Jakiś czas temu miałam okazję uczestniczyć w panelu dyskusyjnym wspominającym filmowe i serialowe fantasy. Wraz z rozmówcami próbowaliśmy m.in. prześledzić losy gatunku, by zrozumieć jego dzisiejsze szczyty popularności, a także porozmawiać o tym, za czym tęsknimy. Ja od dawna tęsknię w fantasy za przygodą. A Wy?

Raz na jakiś czas przechodzę przez intensywne fazy szukania sobie nowych książkowych serii do czytania. Lubię serie – wiadomo, bo to takie seriale, tylko że do czytania – więc wydawałoby się, że wśród setek propozycji na rynku, zwłaszcza biorąc pod uwagę zmarnowane lata mojego nie-czytania, bez problemu znajdę coś odpowiednie dla siebie. Mam zwykle dość konkretne gusta – jeśli science fiction, to najlepiej przygodowa space opera, kosmiczny horror czy np. misje badawcze (rzadziej military sf), jeśli urban fantasy, to najchętniej bez wampirów i wilkołaków, jeśli YA, to… nie, na razie odpoczywam od YA. Oczywiście wszystko najchętniej z kobiecą protagonistką, albo przynajmniej z kobietą w jednej z głównych ról. Od pewnego czasu czuję z kolei zew fantasy, jednak jeśli fantasy, to oddałabym swoje pierwsze dziecko za coś o klasycznej drużynie bohaterów udających się za questem w podróż po świecie. Problem? Powodzenia w szukaniu. Z połączonych źródeł Goodreads, Amazonu i Google’a wynika, że mało kto pisze jeszcze przygodowe high fantasy, które nisko kłaniałoby się tradycyjnym klimatom rodem z Władcy Pierścieni. Do woli można za to przebierać w opowieściach o wojnie, dworskich machlojkach i politycznych intrygach. Nie chcę czytać o politycznych intrygach. Chcę czytać o przygodach z questem.

Odrobina wprowadzenia. Na wspomnianym panelu (który odbył się na tegorocznym Imladrisie, więc tak dawno, że aż mi wstyd o tym pisać) dostaliśmy pytanie, z czym kojarzymy sobie fantasy i jakie było nasze pierwsze spotkanie z gatunkiem. W moim przypadku było to połączenie filmów o Indianie Jonesie z Willow i Labiryntem, które w dzieciństwie pożerałam z tym samym szerokim uśmiechem za każdym pojedynczym seansem. Wielkie wyprawy w nieznane miejsca w celu wykonania Ważnego Zadania na zawsze wyryły mi w głowie obraz fantasy jako heroicznej przygody pełnej niebezpieczeństw, przeciwności i przyjaźni, w której magia i miecz ścierają się w odwiecznej walce ze złem. Nie bez powodu zawsze wolałam Dungeons & Dragons od Warhammera, nawet pomimo faktu, że to właśnie ten drugi nauczył mnie, czym są RPG. Dziś nie gram już w RPG, nie robi się też wielu filmów takich jak Willow, nie przetrwało także – lub nie udało się – wiele seriali. Jako ostatnie w miarę udane podrygi małego ekranu zaliczam Legend of the Seeker od twórców Xeny, z którego mam jednak tyle samo frajdy, co problemów. I choć nie da się ukryć, że swoisty renesans fantasy przeżywamy dzięki Grze o tron, mnie wciąż trudno oderwać się od tych wyrytych w dzieciństwie wyobrażeń o magii i mieczu. I wciąż nie mogę znaleźć książkowej serii, z bohaterami której w każdym tomie wyruszałabym ratować świat.

Wspominam o serialach, bo tak się składa, że mój świat książkowy i serialowy bardzo się wzajemnie przenikają. Weźmy wspomnianego Legend of the Seeker: odcinkowa ekranizacja znanej i popularnej serii książkowego fantasy prawie natychmiast obudziła we mnie chęć sięgnięcia po oryginalną twórczość Terry’ego Goodkinda. Skończyło się niestety źle: szybko zorientowałam się, że nie odpowiada mi wizja bezsensownej przemocy, którą świat stworzony przez autora (tak bardzo złagodzony w serialu) wręcz epatuje. Produkcja zakończyła się po dwóch niestabilnych latach, a od tamtej pory nie dostaliśmy już powtórki z rozrywki. Niedawno miałam nawet zabawną sytuację, w której automatycznie stwierdziłam, że serialowe fantasy skończyło się właśnie na Mieczu Prawdy – po czym zostałam poprawiona, że przecież jest jeszcze Gra o tron. Gra o tron jest dla mnie tak odległa od heroicznego fantasy, że podświadomie nawet jej do fantasy nie zaliczam. Tak czy inaczej, nigdy nie przeczytałam w całości ani jednej, ani drugiej serii, poddając się ostatecznie znudzeniu bądź irytacji. Mniej-więcej gdzieś w tamtym okresie – z tych i innych powodów – oddałam czytanie walkowerem. Dziś mamy jednak nowe okoliczności – już na początku stycznia startuje nowy serial MTV, serialowa adaptacja książek Terry’ego Brooksa o Shannarze, The Shannara Chronicles, na podstawie drugiego tomu jego pierwszej trylogii. Wciąż na głodzie heroicznego fantasy, The Elfstones of Shannara przeczytałam. Mówili, że nie warto. Mówili, że będę się nudzić. Mówili, że to najmniej oryginalna książka na świecie. Ale wiecie co? Pożarłam ją w całości jakbym nigdy w życiu niczego wcześniej nie czytała.

fot. MTV

Kamienie elfów, a za dwa tygodnie również i serial, opowiadają historię wielkiego Królestwa Elfów, którego od mileniów strzeże magiczne drzewo Ellcrys. Jedynie moc Ellcrys powstrzymuje hordy uwięzionych Demonów przed wydostaniem się na świat i zalaniem go w śmierci i chaosie. Niestety, wielkie drzewo obumiera, a jedyną nadzieją na utrzymanie bariery jest odrodzenie jej nasionka na Drugim Końcu Świata. Zadanie to powierzone zostaje Młodej Elfce, pieczę nad nią obejmuje zaś pół-elfi Młodzieniec zdolny władać magią kamieni. Razem wyruszają w Wielką Niebezpieczną Podróż, a ich śladem nieustannie podążają Śiły Ciemności. Jest też Potężny Czarodziej – tutaj z rodzaju Druidów – a także Epickie Bitwy, Śmiertelne Niebezpieczeństwa i Napotkani Bohaterowie Niezależni. Brzmi oczywiście jak opis Każdej Fabuły Heroicznego Fantasy Wszędzie, ale wiecie co – właśnie o to mi chodziło. Kamienie elfów są nieprawdopodobnie schematyczne, straszliwie przewidywalne, w 1/3 zupełnie zbędne, a do tego bezczelnie skopiowane z Władcy Pierścieni w najbardziej oczywistych aspektach – jednak w swej prostocie tak dla mnie świeże i porywające, że w zupełnym oderwaniu od rzeczywistości przeżywałam prawie każdą kolejną stronę. Wydawało mi się, że 500 będę czytać przez dwa tygodnie – pożarłam je w połowę mniej. Aż nie mogę uwierzyć, jak nieprzyzwoicie będzie podobał mi się po tej lekturze serial – a czekam na niego tak bardzo, jak wcześniej czekałam na The Expanse. Which is saying a LOT.

Po takim sukcesie naturalnie zapragnęłam kontynuować swą przygodę z heroicznym fantasy, najchętniej poprzez nadrobienie innych nieznanych mi, a klasycznych książkowych serii. Jednak jak wspomniałam, mam dość konkretne gusta, więc wzięcie na warsztat pierwszej lepszej dobrze ocenianej serii to dla mnie loteria: albo spodoba mi się po kilkunastu pierwszych stronach, albo nie i do widzenia. Jak możecie odgadnąć, nie pisałabym tego tekstu gdyby wszystko skończyło się dobrze i szczęśliwie. Zaczęłam od sprawdzenia pierwszego tomu Dragonlance, ale odpadłam po scenach, w których pół-elf spotyka swojego dawnego kumpla krasnoluda, a 3 strony później razem spotykają jeszcze innego wspólnego znajomka. Co jak co, ale nie znoszę oczywistych zbiegów okoliczności. Potem wzięłam się za kawałek Koła Czasu Roberta Jordana, ale uznałam, że w zasadzie nie interesuje mnie czytanie o trójce młodych chłopców – nieważne, jak piękne są okładki późniejszych tomów. Wciąż nie mogę przekonać się do trylogii Skrytobójcy Robin Hobb, bo nie uśmiecha mi się czytanie z pierwszej perspektywy. Spróbowałam jeszcze kilku mniej znanych kawałków i kilku innych niesprecyzowanych autorów, ale nic nie klikało. W końcu znów się zirytowałam i zamiast szukać fantasy, wzięłam się za romanse historyczne (bo romanse historyczne mają z heroicznym fantasy przecież najwięcej wspólnego). Czas premiery Kronik Shannary zbliża się jednak wielkimi krokami, ponownie zatem odezwał się we mnie głód. Tylko mam wrażenie, że już przez to raz przechodziłam…

I w sumie czemu o tym wszystkim piszę: po pierwsze, może to ja jestem lamą i zwyczajnie nie umiem szukać w Internecie, ewentualnie jestem tchórzem i nie daję sobie szansy przekonać się co do niektórych powieści. Ale po drugie, o ile rozumiem, w jaki sposób heroiczne fantasy przeobraziło się w historie bardziej przyziemne i rzeczywiste, to jednak ogromnie tęsknię do krain pełnych magii i niebezpieczeństw. Do światów nieco prostszych, łagodniejszych i bardziej idealistycznych, w których zamiast zdrad i krwi liczy się przyjaźń i podążanie za głosem serca. Od dobrych kilku lat (zapewne kilkunastu, ale tak daleko moja pamieć już nie sięga) na sklepowych półkach dominują wielotomowe serie o wojnach, najazdach, układach i innych gro-o-tron-podobnych politycznych intrygach, wszystko w światach tzw. low fantasy, gdzie magii jest tyle, co kot napłakał. Cenię dobre metafory i dojrzałe treści tak mocno jak wszyscy, ale fantasy to również eskapizm – niech więc da mi uciec tam, gdzie brud, seks i krew nie docierają. Nie przeczę, że sama od czasu do czasu mam ochotę przeczytać coś z tego zakątka literatury – ale dlaczego miałabym nie mieć do wyboru niczego innego?

Więc taka sytuacja. Chciałabym, żeby powstała jakaś współczesna seria heroicznego fantasy, która zrobiłaby gatunkowi taki renesans jak George R.R. Martin zrobił swego czasu Pieśnią lodu i ognia. Chciałabym, żeby odświeżono zakurzone zakamarki heroic fantasy podobnie, jak James S.A. Corey odkurzył space operę. Chciałabym wreszcie znaleźć wśród starszych przedstawicieli gatunku coś, co porwie mnie bez pamięci (don’t get me wrong – cykl o Shannarze z całą pewnością dokończę, ale nie chcę, by szybko mi się przejadł). Chcę wrócić do czasów Willow i Labiryntów i Gwiezdnych wojen (haha, lol), wziąć questa i go, kurczę, wykonać. Kto mi da swój miecz, łuk i topór?

  • Aeon

    Akurat jeśli o „Koło Czasu” chodzi to panowie schodzą w pewnym momencie na drugi plan i oddają pola paniom, również w liczbie trzech. Warto się za to zabrać, w sumie to jedna z bardziej feministycznych serii jakie czytałam. :) Potem dochodzą również inne bohaterki z własnymi, obszernymi wątkami, kobieta jest też jednym z najpotężniejszych wrogów (nr. 2, numer 1 to niewiadomoco ;)), nie wspominając o tym, że w tym uniwersum niemalże wyłącznie kobiety rządzą…
    Pierwszy tom jest najgorszy, ale warto przez niego przebrnąć. :)

    • Serio? Bo jeśli serio (a te okładki są taaaaakie śliczne!), to może faktycznie dam serii drugą szansę. Ewentualnie czy można czytać od drugiego tomu? :D

      • Adam Matuszczak

        Lepiej czytać od pierwszego, bo całe wprowadzenie do świata przepadnie. ;) Ja od siebie dodam, że pierwsze 3-4 tomy to najbardziej typowe heroic fantasy jak się tylko da. I nieprawda, że pierwszy najgorszy, bo IMO właśnie te pierwsze 4 części są najlepsze. Potem są 3 kolejne dobre albo w miarę dobre i niestety mniej więcej od „Ścieżki Sztyletów” chyba zaczyna się rozmienianie się na drobne, miliony bohaterów pobocznych i wątki przynudzające. Ja wymiękłem na „Wichrach Cienia” X lat temu, ale w tym roku wracam do serii jak tylko pojawi się „Pamięć Światłości” w księgarniach. ;-)

        A, jeszcze jedno – ponoć seria wraca na dobre tory za sprawą Sandersona w ostatnich częściach. W sumie nie zdziwiłbym się, bo po zapoznaniu się z jego twórczością stwierdziłem, że to geniusz.

        • Aeon

          Co kto lubi, dla mnie jednak pierwszy najgorszy, bo już wolę to rozmienianie się na drobne niż najbezczelniejszą zrzynkę z Tolkiena z jaką kiedykolwiek się zetknęłam, dobrze że odkręca to w kolejnych tomach…
          Muszę przyznać, że potem jest trochę przynudzania, ale za to oryginalnego – uwielbiam (tak lekki spoiler, że aż nie spoiler) samą ideę na wsadzenie do uniwersum własnego Króla Artura i to co się stało później. :3
          I sam fakt cykliczności czasu i związanego z nim przeznaczenia bohaterów, te całe Sploty Wieków (?) itd. – może się nie znam, ale nie spotkałam się z takim zabiegiem w wielu książkach fantasy.
          Naprawdę warto :)

  • Ha, pjontka! Mam dokładnie tak samo, tzn. chcę sobie poczytać takie schematyczne i pełne epickości fantasy. Ale no ni ma…
    Od siebie mogę polecić Tobie do sprawdzenia, jeśli jeszcze nie miałaś okazji, np. Abercrombiego i jego „Pierwsze prawo” – co prawda wątek wykonywania questa pojawia się dopiero w drugim tomie, ale… no generalnie warto przynajmniej spróbować. Może trochę w schemat questowania wpisuje się „Pan Lodowego Ogrodu” (jest zły, którego trzeba ubić, jest hero i jego wesoła gromadka). Dalej to np. „Fionavarski gobelin” – nie czytałem jeszcze, ale z opisu by się nadawało. „Bohaterowie umierają” Stovera – mało tu przygodowości, ale jest wielki niezniszczalny zły do zniszczenia. Co by tu jeszcze.. o!, „Saga o zbóju Twardokęsku” Brzezińskiej, rozkręca się powoli, ale z czasem robi się naprawdę epicko (zabijanie bogów i te sprawy). „Imię wiatru” Rothfussa jest też bardzo klasyczne w swoim schemacie (form hero to zero), w pierwszym tomie bardziej opisany jest rozwój bohatera, dopiero w drugim („Strach mędrca”) dochodzi przygoda, no i gdzieś tam w tle czai się wielkie zło. Ewentualnie jeszcze „Pokój światów” Pawła Majki – quest na zasadzie zabić czterech kolesi, ale jest ;) To tak na szybko z głowy, co mi się przypomniało. Może coś Ci z tego pyknie. Niemniej generalnie jest lipa i powieści z takim tradycyjnym questem ze świecą szukać – przynajmniej na tyle, na ile się orientuję.

    • Ok, to będzie trudna odpowiedź :D

      Abercrombie: strasznie zraziłam się do Abercrombiego po spróbowaniu „Best Served Cold”, które ostatecznie rzuciłam strasznie zeźlona na zmarnowany czas. Jeśli w „Pierwszym prawie” są tak samo niesympatyczni bohaterowie, że dosłownie każdego chciałoby się wymienić, to nie wróżę sobie przyszłości z tym autorem ;)

      „Fionavarski gobelin”: tu problem polega na tym, że próbowałam Guya Gavriela Kaya przy okazji innej książki… i nawet jego wersja starożytnych Chin nie uratowała mnie przed nudą…

      „Bohaterowie umierają”: czytam właśnie opis… and no :(

      „Imię wiatru”: a bohater nie mógłby być kobietą? Czytałabym, jakby był kobietą!

      Do tego dochodzi mój problem z czytaniem literatury polskiej. „Saga o zbóju Twardokęsku” już brzmi zbyt swojsko. Ja się potrzebuję oderwać, nie przybliżać :P

      To, co mówiłam o wybredności? Nie żartowałam ^^

      • Dawno nie komentowałem nic w necie, co się teraz robiło? Powinienem napisać, że jesteś głupia i się nie znasz czy coś takiego? Dobrze pamiętam? Często widziałem coś takiego, więc to chyba ogólnie przyjęty trend :P

        A tak serio, to spoko – ot, poleciłem, nie spodobało się, bywa :] Są gusta i guściki, dla mnie np. Abercrombie jest obecnie najlepszym pisarzem fantastyki (a bohaterowie „Pierwszego prawa” są jeszcze bardziej niesympatyczni niż w „Zemście…”, ale mnie to akurat pasuje).

        Choć mimo wszystko może jednak spróbuj „Imię wiatru” – dodam jeszcze na zachętę (albo i przeciwnie), że pierwszy tom to taki trochę „Harry Potter”.

        To w sumie mam taką cichą prośbę, żebyś napisała, jak już znajdziesz odpowiadającą Ci lekturę – też się może skuszę ;)

      • Marcin Segit

        Brzezińska jest świetna. Nie patrz na tytuł, tylko poczytaj.

        • wolkan

          Również polecam Twardokęska. Jest tez bohaterka żeńska

  • Spriggana

    Brakuje mi w tej wyliczance Eddingsa – osobiście jestem z frakcji Elenium [1], ale przyznaję że Belgariada też ma swoje momenty – no i bardziej podpada pod schemat „od zera do bohatera”. Ale dzielna gromadka ratująca świat jest w obu.

    Zastanawiam się czy „Mistborn” podpada – jest quest, jest drużyna, ale spiski i takietam też są.

    [1] Ogólnie jest chyba tak, że lepszy jest ten cykl Eddingsa, który się czytało jako pierwszy, drugi jest już nieco wtórny.

    • Właśnie miałam napisać, że Elenium i Belgriada idealnie pasują. :P

    • wolkan

      Z Eddingsa zdecydowanie Elenium i jego ciąg dalszy czyli Tamuli. Jest tam m.in. bardzo sympatyczna postać żeńska.

  • Blandae

    Próbowałaś „Cykl demoniczny” Petera V. Bretta albo „Serię o Starym Królestwie” Gartha Nixa? To są serie, których czytałam 2 pierwsze tomy, więc nie jestem w stanie powiedzieć, na ile spełniają Twoje warunki, ale drużyna powiedzmy, że jest, kobiece bohaterki są, quest jest i przyczajone zło czekające na odpowiedni moment jest. Poza tym to książki lekkie i przyjemne w czytaniu – biorąc pod uwagę takie kryterium, postawiłabym na półce obok Trudi Canavan. I Fiony McIntosh, choć jej książki podobały mi się mniej (Trylogia Valisarów).

    • Próbowałam oba. „Malowany człowiek” Bretta znudził mnie okropnie pierwszym rozdziałem, który był o niczym, a nie chciał się skończyć. „Sabriel” przeczytałam ze 30% zanim uznałam, że w sumie zupełnie nie interesuje mnie ten świat, bohaterka ani jej quest. Serio, chciałam, ale po prostu się nudziłam.

      Nawet Trudi Canavan spróbowałam i być może jeszcze do niej wrócę, ale muszę raczej wejść w odpowiednio lekki nastrój. Za bardzo kojarzy mi się z YA, ale od YA naprawdę potrzebuję sobie poważnie odpocząć ^^

      • Rety, rzeczywiście jesteś wybredna xD (Aczkolwiek Brettem też rzuciłem w kąt, choć ja dopiero po pierwszym tomie).

  • A próbowałaś „Prawa i powinności”? Książka ma tyle samo wad, co zalet, ale jest całkiem przyjemna w odbiorze, a w ramach questa mają. jak zwykle, uratować świat.
    „Błękitny księżyc” tom 2 teoretycznie też ma questa odnaleźć czarnoksiężnika i uratować świat, ale jak dla mnie książka jest ciężkostrawna, więc polecam tylko w przypadku ogromnej desperacji.
    „Tancerzy burzy” Kristoffa jeszcze nie czytałam, ale główna bohaterka wraz z ojcem zostaje wysłana przez shoguna po gryfa. Nie dość, że quest, to jeszcze kobieca główna bohaterka. Swoją drogą to trochę smutne, że główne bohaterki są kobietami zazwyczaj w młodzieżówkach, które w dużej mierze są romansidłami w scenerii fantasy. To tyle, więcej nie mam.

  • a Czarną Kompanię znasz?

  • Nie wiem jak bardzo będzie to w Twój gust wpadało, ale od siebie polecam trylogię „Pamięć, Smutek i Cierń” Tada Williamsa. w Polsce wydał to kilka lat temu Rebis w 4 dużych tomach. Jest polityka, ale są też smoki i magia, są questy :D Możesz dać szanse pierwszemu tomowi – „Smoczy tron”.

  • Ach, I „Rapsodia”, tobie powinna podejść. Autorka to Elizabeth Haydon.

  • rob

    w sumie to powinnaś brać się za cykl świat czarownic andre norton jest tego dużo i większość części ma kobiece bohaterki no i ma zalete tomy są przeważnie krótkie ca.200-250stron
    cykl jeźdźcy smoków także ma sporo żeńskich postaci

    a propos drzewa strzegącego pokoju to masz podobny motyw w windari :)

  • wolkan

    A próbowałaś cykl o heroldach Valdemaru Mercedes Lackey? O ile dobrze pamiętam, jest tam trochę bohaterek, przynajmniej w niektórych podcyklach.