Salem – w dużym skrócie serial o czarownicach i purytanach – to tytuł, który po 10-ciu odcinkach okazał się mieć tyle samo atrakcji, co problemów. Z jednej strony jest mrocznie, odważnie, konfliktowo, z drugiej nużąco, nieciekawie i męcząco. Co odcinek tkwię gdzieś pośrodku, nie mogąc zdecydować się na żadną ze stron. Atrakcja? Czarownice. Problem? Niezdecydowanie. Ale jest jeszcze Mercy.

Premierowy serial stacji WGN America rozpoczął się na bardzo obiecującej nucie, niemal natychmiast uspokając moje podstawowe obawy: dania mi interesujących bohaterów i zawiłych relacji pomiędzy nimi. Historia Mary, która po opuszczeniu przez ukochanego mści się na znienawidzonych purytanach oraz kapitana Aldena, który powraca do ukochanej, gdy na miłość jest już za późno, miała w sobie dużo obiecującego pieprzu – nawet jeśli sami bohaterowie wypadli na tym tłe dość blado. Kupiłam to z entuzjastycznym błyskiem w oku, bo serial wydawał się chcieć opowiedzieć trudną, pełną brudów historię z mroku dziejów, doprawioną zawsze będącym w cenie elementem supernaturalnym. Od tego momentu minął już jednak prawie cały serial, a miłosna drama, podchody i ciągłe przeciąganie liny pomiędzy dwiema frakcjami zrobiły się tak mętne, że na dobrą sprawę pozbawiły Salem charakteru. I zanim przejdę do tego, dlaczego to na barki Mercy kładę większość sukcesu tego serialu, kilka słów o tym niezdecydowaniu.

Otóż Salem ma dwa podstawowe problemy, ale za to dosyć poważne: pierwszy dotyczy konfliktu pomiędzy czarownicami a purytanami, drugi pojedynczych bohaterów. W sumie jest jeszcze trzeci, a może i czwarty, ale te stanowią już w tło, które na tym etapie nie ma większej siły przebicia. Do końca serialu zostały ledwie 3 odcinki, można więc zacząć oczekiwać, że znaczących poprawek doczekamy się w 2. sezonie (a taki został już zamówiony). Przy czym uwaga: nie twierdzę, że serial jest zły i niewarty oglądania, za to dopuszczam się krytyki wyłącznie z sympatii, bo chciałabym, żeby cały ten swój zaprzepaszczany potencjał podkręcił. Póki co, jest ok – nie jednoznacznie źle, ale też nie jednoznacznie dobrze. Po prostu może być o wiele lepiej. Uwaga: tekst zawiera spoilery.

fot. WGN America

Więc na początek: dlaczego serial nie sprawdza się już w swym fundamentalnym założeniu starcia dwóch potężnych sił? Na pierwszy rzut oka, wszyscy gracze są na swoich miejscach perfekcyjnie rozstawieni. Mamy działające z ukrycia czarownice, które z zemsty za opresję oraz pragnienia stworzenia nowego, przyjaznego im ładu wprowadzają w życie rytuał wymagający poświęcenia niewinnych. Ciężko mi tu powiedzieć, że nie rozumiem ich motywacji lub że się z nimi nie zgadzam – co jak co, ale przed opresją moralno-religijną buntowałabym się sama. Jednak tak samo ciężko przyznać, że zgadzam się z ich metodami. Katowanie i wieszanie przypadkowych ofiar tylko po to, by odwrócić uwagę od siebie to przykry i paskudny proceder, który ani mi się nie podoba, ani podobać się nie ma. Zrozumiałe. Niestety, o ile kolektywnie jestem w stanie się z czarownicami (do pewnego stopnia) zidentyfikować, pojedynczo nie są one specjalnie interesujące. Mary, rozdarta pomiędzy miłością do Aldena a obowiązkiem wobec swych sióstr i braci jest tak samo potężna, jak słaba – plus – ale jest też niespecjalnie ciekawa jako osoba. Ot, zwykła, nijaka, nie wyróżniająca się z tłumu dziewczyna, które pewnego dnia postanowiła przejść na drugą stronę mocy. Gdyby pozbawić ją mocy, niewiele by do fabuły wniosła. W porównaniu do Mary, znacznie wyraźniej wypada za to jej służąca, Tituba, która na nieszczęście przez jakieś 8 odcinków pełniła rolę niemal wyłącznie trzecioplanową. Są jeszcze czarownice z tła – o których zapomina się zaraz po tym, jak zawisły na szubienicy.

Po drugiej stronie barykady mamy z kolei purytanów, rezprezentowanych w serialu poprzez wielebnego Cottona Mahera (rewelacyjny Seth Gabel), tropiciela czarownic i specjalisty od wszystkiego, co nadprzyrodzone. W późniejszym etapie dołącza do niego jego ojciec, przerażający, rozpościerający aurę bezwględnego autorytetu Increase Mather (Stephen freaking Lang!), w którego cieniu Cotton blednie jak gasnąca lampa oliwna. Obaj panowie dźwigają na swoich barkach odpowiedzialność przedstawienia konfliktu z przeciwnej perspektywy. W imieniu bezpieczeństwa, strzeżenia moralności oraz chrześcijańskich wartości, usiłują wyplenić czarownice jak zarazę. Oczywiście wszyscy wiemy, jak naprawdę wyglądało polowanie na czarownice w Salem, ale w tym kontekście tkwi w serialu siła: polujący działają na pół w ślepej wierze, że skazują winnych, na pół nie zdając sobie sprawy, że są perfidnie manipulowani przez prawdziwe czarownice. Tę grę w kotka i myszkę oglądało mi się fajnie i przyjemnie do momentu, w którym zorientowałam się jak bardzo nie interesują mnie purytanie jako społeczność. Nie mówię o historycznej prawdzie i mojej własnej niechęci do reprezentowanych przez nich wartości, ale do kolektywu przedstawionego w serialu, który teoretycznie ma się czarownic bać, chcieć się ich pozbyć i szukać w wielebnych wybawienia, a w praktyce sprowadza się do pokiwania głową tu i tam na kolejne oświecone kazanie spod szubienicy. Od mieszkańców miasteczka nie czuć tu specjalnego poczucia zagrożenia, zaszczucia, czy strachu – a co za tym idzie, wiary, że motywacje Cottona i Increasa’a są w gruncie rzeczy szlachetne. Czarownice robią swoje z zemsty, purytanie robią swoje – bo tak.

fot. WGN America

Ten najważniejszy konflikt w serialu wypada zatem stosunkowo płasko i naiwnie. Brakuje w nim prawdziwych stawek, brakuje uwzględnienia faktycznej opresji, jaką cierpią obie strony, brakuje poczucia, że ta wojna nie toczy się tylko pomiędzy wypowiedziami bohaterów. Jak na tak podstawowy punkt oparcia, to dosyć poważny błąd, który rzutuje niestety na odbiór całego serialu. Tymbardziej, że na dwóch stronach barykady wcale się nie kończy – i wcale nie jest lepiej.

W samym środku tej podchodowej wojny plątają się bowiem jeszcze dwie postacie, z którymi serial nie za bardzo wie, co chce zrobić. Jedną jest kapitan Alden, były żołnierz z bliżej niesprecyzowaną traumą wojenną, który szaleństwa w Salem nie pochwala, ale nawet, jak z nim powalczy, to bez wyraźnego przekonania. W bliskiej odległości od niego przewija się też młoda Anne Hale, córka burmistrza – potajemnego czarownika – która jako jedyna wydaje się żywić wobec purytańskich metod wyraźny sprzeciw. Niestety, poza głośnym wyrażaniem swoich opinii i żywieniem podejrzeń wobec ojca, nie podejmuje żadnych sprecyzowanych działań. Obie postacie świetnie nadawałyby się do zrównoważenia szal, ale coś poszło z nimi nie tak. W przypadku Aldena – pragnienie odzyskania Mary, dla którego w zasadzie olewa wszystko dookoła (wątek tym bardziej przykry, że przecież bohatera odgrywa Shane West – któremu jednakowoż długowłosa peruka nie pasuje bardzo). W przypadku Anne – niemal kompletne zmarnowanie potencjału bohaterki, robiąc z niej bierną komentatorkę aniżeli aktywną, nazwijmy to, śledczą. W pewnym momencie serial nawet podsunął jej bardzo obiecujący wątek – mówiąc, że jej głos może się w przyszłości bardzo liczyć – ale minęło kilka odcinków i dziewczyna dalej błąka się bez celu z wątku na wątek. Chciałabym tym bohaterom kibicować, ale koniec końców nie mam tu solidnego puntku zaczepienia.

W dodatku Alden, jak na głównego bohatera męskiego, jest wyjątkowo nudny. Jego tajemniczej tajemnicy nie poznaliśmy do dziś – choć było do niej kilka mętnych nawiązań – a jego uczucie do Mary jest dla mnie zupełnie papierowe (przez co szkoda, że definiujące). Jedynej pozytywnej strony Aldena dopatruję się w jego relacji z Cottonem, z którym tworzą dośc niespotykany, ale intrygujący bromance. Zresztą jedną z większych niespodzianek Salem było wbudzenie we mnie sympatii do zbłąkanego pastora, który jest tu postacią rozdartą, smutną i skomplikowaną, wcale nie tak opętaną religijnym ferworem jak mi się wydawało. Po pojawieniu się na scenie jego ojca staje się wręcz bohaterem pozytywnym, któremu w końcu można chcieć kibicować (choć nie bez przeszkód, bo zrobił jedną paskudną rzecz i nie wiem, czy mu do końca wybaczyłam). Tak czy inaczej, nie w Cottonie oczekiwałam wybawienia Salem od nudnych postaci, a jednak.

fot. WGN America

I właśnie tutaj pojawia się Mercy – bohaterka, o której istnieniu przed startem serialu nawet nie wiedziałam, a po starcie nie zwracałam szczególnej uwagi ze względu na wcisnięcie jej w rolę fabularnego narzędzia. Ale, jak się okazuje, do czasu. Jak wspomniałam, czarownice, jak postacie, wcale mnie nie zachwyciły. Przez pierwszą połowę serialu bardzo chciałam polubić którąś w sposób bezwarunkowy, bez względu na złe czy dobre czyny, jakich dokonywała. Chciałam postaci, której krzywdy, motywacje i metody zaakceptowałabym pomimo poczucia zła, jakie wyrządza. Doczekałam się tego w końcu w bohaterce, która początkowo nie mogła być od tego celu oddalona bardziej. Fakt, że torturowana, opętana i umęczona Mercy, narzędzie w rękach bezlitosnej Mary, zapragnie tej samej mocy co jej ciemiężczyni – bo da jej de facto najważniejszy głos w całym Salem – był dla mnie punktem zwrotnym w całym serialu. Nagle dostrzegłam miliony możliwych do obrania ścieżek. Spodobał mi się pomysł utworzenia dziewczęcego „fan klubu” Mercy, spodobał mi się pomysł zazdrości Tituby, spodobał mi się pomysł uczennicy, która być może przerośnie mistrzynię. Mam wręcz wrażenie, że serial prowadzi do detronizacji Mary na rzecz Mercy, bo ta jest od niej znacznie bardziej bezwzględna, żarliwa i pozbawiona hamulców, a do tego chyba i znacznie (potencjalnie) potężniejsza. Przede wszystkim zaś spodobał mi się pomysł otrzymania wreszcie wątku, który od początku do końca rozumiem. Widziałam, co się przydarzyło Mercy i chciałam, by ją z tego wyciągnięto. Tymczasem to, co później zapronowali jej scenarzyści aż przerosło moje oczekiwania.

Widzicie, jestem bardzo wrażliwa na postacie, które gubią się po wyjściu z traumy. Kiedy Mercy uwolniła się od tortur, była zagubioną myszką nie wiedzącą, co ze sobą zrobić. Gdy podsunięto jej (podsunięto!) pomysł władzy, ohoczo do niego przystąpiła. A potem, zachłysnąwszy się otrzymaną potęgą, gubi się próbując wyrzeźbić dla siebie jakąś tożsamość. Świetnie obrazuje to scena, w której dochodzi do słownej konfrontacji z Anne – po szarej myszce, którą jest jeszcze nawet wśród czarownic, nie został ani ślad, całkowicie przyćmiony przez próbę upodobnienia się do władczej Mary. Absolutnie jestem w stanie wyobrazić sobie, że w przyszłym sezonie może być Główną Złą (a w 3. znowu dobrą, hehe). W swoich krzywdach, pragnieniach, błędach, źle (być może) skierowanym entuzjaźmie i próbach znalezienia swojego miejsca, Mercy jawi mi się jako postać bardziej kompletna niż cała główna obsada razem wzięta. Nie wiem, czy zaczęłam oglądać Salem tylko dla niej, ale wcale bym się nie zdziwiła, gdybym przestała oglądać bez niej.

W kontekście całego błądzącego po bezdrożach serialu Mercy jest dla mnie bez wątpienia jej najciekawszym elementem – szkoda, że wprowadzonym tak późno, ale na szczęście, że w ogóle. Świetny wybór padł też na wcielającą się w nią aktorkę. Wielkookoa Elise Eberle to przecież obraz dziewczęcej niewinności, idelna twarz do skrywania niecnych zamiarów. Co odcinek wyczekuję teraz każdej sceny, w której występuje, przyciągnięta możliwościami rozwoju jej postaci. Oby Salem mnie nie zawiodło – nie, kiedy wreszcie znalazłam prawdziwy powód do radości.

Tymczasem do końca 3 odcinki, a ja prawie nie chcę, by serial kończył się tak szybko.

  • W porównaniu do Sleepy Hollow wypada lepiej/gorzej? (w kontekście klimatu i „miodności”)

    • Niestety tak – w każdym razie dla mnie zdecydowanie. „Sleepy Hollow” jest lekkie, szalone i zabawne, „Salem” bierze się bardzo na poważnie i jest przez to ciężkie (w dodatku do tej postaciowej nudy). Klimat ma trochę podobny (dużo „mroku”, są diabły, brudne rytuały, etc.), ale miodność zawodzi.

  • Widzę kolejny głos utwierdzający mnie w przekonaniu, że coś z „Salem” nie poszło. Aeth, daj proszę znać po finale, czy warto serial nadrobić, bo póki co po średnich recenzjach wstrzymałem się z oglądaniem.

  • Czegoś brakuje w Salem, mam nadzieję, że coś się poprawi.