Silent Hill: Apokalipsa: Jazda przez nudę

silent-hill-apokalipsa-f

Silent Hill: Apokalipsa to film, na który w zasadzie czekałam, bo wieść o kontynuacji świetnej produkcji z 2006 roku bardzo mnie ucieszyła. W swoim entuzjazmie zapomniałam jednak, że to kontynuacja. Dobrze się złożyło, że do kina ostatecznie nie zawędrowałam, ponieważ film boleśnie przypominał mi o tym fakcie prawie na każdym kroku.

Silent Hill okazał się filmem wyjątkowym. Rzadko się zdarza, by adaptacja gry video umiejętnie przeniosła na ekran klimat konsolowego oryginału, a do tego była filmem dobrym sama w sobie. Christopherowi Gansie sztuka ta udała się znakomicie i do dziś uważam jego produkcję za jedną z najlepszych filmowych wersji gier. Przekonałam się o tym ponownie podczas powtórnego seansu w ramach przygotowań do części drugiej. Wtedy przekonałam się też, że seans ten okazał się gwoździem do trumny Silent Hill: Apokalipsy, bo bezwzględnie i na świeżo obnażył wszystkie jego słabości.

Najciekawszą rzeczą w całym filmie jest jego zarys fabularny. Główna bohaterka, Heather Mason (Adelaide Clemens), wraz z ojcem (Sean Bean) po raz kolejny przeprowadziła się do nowego miasta. Nie zamierza jednak zagrzać w nim miejsca, bo żyje w ciągłej ucieczce przed tajemniczymi wydarzeniami z przeszłości. Nie może jednak uciec przed straszliwymi koszmarami, w których makabryczne postacie nawołują ją do udania się do Silent Hill. Heather nie rozumie ich źródła, dopóki nagłe porwanie jej ojca nie zmusi jej do działania. Z pomocą nowo-poznanego Vincenta (Kit Harrington) wyrusza do osnutego mgłą miasteczka, by zmierzyć się z siłami ciemności.

Tu jeszcze jest klimat...
Tu jeszcze jest klimat…

Zanim przejdę dalej muszę się przyznać, że w gry tak naprawdę nigdy nie grałam. Spróbowałam kiedyś części pierwszej, ale klimat wszechobecnej grozy przeszył mnie takim strachem, że po dziesięciu minutach ścigałam się z czasem, żeby ją jak najszybciej wyłączyć. Krótkie dziesięć minut pozwoliło mi jednak utwierdzić się w przekonaniu, że w bardziej przerażającą grę niż Silent Hill nie grałam i nie zagram (bo od tamtej pory mam w sumie traumę do survival horrorów – ktoś musiałby siedzieć obok, żeby trzymać mnie za rączkę). Do trójki nigdy więc nie dotarłam, dlatego też fabuła Apokalipsy była dla mnie zupełną zagadką. Przede wszystkim zastanawiał mnie fakt, że jaka Heather? Obecność Seana Beana wskazywała, że to Sharon, ale przecież jak wydostała się z miasteczka? Co się stało? O co chodzi? Bardzo byłam ciekawa odpowiedzi na te pytania. Poza tym trailer pokazywał Dahlię, a powrót oryginalnej obsady teoretycznie dobrze o filmie świadczy. Do tego dochodził jeszcze Kit Harrington, którego z przyjemnością zobaczyłabym w roli innej niż Jona Snowa z Gry o Tron. Wszystko powyższe składa się na całkiem sensowne powody zainteresowania tym tytułem. Problem w tym, że jak już odkryłam, kim jest Heather, napatrzyłam się na Kita Harringtona i razem z bohaterami wróciłam do Silent Hill, została jeszcze ponad połowa filmu do końca…

Intencje miałam szczerze – zwłaszcza, że generalnie zachęciły mnie dwie recenzje, jedna na Malkontentce, druga niedawno na Horrorach – ale szybko musiałam sobie powiedzieć, że czułam się po prostu znudzona. Mój główny problem z tym filmem polega na tym, że za wszelką cenę usiłuje budować klimat strachu i makabry za pomocą wszystkiego, byle nie bohaterów. Zamiast skupić się na przeżyciach Heather, przez pryzmat której wydarzenia oglądamy, film woli pokazywać ucieczki przez ciemne korytarze, chowanie się za przeszkodami i coraz to nowsze niespodzianki, które mają zszokować widza. W efekcie sceny, w których Heather zwiedza miasteczko i odkrywa kolejne kawałki układanki to tylko sceny, w których Heather zwiedza miasteczko i odkrywa kolejne kawałki układanki. Brak im napięcia wynikającego z emocjonalnego związania z postaciami, bo ci zostają zepchnięci zupełnie na drugi plan. W pewnym momencie miałam już dość kolejnych dłużących się spacerów i bieganin, bo dla klimatu były kompletnie bezcelowe – nie mówiąc o tym, że po prostu nudne. Okropnie nie lubię horrorów, w których rzeczy dzieją się dla samego dziania. Jeśli wydarzenia nie wpływają na postacie i nie pozwalają mi doświadczać ich z ich perspektywy, co ma mnie straszyć? Wyskakujący zza rogu mutant z wielkim mieczem? Nie bardzo.

Ten pan był obowiązkowy.
Ten pan był obowiązkowy.

Żeby było zabawniej, Silent Hill: Apokalipsa też ma szczere intencje. Widać to przy początku, kiedy poznajemy Heather, bo film bardzo ładnie bohaterów wprowadza. Nie miałam najmniejszego problemu w zżyciu się z ich sytuacją i rozbudzeniem ochoty na poznanie ich lepiej. Szybko zaczynają się jednak scenariuszowe skróty i, co gorsza, następuje brak logiki. Nie mogę na przykład zrozumieć, w jaki sposób bohaterka – żyjąca bądź co bądź z ciągłą ręką na pulsie – tak po prostu zaczyna ufać nieznajomemu. Działania nieznajomego stają się jaśniejsze dopiero później, ale na powstałe w ich wyniku wątpliwości trzeba sobie odpowiedzieć samemu. Okazuje się również, że z samego środka galerii handlowej można trafić do bliżej niezidentyfikowanej kotłowni (bo przecież po kotłowni najlepiej się ucieka). Za to później, kiedy fabuła zaczyna nabierać kształtu, ni stąd ni zowąd pojawiają się inne postacie, które samą swoją obecnością burzą to całe w pocie czoła budowane napięcie. Bo oto, zamiast kontynuować przygodę z perspektywy Heather, dostajemy podgląd na to, co robią ci źli, o których wcześniej nie było nawet mowy. Takiego wybicia z rytmu ze świecą szukać. Kończy się na tym, że Silent Hill: Apokalipsa to zbitek luźno powiązanych ze sobą scen, których jedyną zaletą jest fakt, że prowadzą do końca filmu.

Apokalipsa nieszczególnie zachwyca też pod względem technicznym. Ponownie – bardzo by chciała – ale generalnie albo powtarza sprawdzone elementy z jedynki (Pyramid Head, pielęgniarki, wystrój wnętrz), albo tworzy nieudolne podróbki (fatalnie ucharakteryzowana białowłosa Claudia). Ani to oryginalne, ani przekonujące, ani tym bardziej wciągające. Jedyną w zasadzie rzeczą, którą się pod tym względem twórcom udała, jest „charakteryzacja” miasteczka, ale nie jest to niestety nic, czego już nie pokazałby nam pierwszy film. W pewnym momencie pojawia się też efekt komputerowy, za który twórcy powinni się autentycznie wstydzić. Oglądając te wszystkie potworki zaczęłam się naprawdę zastanawiać, w jaki sposób ten film został w ogóle zatwierdzony do kin. Ewidentnie widać, że miał spore szanse się udać, ale spłycenie bądź co bądź ciekawej fabuły i marne, jak na swój – nazwijmy to – status efekty wizualne grzebią go pod ziemią całkiem głęboko.

Złego słowa o nich nie powiem.
Złego słowa o nich nie powiem.

Z tego powodu okropnie szkoda mi aktorów. Widok takich twarzy jak Malcoma McDowella, Carrie-Anne Moss czy Seana Beana, który wyglądał, jakby chciał być w każdym innym filmie, byle nie w tym, powodował, że wysyłałam im jedynie fale gorącego współczucia. To nie są nazwiska dla tak niskiej kategorii i naprawdę było mi przykro patrzeć na to, jak się męczą. Tego samego nie da się oczywiście powiedzieć o dwójce młodszych odtwórców, ale tu przyznam, że do ich występu nie mam szczególnych zastrzeżeń. Spotkałam się z opiniami, że zarówno Adelaide Clemens, jak i Kit Harrington zagrali drętwo i nieprzekonująco, ale ciężko mi się z tym zgodzić. Oboje starali się wlać w swoich bohaterów życie i w większości przypadków nie miałam problemu z dostrzeżeniem tej iskry. Wszelkie braki zrzuciłabym natomiast na karb reżysera, który chyba nie wiedział, czego dokładnie od swoich bohaterów chciał. W połączeniu z poucinanym scenariuszem i poskracanym montażem, dało to taki a nie inny efekt braku ładu i składu. Pozostaje powiedzieć tylko jedno: szkoda.

Gdybym więc wiedziała, jak kiepskim filmem jest Silent Hill: Apokalipsa, raczej bym go z własnej woli nie obejrzała. Wyjątkowo jednak polecę sprawdzić go osobiście, bo – jak widać po wspomnianych wyżej recenzjach – opinie są skrajnie różne. Ja potępić go całkowicie nie mogę, ale też ciężko mi go uznać za tytuł udany. Ostrzegę tylko przed jednym: nie zapomnijcie, tak jak ja zapomniałam, że to kontynuacja. To powinno już na starcie rozwiać wszelkie wątpliwości.

Silent Hill: Apokalipsa (Silent Hill: Revelations 3D), 2012
Reżyseria: Michael J. Bassett
Scenariusz: Michael J. Bassett
Obsada: Adelaide Clemens, Kit Harington, Deborah Kara Unger, Martin Donovan, Malcolm McDowell, Carrie-Anne Moss, Sean Bean
Muzyka: Jeff Danna, Akira Yamaoka
Ocena: 4/10

  • Nie dość, że kontynuacja, to jeszcze 3D. A ja jestem z tych, co jak słyszą 3D, to prychają ^^

    I zgadzam się w zasadzie ze wszystkim, co napisałaś, sama wystawiłam taką samą ocenę. Może nie dostrzegłam nic szczególnego w grze młodszej części obsady, ale winię raczej twórców, którzy po prostu nie dali im niczego do zagrania. Jest tak jak piszesz – chodzenie na skróty i kompletne spłycenie warstwy psychologicznej. Przez lwią część filmu miałam wrażenie, że oglądam gameplay, nie film fabularny. Na początku było dość fajnie, potem wszystko idzie według schematu „znajdź fant #1, idź do punktu A., scal z fantem #2, pokonaj bossa”. A gdzieś pomiędzy plącze się Kit Harrington, przekonujący, że są tu również wątki poboczne, żeby nie było ^^

    Od strony wizualnej IMO wyszło ładnie. Byłam – niestety – w kinie, Piramidogłowy i latające palce to całkiem fajny bajer, ale nic innego, ceny biletu nie jest wart. Podsumowując – zmarnowana kasa. Czas niekoniecznie, ale lepiej było czekać na DVD.

    A tak btw, nie mam pojęcia, jak to się stało, że przegapiłam reckę u Buffy :/

  • Szczerze mówiąc to powiem, że nie mam najmniejszych wątpliwości, że zupełnie inaczej patrzę na ten film, bo w „Silent Hill 3” grałam. Najprawdopodobniej dlatego nie widzę tych wszystkich dziur fabularnych, bo po prostu wiem o co w tym wszystkim miało chodzić. Podejrzewam, że to właśnie taki film. Poskracany i poucinany, zakładający, że widz posiada wiedzę o świecie przedstawionym i złoży sobie wszystko do kupy. Chociaż i tak trzeba przyznać, że wiele wątków z gry po prostu wypadło :(

    • Aeth

      Też mi się tak wydaje. W dodatku jestem całkowicie przekonana, że odebrałabym ten film znacznie lepiej, gdybym tak jak Ty znała grę. Nie zmienia to jednak faktu, że skrótów fabularnych tego typu w filmach niestety nie umiem tolerować (podobna sytuacja ma miejsce np. w „Abrahamie Lincolnie: Łowcy Wampirów”, gdzie zamiłowanie bohatera do prawa jest wzięte za oczywistą oczywistość). Gdyby nie to, „Apokalipsa” mogła się naprawdę udać, a tak to zostaje mi znalezienie kogoś do trzymania mi rączki, żebym mogła poznać tę historię jak należy ;)

  • Koniecznie muszę obejrzeć!

  • Buffy1977

    Serio Cię zachęciłam? Dziwne, bo bardziej zjechać już tego filmu nie mogłam (tzn. bez wulgaryzmów, które aż cisnęły mi się na usta po seansie). Dla mnie to jedno wielkie efekciarstwo, czyli coś czego w horrorach nienawidzę i pomimo sympatii fanów gier do tej adaptacji (nie wszystkich, ale sporej części) nigdy się do tego czegoś nie przekonam:/

    • Hmm, może lepiej będzie: nie zniechęciłaś mnie ;) To zdanie: „Jesteś wielbicielem kultowych gier „Silent Hill”, albo cenisz sobie maksymalnie komercyjne, efekciarskie kino dla mas?” jakoś do mnie przemówiło, bo nie ukrywam, czasem lubię obejrzeć sobie takie komercyjne produkcje; a nuż odnajdę w nich coś wyjątkowego. Przy „Apokalipsie” akurat się nie udało, ale wiesz jak to jest – czasem trzeba się sparzyć dla własnego dobra ^^