Po pierwsze: Irisa wygląda świetnie w dłuższych włosach, zdecydowanie lepiej jej takie pasują. A po drugie, wprowadzeniem do 2. sezonu wreszcie udało się Defiance pokazać, jacy mogą wyjść z tego serialu ludzie: zniszczeni, żądni władzy, zagubieni. I to lubię. To, w dodatku do już znajomych twarzy, miejsc i motywów, daje nadzieję na zdecydowanie lepszy 12-sto odcinkowy seans.

Już nie pamiętam, jak bardzo wkurzyłam się na finał premierowego sezonu. Serio, gdzieś mi ta złość zupełnie uleciała, pozostawiając jedynie ogromną ciekawość ciągu dalszego, taką, że momentami samą mnie zadziwiała. Czyżbym tak bardzo stęskniła się za tymi plastikowymi postaciami? Czyżby tak spieszno było mi do tych oklepanych pomysłów? Czyżbym po prostu za bardzo lubiła postapo, żeby przegapić nawet totalne średniaki? Prawdopodobnie wszystko powyższe, plus odnowiona wiara w Syfy, plus jeszcze świadomość, że tym razem nie poznajemy już podstaw, a rozwinięcie. I właśnie to rozwinięcie, to jedyne, które w tym nieszczęsnym zeszłorocznym finale obiecywało wielką poprawę, w 2. sezonie zapowiada się na spełnienie wszystkich moim defiance-owych marzeń.

Jak pamiętamy, w finale 1. sezonu zdarzyło się kilka ważnych rzeczy. Datak dopuścił się mordu na pułkowniku Republiki Ziemi, Kenya przyjęła śmierć w objęciach posłusznej mężowi Stahmy, Amanda straciła pozycję burmistrza, a Nolan został zabity i dzięki poświęceniu Irisy – która rzuciła się w otchłań swojego przeznaczenia (całkiem dosłownie) – przywrócony do życia. W ostatniej scenie odcinka zdezorientowany bohater z przerażeniem patrzy na republikańskie siły przejmujące kontrolę nad Defiance. Ten ostatni kawałek był świetny i to właśnie jego nie mogłam doczekać się najbardziej. Trzeba więc od razu powiedzieć, że nowe rządy w miasteczku, jakkolwiek nieprzyjemne dla bohaterów, robią w tym pilocie największą różnicę. Spoilery.

Rządy i żądze

Na początek Defiance ma zatem nowego burmistrza, ambitnego i już na pierwszy rzut oka oślizgłego Nilesa Pottingera (jak na każdego szanującego się złoczyńcę przystało, mówiącego oczywiście z brytyjskim akcentem). Pottinger rządzi w miasteczku silną ręką, ale uśmiechami i prezencją stara się przekonać mieszkańców o swoich dobrych – dla Ziemi –  intencjach. Jednocześnie stara się też przekonać Amandę – która po „zaginięciu” siostry przejęła kontrolę nad jej burdelem – do przyjęcia pozycji jego doradcy. Była pani burmistrz jest jednak głucha na jego argumenty, wyraźnie zmęczona polityką i osobistymi tragediami. Równie wyraźnie jest widoczne dla nas, że Pottinger pożąda nie tylko władzy, ale i jej. Niestety dla niej, a na szczęście dla nas, scenarzyści zastanawili na Amandę bardzo ciekawą pułapkę, w której sytuacja zmuszą ją do przyjęcia oferty, ale zostawia podatną na krzywdę bardziej niż może się jej wydawać. Scena, w której narkotyzuje się w zaciszu swojego pokoju, w tajemnicy podglądana przez Pottingera, jak nic sugeruje burzliwy wątek zatracenia, z którego bez pomocy sama się nie wydostanie.

fot. Syfy

A ja uwielbiam takie wątki. Uwielbiam bohaterów błądzących, a potem udowadniających swoją siłę poprzez wydostawanie sie z bagna własnych słabości. Uwielbiam zwłaszcza, kiedy przydarza się to postaciom uprzednio prawym i szlachetnym do bólu – lub inaczej mówiąc, nudnym – bo wreszcie nadaje im to kolorytu, kszałtuje im wreszcie jakiś charakter, do którego wreszcie można się odnieść. Chyba się ze mną zgodzicie, że w poprzednim sezonie Amanda była postacią wyjątkowo nieciekawą, nie mającą wiele do wniesienia, takim kwiatkiem na wietrze bezwolnie uginającym się pod wiatr fabuły. Choć poddanie się narkotykom można uznać za pójście po linii najmniejszego oporu – aczkolwiek w dużej mierze usprawiedliwione – to i tak jest o niebo ciekawszym rozwiązaniem niż patrzenie, jak raz po raz poddaje się bez walki. Dlatego jestem za i dlatego aż się zastanawiam, czy nie uczynić z Amandy mojej drugiej ulubionej postaci.

Seks i władza

Tymczasem Datak, jeszcze niedawno, jakkolwiek krótkotrwało, u szczytu władzy, gnije w obozie dla więźniów, który na każdym kroku poniża go poniżej jego wydumanej godności. Co gorsza, bardziej niż rozłąkę z rodziną przeżywa utratę swojego biznesu, którym w jego mniemaniu nie ma się kto zaopiekować. Nie wierzy bowiem ani w swojego syna, ani w żonę, która według castithańskich zasad nie powinna się w ogóle takimi sprawami zajmować. Prawda jest jednak znacznie bardziej interesująca: to Stahma nieszczególnie oczekuje powrotu męża do Defiance, za to wyjątkowo chętnie kontroluje zastępującego ojca Alaka. Knuje więc i szepce ciche słówka (uciszając obawy męża na przykład poprzez „zajęcie się nim” tam w dole), byle tylko umocnić swoją pozycję w mieście. Do końca nie wiadomo, jaki ma w tym cel – poza tym, że zawsze miała chrapkę na władzę – ale co jak co, intrygi i manilupacje Stahmy były silną stroną Defiance już rok temu, w tym zapowiadają się więc jeszcze soczyściej. Zwłaszcza jeśli Datak – z pomocą doktor Yewll – wydostanie się w końcu z więzienia. Już wyobrażam sobie tą cichą wojnę o kontrolę…

Ale, ale, jest w tym konflickie jeszcze trzeci gracz – właśnie ów nieszczęsny Alak, postawiony między młotem a kowadłem, młodzieńczymi marzeniami a twardymi zasadami castithańskiego systemu. Młodzieniec bardzo chce udowodnić, że to on jest teraz głową rodziny i biznesu, warczy więc i wydaje rozkazy, ale w konftrontacji z matką, mistrzynią manipulacji, przypomina sobie, jakim niedoświadczonym jest jeszcze szczekaniem. Może się nie znam, ale wydaje mi się, że dumny chłopak długo nie wytrzyma takich upokorzeń – a wtedy równowaga półświatka Defiance może się solidnie zachwiać. A to, jak się można domyślać, bardzo by mi się spodobało. I znów: kolejna postać, która zyskuje uprzednio wyblakłych (lol) barw. Go, Defiance.

Mordy i sekrety

I mamy wreszcie najbardziej interującą parę, czyli poszukującego Irisy Nolana oraz odnajdującą się – i ukrywającą sekrety – Irisę. Zacznę od jednej z najciekawszych rzeczy całego odcinka: wyjścia poza granice Defiance i pokazania nam postapokaliptycznych Chicago i Los Angeles, które Nolan przecina na tropie zaginionej córki. Zwłaszcza to drugie zaprezentowało się szczególnie mniamistycznie, ze swoimi rzędami prowizorycznych straganów usytuowanych na tle podupadłego napisu „Hollywood” i wiecznym poczuciem brudu i degradacji. Rozgrywający się na tym tle wątek ponownego spotkania ojca i córki to zdecydowanie najfajniejszy element tej premiery, bo pokazujący oboje bohaterów w swoim żywiole. Pakujący się w kłopoty Nolan, pyskata Irisa, fruwające noże i już jest zabawa. Aż można było sobie przypomnieć, jak bardzo brakowało mi tych rodzinych interakcji i jak bardzo cieszę się, że Defiance znów zapędził się w te rejony.

fot. Syfy

Niestety tym razem sytuacja nie jest już tak niewinna, bo tajemnicza siłą, którą Irisa zaakceptowała dziewięć miesięcy wcześniej, jest najwyraźniej tak złowieszcza jak przewidywano. Nawiedzające bohaterkę widmo jej młodszej siebie oraz zagadkowa – i cholernie niepokojąca – rządza randomowych mordów (nie wspominając o wizji brutalnego morderstwa na Nolanie) to przedsmak kłopotów, które zatrzęsą nie tylko miasteczkiem, ale i relacją ojca z córką. Rozumiem bowiem niechęć Irisy do wyznania ojcu prawdy, ale z drugiej strony serce kraje mi się na myśl o ponownej rozłące tej dwójki. Gdziej indziej jednak zacierają mi się rączki, gdy myślę o osaczeniu obojga bohaterów konfliktami – oni vs Republika Ziemi, jedno vs drugie, Irisa vs młoda Irisa, Nolan vs Defiance. Mam nadzieję, że w tym sezonie scenarzyści zrezygnują z religijnego mambo-jambo i skupią się przede wszystkim na rządowych intrygach, okupacji i osobistych spięciach, bo to bez wątpienia ciekawszy materiał. Defiance zresztą od początku miało być gotowym do wybuchnięcia kotłem sporów i sprzeczności, ale teraz serial wydaje się bliższy temu celowi niż kiedykolwiek.

Tła i życzenia

O ile jednak wątki powyższych postaci zostały w „The Opposite of Hallelujah” ładnie przedstawione, ucierpieli na tym inni. Jest wśród nich Rafe, zdegradowany z właściciela kopalni do nadzorcy górników pod uważnym okiem burmistrza, którego rola może w przyszłości odcisnąć swoje piętno na kształcie miasta. Zmęczony, bezsilny, osaczony, bohater stara się robić dobrą minę do złej gry, ale czuję, że jak tylko powróci Nolan, odezwą się w nim stare pokłady buntu. Niewiele do robienia miała też jego córka – niewiele poza ewidentnie alarmującym asymilowaniem się z rodziną Tarrów. Na dalszy plan zepchnięty został też Tommy, ale akurat tam wolałabym, żeby pozostał, bo w dalszym ciągu specjalnie za nim nie przepadam. Biorąc pod uwagę, że pełni teraz rolę szeryfa, spodziewam się jednak, że całkiem szybko zostanie uwikłany w kolejny konflikt, który – z nim czy bez niego – i tak powinno mi się fajnie oglądać.

Podsumowując, to był naprawdę niezły odcinek, któremu zdecydowanie na dobre zrobiło posiadanie wsparcia w postaci 12-stu poprzednich. Jeśli wytrwaliście z Defiance do tej pory, zmiany powinny zrobić na Was wrażenie. Wreszcie widać, że w serial tchnięto nieco życia. Tymczasem życzenia na przyszłość? Więcej codziennych konfliktów z okupantami Republiki, więcej pyskówek od Irisy, więcej interakcji pomiędzy różnymi bohaterami, więcej obrazów postapokaliptycznej Ameryki. Ale nawet, jeśli się nie spełnią, już z takiego poziomu będę o niebo bardziej zadowolona. Serio.

  • Jakoś mnie nie ciągnie do powrotu do tego Defiance. Poczekam na kolejne odcinki, to opowiesz, czy naprawdę warto wracać ;-)