Pierwszy w Polsce konwent poświęcony serialom rozpoczął się i zakończył w minioną niedzielę, wpierw ku wielkiej radości jego ponad 600-set uczestników, a potem ku ich niewątpliwego żalowi, że nie trwał jeszcze jeden dzień dłużej. Jak było? Dokładnie tak, jak przewidywałam – krakowska Arteteka/Biblioteka od serialowego entuzjazmu pękały w szwach.

Zacznę może trochę niechronologicznie, ale na widok kolejki przed akredytacją, a potem generalnego zgromadzenia zaakredytowanych przed wejściem do budynku – na kilka minut przed rozejściem się we wszystkie strony na świata na pierwsze prelekcje – serce naprawdę zabiło mocniej. Nie było to te 600 osób naraz – trudno, żeby – ale mówię Wam, energii bijącej z gromady pozytywnych, pełnych entuzjazmu i pasji do seriali ludzi, których rozpierała radość z samego faktu bycia na tym konwencie, nie da się podrobić za żadne skarby na świecie. Dodajcie do tego spotkania z rzadko widywanymi znajomymi, żarty, śmiechy i radosne powitania, a potem jeszcze tą jedyną w swoim rodzaju konwentową komitywę pozwalającą bez skrępowania zagadywać do osób totalnie sobie nieznajomych, i już będziecie mieć obraz tego, jak był debiutujący Serialkon. Ludzie, frekwencja i ten niesamowity, zaraźliwy zapał jak nic udowodniły, że taka impreza była polskim fanom potrzebna – a jej sukces z pewnością otworzy nam nowe konwentowe horyzonty.

I love it when a plan comes together

Sukces – łatwo o nim mówić tydzień po konwencie, ale dla tych, którzy na nim byli było jasne już niemal od początku, że Serialkon zrobił dokładnie to, co sobie zaplanował. To była impreza, która wiedziała, czego chciała – przyciągnąć jak największą liczbę fanów świetnym, zróżnicowanym programem; która miała pomysł, jak to osiągnąć – zapraszając znane i lubiane twarze piszące i wypowiadające się o serialach; która potrafiła zaskoczyć – pozytywnie, bo jakże inaczej, chociażby całkowicie darmowym uczestnictwem; a na deser, która potrafiła zorganizować to wszystko inaczej niż zwykle – na jakim innym konwencie zdarzyło się Wam spotkać z opiekunami każdej pojedynczej sali albo z obowiązkowym zdjęciem zwycięzców nagród specjalnie dla sponsorów tychże nagród? Jeszcze nie spotkałam się na konwencie z tak oficjalnym podejściem do tematu, przez który Serialkon bardziej niż konwent przypominał konferencję – czemu nie ma się co dziwić zważywszy na kwalifikacje organizatorów. I faktycznie, jeśli wyjść poza spotkania ze znajomymi czy fanowską atmosferę, tematyka prelekcji zdradzała bardzo dużą ilość ciekawych analiz, obserwacji i dyskusji. Co, naturalnie, jest kolejnym punktem na plus, a do tego punktem niezwykle inspirującym. To naprawdę świetna sprawa wiedzieć – i widzieć – jak poważnie, my fani, traktujemy nasze hobby, z jaką pasją potrafimy o nim opowiadać i ile wspaniałych rzeczy możemy z niego wyciągnąć. A przy tym – co najważniejsze – świetnie się bawić.

Pod tym względem Serialkon nie miał sobie równych. Całą swoją atmosferą i gęstością tematów – powszechnym było naprzemienne narzekanie na program oraz jednoczesne chwalenie go w myśl, że dobry konwent to taki, który ma za dużo fajnych punktów, by można było łatwo wybrać pomiędzy nimi – impreza, bardzo stosownie, przypominała mi moje pierwsze konwentowe doświadczenia, kiedy byłam jeszcze zbyt zielona, by dać sobie radę z ogarnięciem wszystkiego, co się wokół działo. Tutaj naprawdę chciałam być w kilku miejscach naraz i strasznie żałowałam, że nie mogłam. Mądra Rusty Angel trafnie skwitowała, że mogłam po prostu wziąć na siebie mniej punktów programu – i na przyszły raz chyba faktycznie tak zrobię (z więcej powodów niż jeden, ale o tym za chwilę). Cieszę się jednak, że w całej bieganinie od jednej sali do drugiej miałam jedną godzinę wolnego, którą szczęśliwie poświęciłam m.in. na zakupy. Przecież konwent bez lootu to nie konwent (na zdjęciu kartki od Cathii oraz kosogłos ze stoiska z takimi wspaniałościami, że mogłabym wybierać jeszcze przez pół godziny).

Much to learn, you still have

Większość mojego osobistego Serialkonu mogę podsumować w jeden sposób: jedna prelekcja, jeden konkurs i dwa panele dyskusyjne – łącznie pięć godzin z siedmiu przeznaczonych na program. W takim natłoku miejsc, w którym musiałam być i rzeczy, które musiałam zrobić, niestety trudno było mi doświadczyć konwentu w pełni, za w zamian pozwoliło to mi zdobyć kilka cennych lekcji, które od teraz będę uskuteczniać. Po pierwsze, jeśli jeszcze kiedyś postanowię zrobić jakąś prezentację, zabiorę się za jeden temat, a nie kilka, a już na pewno taki, który nie zacznie rozłazić mi się we wszystkie strony świata. Niestety opowiadanie o kobiecych bohaterkach Jossa Whedona nie wyszło mi nawet w połowie tak dobrze, jakbym chciała, głównie dlatego, że w trakcie przygotowywania tematu sama zmieniałam zdanie co drugi slajd. Na przyszłość będę trzymać się jednej konkretnej tezy and go from there.

Później wyszło, że nie umiem paneli dyskusyjnych. Może to kwestia stresu związanego z tematami, z którymi nie byłam przesadnie zaznajomiona, może też miałam nerwówkę przed pytaniami, ale koniec końców okazało się, że mówiłam to, czego nie chciałam, i nie mówiłam tego, co chciałam. Z panelu o serialach anglosaskich wyszłam z mocnym postanowieniem obejrzenia jakiś amerykańskich i brytyjskich seriali nie-fantastycznych, bo sama fantastyka najwyraźniej zaburza mi obraz rzeczywistości. Na początek może The Paradise, The Bletchley Circle, Call the Midwife i Land Girls?

Z kolei mój Fantastyczny konkurs serialowy – nieco zmieniona wersja z tegorocznego Imladrisu – okazał się nawet większym killerem niż poprzednio, ale zabawa i tak była przednia. Wiem to chociażby z przemiłych podziękowań na Facebooku, za które serdecznie wszystkim dziękuję! Najadłam się nieco strachu, kiedy osiem drużyn przez dwie tury nie zdobyło ani jednego punktu – na szczęście kiedy trend został wreszcie przełamany, zaczęła się prawdziwa zabawa. Dalej nie wierzę, że te pytania były aż tak trudne, ale na przyszłość zrobię (postaram się!) coś prostszego ^^

Big damn heroes

Ale wiecie, żaden konwent nigdy nie będzie udany bez ludzi, który po pierwsze go robią, a po drugie na niego przyjeżdżają. Ogromne brawa i podziękowania z mojej strony kieruję do ekipy Pulpozaura, a zwłaszcza niezwyciężonej Katli, oraz fundacji Historia Vita, która wzięła na siebie misję przywrócenia do życia krakowskiej sceny konwentowej (patrz Imladris, Lajconik i lokalne inicjatywy). Serialkon naprawdę kipiał od energii tych kilku setek zafascynowanych serialami ludzi, których bez was nie udało by się zgromadzić w jednym miejscu (i to tylko na jeden dzień!). Sam ten fakt jest dla mnie po prostu piękny i niesamowity, więc uwierzcie, jesteście moimi bohaterami.

Ale równie gorące pozdrowienia ślę wszystkim moim wspaniałym znajomym, bo cudownie było Was spotkać choćby tylko na te kilka godzin. Za to właśnie kocham konwenty – za te spotkania, rozmowy, żarty i nieskrępowanego bzika, w którym możemy się tarzać na całego. To był świetny konwent – ale z Wami był jeszcze świetniejszy :)

P.S. Jeśli ktoś ma zdjęcie Piwngwina z Gotham – który ponoć nawet kuśtykał – zapodajcie, proszę, linka, bo ogromnie żałuję, że coś takiego przegapiłam ^^

P.S. 2. Misiael – Ty już wiesz co.

  • Wiem. Uwierz mi, wiem. I, co ważniejsze, mam zamiar tę wiedzę w pełni wykorzystać i wcielić w życie.

  • Byłam na twojej prelekcji i bardzo mi się podobała. Miałaś ciekawy temat i nie zgadzam się z tym, że „rozlazł” się on po drodze. Co prawda twój występ trwał odrobinę za długo (przez co pod koniec nerwowo zerkałam na zegarek), ale było to przecież spowodowane tym, że na początku rzutnik odmówił posłuszeństwa, więc tak naprawdę to nie była twoja wina. ;)