Sinbad 2012: Duch przygody

sinbad-2012-f

[1×01] Nowa wersja przygód Sinbada już jest – i choć wady i zalety pilota dosyć się wyrównują, gdzieś w zakamarkach podświadomości zakodowało mi się określenie „sympatyczny”. Łącznie z „przygodowy” i „z potencjałem”, na ten moment to chyba najbardziej treściwe podsumowanie.

Postaci Sinbada nikomu nie trzeba chyba przedstawiać (swoją drogą Sinbad – Sindbad? skąd się w Polsce wzięło takie tłumaczenie?). W dziesiątkach dzieł popkultury dzielny żeglarz często przedstawiany jest jako sprytny awanturnik, i nowy brytyjski serial wcale od tego schematu nie odbiega. Przyzwyczaiłam się już do zuchwałych ulicznych złodziejaszków, ale ponieważ mają oni swój nieodparty urok – choć nie tak nieodparty, jak urok filmowego Dastana – moje przyzwyczajenie się nigdy nie wydaje się wystarczające. Tak czy inaczej, w wyniku nieszczęśliwego wypadku beztroskie życie Sinbada zostaje zawalone jak domek kart, bowiem spada na niego okrutna zemsta wpływowego władyki. Bohater musi uciekać z miasta – goniony dodatkowo przez klątwę – ale prawdziwe kłopoty zaczynają się dopiero, gdy zakrada się na pokład przypadkowego statku w porcie. Tak otwiera się wielka, niebezpieczna przygoda – i właśnie ta przygoda, a w zasadzie jej zarysowany duch – jest dla mnie największą zaletą nowego serialu.

Kolejną była dla mnie niespodzianka w postaci aktora wcielającego się w głównego bohatera. O Elliocie Knighcie nikt zapewne nigdy nie słyszał, bo rola Sinbada jest jego pierwszą w karierze, ale jak na takiego świeżaka wypada całkiem nieźle. Co więcej, wypada moim zdaniem najlepiej z całej obsady, bo jest autentycznie żywy, energiczny i wydaje się dokładnie wiedzieć, czym się tę rolę je. Poza tym posiada naprawdę uroczy uśmiech, a wschodnia uroda jest bez wątpienia dodatkowym atutem. Zdecydowanie jeden z powodów, dla którego pilota ostatecznie oglądało mi się przyjemnie. Zresztą, sam Sinbad został pomyślony w sposób dosyć dla mnie sensowny. Wiadomo, zaczyna jako beztroski śmiałek uważający, że z każdych tarapatów wydostanie się tylko z pomocą owego czarującego uśmiechu, ale choć tragiczne wydarzenia nieco go wyciszają, nie odbierają mu całkowicie wyluzowanego usposobienia. Jest przy tym bardziej sprytny niż w gorącej wodzie kąpany – świetne wrażenie zrobiła na mnie scena, w której udaje nieprzytomnego, żeby wydostać się z klatki (w przeciwieństwie do rzucania się i wrzeszczenia, żeby go wypuścić – to już było). Główny bohater to ogólnie najsilniejszy punkt tego pilota, a choć scenariusz w paru miejscach nie wykorzystuje go najlepiej, jest w nim duży potencjał na ciekawy rozwój.

Trzecią pozytywną niespodzianką są stosunkowo udane efekty. Nie oszukujmy się, mam niską tolerancję na tandetne efekty komputerowe (vide Once Upon a Time), a trailery Sinbada nieszczególnie uspokajały moje obawy. Muszę jednak powiedzieć, że z wyjątkiem płynącego po morzu komputerowego statku efekty stoją na całkiem przyzwoitym poziomie. Wodnym potworkom i walce z wodnymi potworkami  wręcz udało się mnie zaskoczyć. Nie wiem, jak to wyjdzie w dalszych odcinkach – podejrzewam, że pół na pół – ale z ilością magii, jakiej można się dalej spodziewać efektów na pewno będzie więcej. To jedyne bezpieczne założenie, jakie mogę na tym etapie wysunąć.

Zadziorny uśmieszek. I'm lovin' it.
Zadziorny uśmieszek. I’m lovin’ it.

Ale wracając do przygodowego ducha, w pilotowym odcinku dosyć dużo się dzieje. Zaczyna się do bijatyki, później są gonitwy po mieście, a na koniec mamy walkę z wodnymi potworkami i próbę przetrwania wielkiego sztormu. Wszystko to jest bardzo przygodowe i klimatyczne, dodatkowo okraszone magią, już nie wspominając o tym, że łączy ze sobą dwie moje ulubione rzeczy – magię fantastycznego bliskiego wschodu z wodą (!). Do tego kolorowe kostiumy, przecudna biżuteria i mnóstwo życiodajnego słońca – bo ileż seriali może być „mrocznych” – i wychodzi z tego bardzo sympatyczna mieszanka wyjęta jakby wprost z sesji RPG. Również kompani Sinbada są standardowo przygodowi – mała złodziejka, poważna, jak przypuszczam, czarodziejka, ciapowaty lekarz, szorstki i dobroduszny kucharz oraz doświadczony weteran z pewnością są miłośnikom przygodowych historii doskonale znani, ale – szczerze – coś zbytnio odbiegającego od schematów mogłoby się tutaj nie sprzedać. O żadnym z tych bohaterów jeszcze prawie nic nie wiadomo, jak np. ich imion – podobnie jak ze „złymi” – ale jest na to jeszcze 11 odcinków i spore pole do popisu. Tym bardziej, że w pilocie wszystko zostało w zasadzie jedynie nakreślone, więc rozwinięcie tych wątków jest konieczne dla prawidłowego funkcjonowania tego serialu. I tutaj właśnie dochodzę do sedna.

Problem z Sinbadem polega bowiem w tym, że wszystkie te fajne elementy same siebie krwi w żyłach niestety nie wzburzą. Pilotowi nie udała się jedna, ale za to bardzo poważna rzecz: przedstawienie postaci. Z wyjątkiem Sinbada, którego wstęp pozwala na dość dokładne poznanie go z bliska, pozostali bohaterowie zostali jedynie naszkicowani, a w większości przypadków wręcz wrzuceni do scenariusza bez ładu i składu. Brakowało choćby minuty na odrębną scenkę zapoznawczą, żeby dać widzowi jakiś punkt zaczepienia. W efekcie kilka najbardziej kluczowych postaci – jak chociażby główny zły, jego tajemnicza poplecznica, czy nawet „babcia” (?) Sinbada, która z niewiadomych przyczyn rzuca na niego klątwę – wydaje się całkowicie oderwanych od rzeczywistości. Momentami nawet nie wiedziałam, kto o kim i dlaczego mówi, bo kompletnie nie miałam do czego się odnieść. Pilot jest niefortunnie poszatkowany i skacze od sceny od sceny, pozostawiając za dużo elementów w sferze domysłów. Z tego powodu nawet sceny akcji nie niosą ze sobą oczekiwanego ładunku emocjonalnego, bo nie było kiedy przywiązać się do bohaterów. Jest tu naprawdę spory potencjał do wykorzystania i jak na razie Sinbad ma u mnie kredyt zaufania, że do czasu finału zrobi z tym porządek.

Może sztucznie i umownie, ale przynajmniej kolorowo.
Może sztucznie i umownie, ale przynajmniej kolorowo.

Z innych wad, było też parę absurdalnie głupich momentów. Nie wiem, jak zakradającego się na statek Sinbada – w biały dzień i to przez środek pokładu – nie zauważył żaden z załogantów, ale najwyraźniej jest to w jakimś świecie możliwe. A żeby tego było mało, nie wiem, jak ukrywającą się na statku złodziejkę – i to wychodzą w biały dzień na pokład – nie zauważył żaden z załogantów, ale to najwidoczniej też nie jest takie łatwe. Mnie pomogło uderzenie się w czoło i udawanie, że ja też tego nie zauważyłam. Za wadę policzę też muzykę, która wydaje się tak kiepsko dobrana, jak to tylko możliwe, oraz ubranie głównego bohatera. Naprawdę, Sinbad, w swojej granatowej koszulce z krótkim rękawkiem i luźnych spodenkach do kolan wygląda jak przeciętny turysta na wakacjach. Na szczęście wygląda na to, że w dalszych odcinkach dzielny żeglarz będzie na sobie miał/nie miał co innego, więc to też mogę z powodzeniem wybaczyć.

Podsumowując – jest lepiej, niż myślałam. Chwilami trzeba dosyć mocno przymykać oko, ale z sympatycznym i nieźle zagranym bohaterem i całym morzem możliwości może z tego serialu wyjść całkiem przyjemne oglądadło. Profilaktycznie lepiej jednak obniżyć oczekiwania, choć w porównaniu ze słabiuteńkim serialem z 1996 roku nowa wersja wychodzi znacznie lepiej – a na pewno nieco żywiej. Ja jestem stosunkowo zadowolona, więc z równowagi pół na pół pilot Sinbada dostanie ode mnie 6/10. Za tą sympatyczność, przygodowość i potencjał. 

  • @swoją drogą Sinbad – Sindbad? skąd się w Polsce wzięło takie tłumaczenie?

    Z Lesmiana. Arabski źródłosłów wygląda tak: سندباد, (fonetycznie – Sand-bâd) więc ogólnie przyjęte tłumaczenie angielskie i polskie uznaję za równorzędne jakościowo.

  • Anonymous

    Sinbad the Sailor (also spelled Sindbad; Arabic السندباد البحري as-Sindibād al-Baḥri; Persian سندباد Sandbād).

    U nas wzieli z arabskiego oryginalu (sandbad jest perski, nie arabski), w UK zgubili literke w transkrypcji.