Prometeusz: Scenariusz morderca

prometeusz-f

Nie jest tajemnicą, że Prometeusz nie został na świecie przyjęty zbyt entuzjastycznie. Nie jest też tajemnicą, że moje oczekiwania wobec nowych produkcji nie są często zbyt wygórowane. Niech więc niespodzianką będzie, że po obejrzeniu nowego sci-fi Ridleya Scotta zrobiło mi się po prostu przykro. Ten film mógłby mieć wszystko, gdyby tylko nie został zarżnięty przez fatalny i dziurawy scenariusz.

Moje oczekiwanie na Prometeusza było duże. Jak ognia unikałam kampanii promocyjnej, bo nawet przypadkiem nie chciałam dowiedzieć się jakiegoś skrawka informacji za wiele. W trakcie tych kilku miesięcy obejrzałam tylko dwa filmiki reklamowe – jeden z Weylandem, bo czerpał z TED-a, drugi z Davidem, bo Fassbender. Spływające później recenzje czytałam wybiórczo i kawałkami, i do ostatniego momentu wierzyłam, że naprawdę nie może być tak źle. Gdy zaczęłam oglądać, skopałam gdzieś w tył głowy komentarze o naukowych bzdurach i logicznych idiotyzmach, bo bardzo usilnie nie chciałam o nich pamiętać. Ale potem zobaczyłam to na własne oczy i od tego momentu wiedziałam, że choćbym chciała, nie będę w stanie przymknąć na nie oko. A choć bzdur jest tu całe mnóstwo, to i tak nie one są w Prometeuszu najgorsze.



Zasadniczo, ja się w naukę w filmach science-fiction nie wtrącam. Jestem w stanie uwierzyć w każdą naukową bajeczkę, jeśli służy ona jakiemuś celowi i jest przedstawiona w sposób sensowny. Rzeczy takie jak odwzorowanie dinozaurów z krwi zastygłych w bursztynie komarów, wirusy transformujące ludzi w zombie czy czerwona materia używana do tworzenia czarnych dziur nie są dla mnie absolutnie żadnym problemem. Zazwyczaj są przystępnie wyjaśnione, podane w zgrabnej otoczce, ogólnie zapakowane tak, że nawet do pudełka nie można się przyczepić. Gdy jednak każe mi się wierzyć, że grupa naukowców ot tak otwiera sobie odnalezioną kryptę, a potem jest zdumiona, że mogła skazić warunki atmosferyczne w środku, narażając wszystkie znajdujące się znaleziska na niebezpieczeństwo, to już nawet mi zapala się nad głową wielki migający pytajnik. Pojawił się też np. w scenie badania znaleziska „na żywca”, bez zabezpieczenia próbki. Albo faktu, że znikająca kropka sygnalizująca pojawienie się czegoś nowego to prawdopodobnie „usterka”. Albo że nawiązywanie kontaktu z nieznaną formą życia – i to przez biologa – polega na wołaniu do niej jak do pieska i wyciąganiu w jej stronę łapy. Już nie mówiąc o tym, że jak stworzonko ma przyssawki, to prawdopodobnie prędzej czy później się do czegoś przyssie. Te i inne kwiatki – czyli owo „pudełko” – momentami wręcz wołały o pomstę do nieba. Pół filmu zastanawiałam się, czy ci ludzie naprawdę nie mają żadnych procedur i protokołów bezpieczeństwa? Bo jak słowo daję, jak na film bądź co bądź science-fiction, Prometeusz nie posiada wiarygodności nawet na poziomie przyziemnym. 

I tutaj dopiero przechodzę do najgorszego. Tak dziurawego, bezsensownego i pourywanego scenariusza nie widziałam na ekranie dawno. Niby wszystko zaczyna się prawidłowo, rozwija się bez pośpiechu i odkrywa  kolejne kawałki układanki, ale… nagle film zbliża się ku końcowi i bohaterowie już wszystko wiedzą, ale widz czuje się bardziej zagubiony niż na początku, bo nikt nigdzie tych kawałków ze sobą nie powiązał. Nie pada żadne wyjaśnienie „skąd” i „jak” – po prostu akcja idzie sobie dalej, jakby zapomniała, że halo, tu jeszcze coś powinno być. Może to kwestia jakiejś okrutnej krzywdy wyrządzonej na montażu i po prostu pocięcia Prometeusza na kawałki, ale te wydarzenia zwyczajnie ze sobą nie grają. Ja w tym filmie po prostu nie odnalazłam sensu, co boli tym bardziej, że potencjał fabularny drzemie w nim ogromny. Nie tylko mamy tu pytanie o stwórców rasy ludzkiej i motywację, jaka nimi kierowała, ale również kwestie wiary, pożądania nieśmiertelności, „robociego” pragnienia człowieczeństwa – wszystko to przecież klasyczne motywy science-fiction na miarę poważnego i ciężkiego kina. Niestety, w Prometeuszu są przedstawione okropnie płasko i w zasadzie bez żadnej konkluzji. Nie poczułam się dotknięta tymi problemami, nie zasiało mi się w głowie żadne wartościowe pytanie, nie zostało mi po seansie w zasadzie nic poza gorzkim smakiem nieszczęśliwego rozczarowania. 

Scenariusz jest dodatkowo prawie całkowicie płaski. Bohaterowie wypowiadają albo mało znaczące, albo wręcz kompletnie puste kwestie, które nie brzmią za grosz przekonująco. Momentami miałam ochotę aż zakrzyknąć, czemu po prostu nie powiedzą tego, o co im chodzi, zamiast odpowiadać w sposób, który z grubsza sprowadza się do „bo tak”. To idealna recepta na problemy w komunikacji – zarówno między bohaterami, jak i widzami, która irytowała mnie aż do ostatniej sceny. Co więcej, scenariusz jedzie po oklepanych kliszach, które w filmie takiego (spodziewanego) kalibru wypadają wręcz żenująco. Na czoło aż rzucał mi się facepalm. Facepalmu bym przy tym filmie nie przewidziała. 

W tym momencie jedyną rzeczą, jaką mogę napisać na obronę Prometeusza jest aktorstwo – znaczy Fassbender i Theron – i efekty specjalno-wizualne. Jestem zachwycona zarówno technologią statku, wnętrzem tajemnej piramidy, jak i ponurą paletą barw. Da się w tym wszystkim odczuć odrobinę alienowskiej atmosfery. Przewija się również motyw zaufania wśród członków załogi – coś, na czym Alien bardzo pięknie zbudował swoje przerażające przesłanie. Tutaj jednak nie ma co liczyć na aż takie wrażenie. Jest również sporo dobrze zrealizowanych scen akcji i całkiem przyjemna dla ucha muzyka. Tak naprawdę ten film ma wszystko. Ma ciekawych bohaterów, genialne efekty i świetny podkład fabularny – brakuje mu tylko i wyłącznie odrobiny zwykłego, trzymającego się kupy sensu. 

Niestety, z Prometeusza nie jest ani dobry horror science-fiction, ani film akcji w klimacie science-fiction, a momentami nawet ani dobre science-fiction samo w sobie. Odnoszę wrażenie, że ten film chciał być kilkoma rzeczami naraz, a jak wszyscy wiemy, jak coś jest od wszystkiego, to jest do niczego. I naprawdę, przykro mi jest nawet teraz, kiedy piszę te słowa, bo w jakiś pokręcony sposób czuję się źle pisząc tak negatywnie o moim ukochanym gatunku, ale w końcu musiałam w brutalną prawdę uwierzyć. Moja długo wyczekiwana historia z Prometeuszem kończy się nieszczęśliwym zakończeniem. 


Prometeusz (Prometheus)
Reżyseria: Ridley Scott
Obsada: Noomi Rapace, Michael Fassbender, Guy Pearce, Idris Elba, Logan Marshall-Green, Charlize Theron
Muzyka: Marc Streitenfeld
Ocena: 4/10

  • Moje odczucia są jednak bardziej pozytywne – pewnie dlatego, że ani specjalnie na „Prometeusza” nie czekałam, ani nie miałam wobec niego żadnych oczekiwań. W sumie bawiłam się dobrze – jest to, trzeba przyznać, wizualne cacko, a słabość scenariusza uderzyła mnie dopiero po wyjściu z kina.

    • jeju… ja to się spodziewam nie wiadomo czego, a tu widzę, że szykuje się niezły syf. Szczerze przyznam, że coraz bardziej obawiam się tego seansu, bo wszędzie wiszą tylko negatywne opinie…

  • Myślę, że wystarczy nie nastawiać się na jakąś intelektualną głębię i będzie ok. ;)

  • Uważam że kwintesencja problemu z Prometeuszem znajduje się w tytule wpisu. Scenariusz zabił ten film.

  • Jeśli chodzi o oczekiwania, miałam tylko jedno: dobry film science-fiction. Zrezygnowałam z nawiązań do „Obcego” dawno temu, chciałam po prostu obejrzeć ciekawą historię, może z jakimś przesłaniem. A tymczasem wyszło na to, że wesoła kosmiczna rozwalanka pt. „Battleship” podobała mi się trzy razy bardziej – bo była dokładnie tym, na co się zapowiadała. Po nazwisku Ridleya Scotta jednak można było spodziewać się czegoś lepszego…

    • Ja tam złego słowa nie dam powiedzieć na Battleship, bardzo mi się ten film podobał, bo dostałam dokładnie to, co zapowiadał trailer, plus niezłą aktorsko Rihannę. Poza tym nie wierzyłam, że da się nakręcić film na podstawie gry w okręty, a Hasbro dało radę.

    • Nie, nie, to nie tak, ja kocham „Battleshipa”, to totalna zabawa od początku do końca i w kinie po prostu pękałam ze szczęścia :D Kwestia tylko taka, że jakby nie patrzeć, te dwa filmy to jednak inna klasa. Myślałam, że „Prometeusz” będzie mimo wszystko nieco mądrzejszy. Porównałam tylko dla kontrastu ;)

  • Miałem nadzieję, że się nie zgodzę z takim postawieniem sprawy, ale niestety… Faktycznie nie jest najlepiej.
    Gdzieś tak do połowy jest jeszcze ok, ale później, gdy twórcy nie za bardzo wiedzą w jaką stronę podążyć, robi się z każdą kolejna minutą coraz gorzej.
    Pomijając piękne zdjęcia i dobre użycie technologii 3D, jest to niestety średniak.
    Na te chwilę moje rozczarowanie sprawia, że nie chce mi się nawet pisać swojej recenzji… :)
    Ode mnie z 5/10

  • Ja się nie nastawiałam na nic – może tylko na dobre sf i piękne obrazy. I w sumie to dostałam, ale… Też jestem skłonna przyjąć każdą bajeczkę, którą pisarz/reżyser wymyśli, ale żeby to nie było po prostu głupie – a tutaj niektóre rzeczy po prostu takie były. Większość czasu podziwiałam po prostu zdjęcia :P