Jak wiecie, pierwszy sezon Rebeliantów nie należy do rzeczy jednoznacznie udanych. Nieco zbyt infantylna atmosfera, nieco zbyt mały rozmach wydarzeń, nieco zbyt wyraźny brak równowagi w Mocy sprawił, że musiałam jednak zdusić swój początkowy entuzjazm. Na szczęście twórcy seriali wzięli sobie krytykę do serca: sezon drugi to już kawał świetnej zabawy.

Jeśli wiecie to o Rebeliantach – bo, na przykład, czytaliście u mnie wcześniej – to na pewno wiecie też, że w aż niepoprawny sposób uwielbiam Wojny klonów. O Wojnach klonów mówi się, że albo się je kocha, albo nienawidzi: ja je kocham. Uwierzcie zatem, że gdy to mówię, moje słowa płyną z miłości, bowiem drugi sezon Star Wars Rebels, obecnie będący gdzieś w połowie swojej emisji, to duchowy spadkobierca The Clone Wars w tak bardzo bliskim zbliżeniu jak to tylko możliwe. Jeśli opuściliście sobie Rebeliantów po pierwszym sezonie, albo odłożyliście w jakiś niesprecyzowany moment w przyszłości, zniechęceni średnią jakością materiału, możecie teraz spokojnie dać im szansę. Dlaczego warto, przeczytacie poniżej.

Nowa nadzieja

Zacznijmy może od najważniejszego, żeby już na starcie uspokoić prawdopodobnie największą z Waszych obaw: Ezra, nastolatek, którego rozterki i tarapaty w pierwszym sezonie niemal zdominowały całą scenę, w drugim sezonie zostaje dość wyraźnie utemperowany. Choć nie znika jego wartość jako de facto głównej postaci, jego rola staje czymś w rodzaju chłopięcego odpowiednika Ahsoki z Wojen klonów – postacią dalej znajdującą się w centrum wydarzeń i często je napędzającą, ale również odwalającą kawał dobrej roboty. Ahsoka była dla mnie bohaterką niezwykle kompetentną, nawet jeśli niedoświadczoną, która z sezonu na sezon przeobrażała się w prawdziwą weterankę. Tymczasem w Rebeliantach Ezra nie jest już traktowany jak dzieciak, któremu trzeba wydawać rozkazy i cały czas się o niego martwić, ale jako zaufany i wartościowy członek załogi, niejednokrotnie instrumentalny w osiąganiu przez drużynę celów (nawet, jeśli tylko przez szczerą rozmowę z innym bohaterem). Jest nieco mniej porywczy, nieco bardzej myślący, w dalszym ciągu sprytny i zaradny, momentami autentycznie zabawny. Co więcej, cały męczący wątek jego szkolenia na Rycerza Jedi i związku z Mocą został zepchnięty gdzieś na trzeci plan, który wysuwa się na czoło tylko wtedy, kiedy fabuła wyraźnie tam prowadzi. Serio, nawet się nie zorientowałam, kiedy Ezra przestał mi przeszkadzać – ba, teraz już się nawet nie krzywię, kiedy w tej czy innej scenie zaczyna grać pierwsze skrzypce. Jeden męczący dzieciak mniej: score.

Cienie rebelii

Moim drugim największym problemem z pierwszym sezonem była zbyt mała skala wydarzeń. Kręciliśmy się w okolicach Lothal, które w teorii miało być uciśnione i niebezpieczne, a w praktyce jakoś wcale nie było czuć, że bohaterowie do czegokolwiek dążą. Wkurzającą była również tendencja scenarzystów do traktowania bohaterów jak bogów, a przeciwników jak idiotów. Sezon, jak wiece, skończył się z momentem dołączenia kompanii do floty rebeliantów dowodzonej m.in. przez dorosłą Ahsokę Tano – w obecnym są już jej silnym ramieniem (Hera zostaje np. mianowana dowódcą swojego własnego szwadronu). W efekcie ta opłakana skala wydarzeń zyskuje kolorów, a my wraz z bohaterami odwiedzamy wreszcie więcej niż jeden zakątek galaktyki, wykonując misje od przełamywania planetarnych blokad, przez rekrutowanie sojuszników, po pozyskiwanie surowców niezbędnych do przedłużenia walki. W niektórych odcinkach bohaterom towarzyszy Ahsoka (zwykle w tych samych, w którym przewija się również Darth Vader – hint, hint), mamy też nowych przeciwników depczących im po piętach: parę Inkwizytorów wysłanych przez Vadera (z czego jednej głosu udziela Sarah Michelle Gellar). A choć bohaterowie zazwyczaj i tak wygrywają, to zwykle dzieje się to kosztem połączonych wysiłków i kombinowania niż blisko boskich umiejętności powalania szturmowców jednym strzałem. Nie wiem, jak dla Was, ale dla mnie to wyraźna poprawa – zwłaszcza, jeśli połączyć ją z sensem niepokojącej tajemnicy, która spowija postać Vadera.

Wojny jak za dawnych lat

Jedną z najlepszych rzeczy w Wojnach klonów była umiejętność rozszczepiania fabuły na różnorodne story arki, w których przez kilka odcinków śledziliśmy poczynania tylko jednej z różnych grup postaci. Rebelianci tego poziomu jeszcze nie osiągnęli – ale całkiem im do niego blisko. Wspomniane wyżej misje prowadzą bohaterów w różne zakątki galaktyki, ale nie zawsze są to ci sami bohaterowie, ani nawet nie w tych samych proporcjach. W jednym odcinku śledzimy Sabine i Choppera grających w kotka i myszkę z pewną łowczynią nagród, gdzie indziej Hera rekrutuje mon calamariańskiego inżyniera, niedawno Kanan (z pomocą Sabine) próbował w pojedynkę przeciągnąć na swoją stronę grupę Mandalorian. Flota, łącznie z załogą Ghosta, często się rozdziela, poszerzając zakres swoich możliwości, a nam dostarczając znacznie ciekawszych, bardziej niebezpiecznych i zwyczajnie lepiej rozegranych akcji (nie wspominając o poszerzaniu samego universum, które po restarcie wymaga w końcu wypełnienia na nowo). Te odcinki to zresztą jedne z najlepiej przemyślanych i wyreżyserowanych kawałków w dotychczasowej historii serialu. Dziewiczy lot pilotowanego przez Herę prototypu B-Winga spokojnie mógłby pasować jako sekwencja w pełnometrażowym filmie, a „pływanie” z kosmicznym wielorybami, czy też obrazy niezbadanych zakątków galaktyki, są jaka malowane ręką mistrza. Nie jest to poziom Wojen klonów – którym wojna dawała możliwość zaglądania w każdy zakamarek galaktyki, i to z różnych perspektyw – ale jako opowieść o rebeliantach walczących z reżimem wreszcie nabrała wyraźniejszego znaczenia.

Stare, nowe twarze

Co więcej – co więcej dla miłośnika Wojen klonów – powraca wiele starych twarzy, wspaniale łącząc stare dzieje z nowym pokoleniem. Mamy wspomnianą Ahsokę, renegatkę Jedi (walczącą dwoma białymi mieczami świetlnymi – symbolizm taki toporny, ale miecze takie świetnie), która prowadzi swoje własne prywatne śledztwo w sprawie wiadomej postaci w czarnej pelerynie. Powiem Wam, że jej widok – doświadczonej, badassującej i mentorującej – to dla kogoś, kto obserwował jej dojrzewanie w pięciu sezonach Wojen klonów coś pięknego. Ponownie pojawia się niepoprawny opryszek Hondo Ohnaka (do tej pory w więcej niż w jednym odcinku), którego szwindle i przekręty nic nie tracą na uroku (choć być możę straciły nieco pazura). Może się zdziwicie, ale jego relacja z Ezrą – którego wytypował sobie na swojego padawana – jest wyjątkowo zabawna. Najwięcej emocji dostarcza jednak Komandor Rex – teraz podstarzały, ale nie mniej jary klon, który razem z kilkoma innymi żołnierzami w porę usunął swój chip kontrolny. Dwuodcinkowa historia przyłączenia się Rexa do rebelii to cudowna dawka nostalgicznych emocji, ale również nowych konfliktów: zarówno Rex, jak i Kanan, a zwłaszcza ten drugi, natychmiast pałają do siebie głęboką nieufnością, zaś odcinek poświęcony im pojednaniu to czysta jazda po gwiezdnowojennych trope’ach i feelsach. Przy okazji, scenarzyści musieli bawić się jak świnie w błocie wymyślając odcinek hołdujący Szczękom. Jednak obok weteranów poprzedniego serialu mamy również weteranów Gwiezdnych wojen jako-takich, w głównej mierze młodą księżniczkę Leię, udającą tutaj posłuszną delegatkę Imperium, ale w sekrecie wspierającą rebelię. Młoda Leia jest dokładnie taka, jakiej się spodziewanie: cudownie wredna. Vadera pomijam, bo Vader pojawia się tylko na chwilę, by zasiać śmierć i zniszczenie i natychmiast kazać bohaterom zwijać nogi za pas. Co prawda ucieczki są czasem zbyt łatwe, ale nieobecność Vadera to i tak paradoksalnie najlepszy sposób na wykorzystanie tej postaci w serialu. Mówiąc krótko, sposób spowijania w Rebeliantach przeszłości i przyszłości universum robi na mnie duże wrażenie: jest naturalny, dobrze pasuje do znanych wydarzeń i w ciekawy sposób rozwija swoje własne.

Co się odwlecze…

Ale Rebeliantom daleko od operowania wyłącznie na historycznych materiałach marki. Kreacje bohaterów w pierwszym sezonie, pomimo ich wspólnej chemii, okazały się dość powierzchowna: poza Kananem i Ezrą w zasadzie nic nie wiedzieliśmy o życiu losach pozostałych członków załogi. Drugi sezon wychodzi tym oczekiwaniom naprzeciw, co chwila serwując odcinek głębiej przyglądający się danej postaci. Poznajemy np. dawką przyjaciółkę Sabine, obecnie oportunistyczną łowczynię nagród (Gina Torres), a później dostajemy pierwsze poszlaki być może łączące wybuchową Mandaloriankę z pewną rodaczką z poprzedniego serialu (bardzo ciekawa teoria!). Z pomocą Clancy’ego Browna dowiadujemy się, co stało się z rodzicami Ezry, Hera opowiada nam, dlaczego została pilotką oraz godzi się ze swoim ojcem (Cham Syndulla, kolejna twarz z Wojen klonów), a Zeb zostaje zmuszony do wyjaśnienia tajemnicy, którą dotychczas ukrywał przed przyjaciółmi. Wreszcie czuć, że bohaterowie serialu nie są tylko kukiełkami w rękach scenarzystów, a nieco bardziej zarysowanymi osobowościami – czego w poprzednim sezonie bardzo brakowało. Powiem więcej: bohaterowie zostali zaokrągleni i wzbogaceni tak fajnie, że aż żałuję, że format Rebeliantów nie pozwala im wyjść powyżej 22 minut na odcinek.

Zatem tak sprawa wygląda. Moim zdaniem, po nierównym starcie, serial może się już spokojnie zacząć równać z Wojnami klonów, bo – choć zachowuje odrębny, nieco bardziej skoncentrowany charakter – godnie kontynuuje jego ducha. To w dalszym ciągu animowany serial przygodowy o lekkim klimacie i pogodnym usposobieniu, ale jeśli nie przeszkadzało Wam to rok temu, to dziś może być tylko lepiej. Drugi sezon to najlepszy sposób, by znów wkręcić się w tę historię.

  • Marcin Segit

    Mogę się nie zgodzić? ;) Końcówka pierwszego sezonu była lepsza niż początek. Drugi też wystartował jako-tako, a potem poleciał na pysk. Owszem, wieloryby były fajne, wcześniejszy odcinek też, tylko że to wszystko jest podane w tak naiwnej i infantylnej otoczce, że chyba znów zrobię sobie od SWR przerwę (nieśmieszne żarty, jednowymiarowe postacie i humor oparty na „jestem idiotą, on też jest idiotą, a szturmowcy to w ogóle są głupi” pominę, bo to już w ogóle są dwa metry mułu). Niestety, Rebels to nie jest nawet połowa poziomu Clone Wars. Zdaję sobie sprawę, że to serial do emisji o 9 rano w sobotę w paśmie kreskówek, tylko że same dekoracje gwiezdnowojenne nie sprawią, że będzie dobry. Jako reklama zabawek – z pewnością. Jako serial SW jest to kolejny franczyzowy produkcyjniak, poziom pilota Clone Wars, który – jak kocham SW – był żenująco słaby..

  • agrafek

    O tym, że Rebelianci mają jeszcze wiele pracy przed sobą, świadczy, jak dla mnie, fakt, że serce żywiej mi bije w tych momentach, w których pojawiają się „weterani” Wojen Klonów. Właściwie gotów byłbym oddać większość postaci z nowego serialu w zamian za serial o przygodach Rexa i Ahsoki.

    Na szczęście drugi sezon Rebels rzeczywiście wygląda lepiej od pierwszego. Więc szanse na rozwój są.

  • Szymon Majczyna

    Wojny klonów to tylko 6 sezon może się równać z rebeliantami, tylko on ma klimat plus co 10 odcinek z pozostałych sezonów, czasami nawet częściej. Nie podoba mi się, że rebelianci, którzy mieli być kameralnym serialem nie o tej rebelii z filmów a właśnie o małej grupie, żeby pokazać że rebelia w galaktyce to nie była tylko ta filmowa bo kto uwierzy, że imperium mając na głowie tylko ich przegrało. Niestety drugi sezon zmierza w drugą stronę, oczywiście klimat cały czas pozostaje, ale kameralność się powoli ulatnia. Poza tym tak powinny wyglądać wojny klonów o jakimś oddziale klonów z gościnnymi występami postaci z filmów a tak poza tym, że ok Anakin jest pokazany zdecydowanie lepiej niż w prequelach Ahsoka to ciekawa postać to ta bajka z mieczy świetlnych zrobiła latarki, którymi wymachują co chwilę na lewo i prawo, z cywilizowanej broni na lepsze czasy stając się wielofunkcyjnym scyzorykiem :P