mogę na to machnąć ręką. Nie były to banały aż tak denerwujące. O wiele bardziej drażniły mnie niektóre plenery i kostiumy, bo obie rzeczy momentami zbyt mocno pachniały teraźniejszością. Zdjęcia kręcone były na Malcie, jak by nie było egzotycznej, ale bardzo mało „ucharakteryzowanej”. W rezultacie oglądając sceny w miastach nie mogłam pozbyć się wrażenia, że bohaterowie chodzą po ulicach przebrani jedynie w dziwne stroje. Ciężko było w takich momentach uwierzyć, że akcja dzieje się w innej rzeczywistości. Tak samo działały na mnie niektóre kostiumy – zakrojone jak garnitury okrycia czy też kapelusze z rondem na zachodnią modłę wybitnie odstawały od przyjętej formy. Jest też jeden odcinek, który w ewidentnie przesadzony sposób bazuje na dobrach dzisiejszego świata, ale ratował go fajny temat, więc dało się przełknąć. Nie są to oczywiście rzeczy, które całkowicie psuły mi odbiór, ale mogły nieco bardziej wpasować się w klimat.

Znacznie cięższa do zniesienia była jednak ta jedna zasadnicza wada – głębsze relacje pomiędzy postaciami. Same w sobie, postacie zostały naprawdę ciekawie wykreowane. Każda ma swój charakter, swoje słabości, swoje wady i swoje mocne strony – wszystko uwypuklone w poświęcanych im odcinkach – ale w momencie, w którym trzeba zderzyć ich razem wychodzi dość duże nic. Rodzajów relacji jest w Sinbadzie kilka – pomiędzy mentorem a adeptem, dwoma przyjaciółmi, bohaterem i bohaterką, ale choć te pierwsze sprawdzają się prawidłowo, te ostatnie wołają niestety o pomstę do nieba. Relacji damsko-męskich jest tu co najmniej dwie, ale twórcy chyba nie za bardzo wiedzieli, co chcieli z nimi zrobić. Albo co gorsza, wiedzieli, ale nie chcieli zrobić za bardzo, więc najpierw bohaterów zbliżali, potem oddalali, potem znów coś, i wyszło nie-wiadomo-co. I tak po kilku pierwszych odcinkach ładnie zawiązały się potencjalne możliwości, ale po kilku następnych, w wyniku kompletnego ich ignorowania, nie zostawał po nich nawet ślad. Tak jakby wszystko resetowało się do zera. Na domiar złego, w połowie serialu załogę opuszcza jedna z głównych bohaterek, co już w ogóle zaprzepaściło szansę na jakikolwiek rozwój wydarzeń (wtedy już mogłam sobie o shippowaniu tylko pomarzyć). Do tej pory nie znalazłam informacji o tym, co tę decyzję spowodowało – aktorka czy producenci – ale już mi się dalej Sinbada oglądało o te kilka procent mniej fajnie. Sprawa nie poprawiła się do końca – wręcz cofnęła się daleko w tył. Zatem nie dość, że tak przygodowy temat aż się prosi o szczyptę pikanterii, to bawienie się z widzami i granie im na emocjach było tutaj strasznie słabo rozwiązanie.

Anwar wcale nie taki ciapowaty.
Anwar wcale nie taki ciapowaty.

Owe relacje nie są, rzecz jasna, całkowicie puste, ale najlepiej sprawdzają się jako narzędzia w rozwijaniu fabuły. Więc znów – Sinbada najlepiej ogląda się jako pojedyncze odcinki. Mają porządną konstrukcję, sporo humoru, nawet zabawne dialogi, postacie pokazują w nich swoje mocne, i słabe, strony, i da się to naprawdę przyjemnie oglądać. Ja się w końcu poddałam w oczekiwaniu na fajny wątek romantyczny, więc nawet ucieszyła mnie wiadomość, że żaden nie został rozwinięty do samego końca.

Warto też wspomnieć o występach gościnnych, które w kilku przypadkach naprawdę pozytywnie mnie zaskoczyły. Poza Naveenem Adrewsem z Zagubionych, rolę o sporym znaczeniu odgrywała Orla Brady, którą widzowie Fringe mogą kojarzyć z kreacji matki Petera. Dalej są tuż nazwiska znane z dużego ekranu: Timothy Spall (np. Peter Pettigrew z Harrych Potterów), Dougray Scott (!) i Evanna Lych (Luna Lovegood, znów z Potterów). Nie powiem, że jakoś to wpływa na mój ogólny odbiór serialu, ale miło było zobaczyć w takiej mini-produkcji kilka znanych twarzy.

Czy zatem mogę polecić przygody żeglarza z czystym sercem? Mogę, ale tylko osobom, które lubią luźny, rozrywkowy klimat, barwne, klasyczne fantasy i są w stanie przymknąć oko na mniej lub bardziej drobne detale. Jestem pewna, że wtedy Sinbad niejeden raz Was zaskoczy. To na pewno produkcja lepsza niż ten nieszczęsny serial z 1997 roku. I choć mnie autentycznie frustrowały kiepsko poprowadzone relacje, ale jednocześnie urzekła prosta konwencja, serial ostatecznie zdobył sobie moją sympatię i cieszę się, że go obejrzałam. Nie wnosi wiele, nie zostawia za sobą dużo, ale zwyczajnie fajnie się go ogląda. 6/10.

  • Wytrzymalem cztery odcinki, moze piec. Rzucilem. Nudne, sztmapowe, momentami wrecz bezdennie glupie. Spodziewalem sie czegos dobrego (z poprawka na niskobudzetowa serializacje fajnej historii, ktora prosi sie o wysokobudzetowy film), dostalem niestrawna papke.

    • Zgadzam się, zgadzam się i się zgadzam, na pewno w większości, ale co ja poradzę, że mi się podobało? ;) Czasem trafią się po prostu produkcje głupie, ale fajne, i dla mnie „Sinbad” 2012 jest jedną z nich :)

    • Ja zobaczyłem pilota z wielkim trudem. Było w miarę nim znaleźli się na statku, potem jak dla mnie to już tragedia. Ale tak jak piszesz każdy ogląda to co lubi i to jest najważniejsze. Fajnie, że powstaje tyle seriali i że jest w czym wybierać. W sumie to może nie powinienem się wypowiadać skoro oglądam „90210” itp. ;)

      P.S. Oglądałem ostatnio Twoje wywiady i myślę, że wypadłaś bardzo sympatycznie :)

    • Dzięki za miłe słowa :) W sumie był to tylko jeden wywiad i zdarzyły mi się z 2-3 potknięcia, ale jak na pierwszy raz jestem całkiem zadowolona z efektu :)