Prince of Persia: The Sands of Time: Czas niepokonany

prince-of-persia-sands-of-time-f

Doszłam niedawno do wniosku, że mój stary kochany PlayStation 2 (aż chciałoby się napisać „szaraczek”) zebrał stanowczo za dużo kurzu. Postanowiłam go więc odświeżyć, a ponieważ siedziałam ostatnio w temacie przygodowym i tak mi się jakoś skojarzyło, na pierwszy ogień wzięłam się za jeden z najbardziej rozpoznawalnych nowoczesnych klasyków – pierwszą część trylogii Prince of Persia od Ubisoftu.

Choć w tym roku szczęśliwie udało mi się przejść wszystkie trzy Mass Effecty i wszystkie dwa Dragon Age’e, świat gier odwiedzam zdecydowanie zbyt rzadko. Strasznie sobie za to pluję w brodę, bo jednak gry były ze mną od zawsze i bardzo bym nie chciała w pewnym momencie całkowicie o nich zapomnieć. Muszę jednak powiedzieć, że wzięcie do łap kontrolera po kilku latach przerwy było doświadczeniem bardzo ożywiającym. Nie minęło pięć minut, a już jakby ta kilkuletnia przerwa w ogóle nie miała miejsca. O tym, że jednak miała, świadczyły dla mnie dwie rzeczy: przestarzała grafika (2003 był prawie dziesięć lat temu!) oraz powtarzająca się w głowie kwestia, że oceny z progu 8-9/10, które Prince of Persia: The Sands of Time zdążył przez ten czas zabrać, są jak najbardziej zasłużone nawet teraz. I warto było się w końcu przekonać o tym na własne oczy.

Początek mimo tego wybił mnie z rytmu. Przestarzałą grafikę rozumiem, ale zanim pogodziłam się z faktem, że nie ma tu nigdzie opcji włączenia napisów, a dialogi nagrane są w sposób tylko ledwie dla mnie zrozumiały, umknęło mi praktycznie całe intro. Później troszeczkę się śmiałam, jak niezgrabnie poruszały się modele niektórych postaci, bo mając w pamięci wydaną bądź co bądź wcześniej Final Fantasy X, różnica w jakości była wysoka. Ostatecznie jednak przywykłam do uważnego wsłuchiwania się w wypowiedzi postaci, a uśmiechanie się na widok grafiki nigdy nie przekroczyło życzliwego poziomu (że przecież nie wszyscy robią gry tak piękne jak Final Fantasy). Wtedy byłam już kompletnie wciągnięta w śmiałą ucieczkę z perskiego pałacu i nie obchodziło mnie nic więcej poza przebywaniem kolejnych etapów – i patrzeniem, jak świetnie rozwija się przymusowa współpraca pomiędzy Księciem a Farah. Fabuła jest w tej grze boska, ale nie oszukujmy się – frajda z biegania po ścianach, ciachania wrogów z doskoku i przewijania czasu według potrzeb jest bezsprzecznym motorem napędzającym całą tę rozgrywkę.

Walczy się nie tylko dynamicznie, ale efektownie (zdj. gry-online.pl).
Walczy się nie tylko dynamicznie, ale efektownie (zdj. gry-online.pl).

Od fabuły jednak zacznę – dla tych, którzy w grę jeszcze jakimś cudem nie grali – bo w całej swojej prostocie jest straszliwie satysfakcjonująca. Oto bowiem król Persji podbija pewne miasto w Indiach. Zuchwały syn władcy, nasz Książę, postanawia wykazać się w swojej pierwszej bitwie i w tym celu wykrada ze skarbca pokonanego Maharadży wyjątkowy sztylet. Nie wie jednak, że ten sam sztylet jest celem zdradzieckiego Wezyra. W wyniku podstępnego triku czarnoksiężnika, Książę uwalnia starożytne Piaski Czasu – te zaś przemieniają wszystkich mieszkańców pałacu w krwiożercze piaskowe potwory. By odczynić zło, jakiego się dopuścił, bohater musi przebyć długą i krętą drogę przez cały pałac, rozprawić się z Wezyrem i przy okazji zmierzyć z rosnącą fascynacją wobec tajemniczej Farah, córki Maharadży, która mu w tej niebezpiecznej przeprawie pomaga. Rzecz jest więc prosta jak konstrukcja cepa – ot, pretekst do przelezienia z punktu A do punktu B, unikając pułapek, nie dając się zabić, rozwiązując zagadki i odnajdując ścieżki – ale jest kilka drobnostek, które dodają jej wyraziście soczystego smaku (nie mówiąc już o tym, jak pięknie ten koncept oddaje klimat klasycznego Prince of Persia z 1989 roku).

Po pierwsze, fakt, że cała rzecz wokół tytułowych Piasków Czasu odbija się na rozgrywce jest bombowe samo w sobie, ale fakt, w jaki sposób, jest jeszcze lepszy. Dzierżony przez Księcia sztylet daje możliwość cofania czasu o kilka sekund, co w sytuacji nieudanego na śmierć skoku okazuje się naprawdę pomocne. Przypuszczam, że częściej miało to służyć w przypadku niefortunnego oberwania w łeb, ale jakoś zawsze wychodziło, że walki rozgrywałam na minimalnym pasku zdrowia, a piasek zatrzymywałam sobie na później (a kilka minut walczenia na minimalnym pasku zdrowia daje takiego kopa, że po wyjściu z potyczki cało byłam cała nabuzowana adrenaliną). Na polu walki znacznie lepiej sprawdzały się moce ofensywne, zwłaszcza spowalniający wszystkich wokół Mega-Freeze, którego w całej grze użyłam raz jeden (głupia, z braku lepszego słowa, walka w windzie!). Sztylet okazał się tak pomocnym narzędziem, że w momencie, w którym go zabrakło myślałam, że będę musiała zaparzyć sobie meliskę, bo akrobacje, które przez całą grę robiłam z zamkniętymi oczami nagle przestały być bezpieczne… Ostatecznie przeszłam przez kilka stadiów wściekłego gracza i wszystko skończyło się szczęśliwie następnego dnia po kilku godzinach głębokiego snu, ale niech stopień mojego zaangażowania mówi sam za siebie. Zakończenie było tych wszystkich nerwów zdecydowanie warte.

Zabawa w utrzymanie równowagi z przeszkadzajkami (zdj. gry-online.pl).
Zabawa w utrzymanie równowagi z przeszkadzajkami (zdj. gry-online.pl).

Po drugie muszę powiedzieć, że patent z uzupełnianiem paska życia za pomocą wody jest tak oczywisty, że wręcz genialny. Persja, pustynia, piaski – i lecznicze właściwości wody. Można się wręcz pacnąć w czoło. Do tego motyw z save pointami, które pokazują przy okazji wizje przyszłości, przez co można się bardzo łatwo dowiedzieć, gdzie skoczyć, co przesunąć lub czego złapać – bardzo pomocna, praktyczna sprawa (dodatkowo w paru miejscach wykorzystana fabularnie).

Dalej – towarzysząca Księciu Farah nie jest tylko biernym NPC-em, ale pracowitą pomagierką. Nie tylko pomaga w potyczkach z przeciwnikami (choć tylko w chwilach, w których jej strzały nie trafiają Księcia), ale również asystuje przy rozwiązywaniu zagadek. To chyba najoryginalniejszy motyw, jaki mnie w tej grze zachwycił, serio. Wypadłam z growego obiegu, to fakt, ale zręcznościowe platformówki 3D (czyli Tomb Raidery, hehe) przyzwyczaiły mnie do posiadania jednego bohatera, który jak Zosia samosia wszystko robi sam. A tu niespodzianka, Książę ani się nie rozdwoi, żeby powiesić się na trapezie po przeciwnej stronie sali, ani nie przeciśnie się przez dziurę w ścianie, ale za to chętnie zasugeruje księżniczce, żeby może łaskawie stanęła na płycie naciskowej albo wyśle ją do otworzenia niedostępnych dla niego drzwi. Niby takie nic, a jak ubarwia rozgrywkę.

A jak to się bajecznie wpisuje w fabułę! Gra w genialny i zupełnie nieinwazyjny sposób wstawia mniej lub bardziej luźne dialogi pomiędzy tą dwójką, a dialogi te są momentami tak błyskotliwe i zabawne, że musiałam przerwać bieganie na chwilę głośnego rechotania ze śmiechu. Nie wiem, co bawiło mnie bardziej: najeżone uszczypliwościami rozmowy Księcia i Farah (– You go ahead. I’ll cover you! – Please don’t. You’re liable to hit me); Książę złośliwie nabijający się z księżniczki  (I’m afraaaaaid, what if I get into trouuuble?) czy jego kreatywne tyrady w chwilach samotności (I’ll just ask the first Sand Creature I run into, „Could you direct me to the baths, please?” Well, thank you. „Don’t mention it, I used to be a bath attendant back when I was alive… „). Nie dało się usiedzieć spokojnie, nawet na fotelu zwijałam się w pół. Szkoda, że całościowo było takich momentów stosunkowo niewiele, ale każdy jeden w pełni zasługuje na uznanie.

Ładne widoczki? Nie, lęk wysokości (zdj. gry-online.pl).
Ładne widoczki? Nie, lęk wysokości (zdj. gry-online.pl).

A skoro już wracam do fabuły, muszę wyrazić zachwyt jeszcze nad jednym aspektem. Jak mnie cieszyło, że postać Księcia to arogancki, pewny siebie pyszałek, którego na początku nie obchodzi nic poza sławą i chwałą w oczach swojego ojca. Pragnienie odkupienia win i niebezpieczeństwa czyhające po drodze oczywiście go zmieniają, ale nie pozbawiają tej czarującej wyniosłości i kpiarskiego usposobienia (czemu najlepiej dowodzą wspomniane dialogi). Mam słabość do takich postaci – niedoskonałych, niekrystalicznych i takich, które w trakcie przygody dostają realne powody do tego, by się zmienić.

Wisienką na torcie jest oczywiście nieuchronny wątek romantyczny, który zaskoczył mnie w bardzo ciekawy sposób. [Spoiler] Nie przekonała mnie bowiem wielka historia miłosna, jaką twórcy próbowali tu wcisnąć, ale cały motyw został poprowadzony na tyle zgrabnie, że bez trudu mogę sobie przyjąć nieco inną wersję wydarzeń. Ani na moment nie uwierzyłam w to wielkie uczucie, jakie Książę zaczął nagle żywić do Farah, ale  jeżeli dwoje bohaterów przeciwnej płci wspólnie przeżywa emocjonującą i ryzykowną przygodę, to ja nie mam pytań, że – i jak – mogą się do siebie zbliżyć. A że przy okazji księżniczka okazała się podstępną lisicą – wykorzystując do własnych celów wszystkie swoje kobiece przywary – zaciesz fabularny miałam jeszcze większy. [/Spoiler] Jak dla mnie bohaterowie zostali wykreowani świetnie, bo choć okropnie stereotypowi, potrafili w tym schemacie pozytywnie zaskoczyć. Uwielbiam takie zabawy z kliszami, zwłaszcza w tak lekkiej, przygodowej otoczce.

Dodać do tego fakt, że całą grę „ogląda” się z perspektywy czasu, bo w miarę pokonywania kolejnych etapów Książę opowiada kolejne fragmenty swojej historii, i wychodzi jedna z najlepiej skonstruowanych i spójnych opowieści, jakie zdarzyło mi się poznać. Czyli jednak wyjdzie, że fabuła podobała mi się bardziej niż gameplay…

Warto dodać, że Księciu w pewnym momencie kończy się koszulka (zdj. gry-online.pl).
Warto dodać, że Księciu w pewnym momencie kończy się koszulka (zdj. gry-online.pl).

Natomiast wady Prince of Persia miał tylko techniczne. To, że nie mogę wykonać skoku to najczęściej moja wina, bo nie umiem sobie wcisnąć przycisku w odpowiednim momencie, ale to, że czasem nie widać, gdzie mam ten skok wykonać już mnie martwi. O braku napisów już wspomniałam, za to osobne miejsce należy się pracy kamery, która momentami doprowadzała mnie do szału. Nie raz i nie dwa spadłam sobie przez nią w przepaść, bo albo nie chciała się przekręcić, albo przekręciła się w niewłaściwym momencie. Zdarzały się chwile, kiedy tuptałam krok po kroku, żeby tylko trafić tam gdzie chciałam. Czasami irytował mnie też powtarzalny schemat – nowa sala, wyjście z sali, walka z przeciwnikami, save – ale to już kwestia specyfiki gatunku. Na pewno nie wpłynęła na żaden negatywny odbiór całości.

A na koniec dodam jeszcze, że teraz, gdy przeszłam grę, na podstawie której powstał film o tym samym tytule, moje kipienie z zachwytu wobec tego drugiego urosło co najmniej dwukrotnie. Sceny, w których Dastan buja się na belkach, skacze po budynkach i biega po ścianie (!) nabrały dla mnie jeszcze nowszego znaczenia, ale moment, w którym Tamina opisuje pułapki czyhające w świątyni, a kamera najeżdża na nie z bliska, jest chyba najlepszym ukłonem do oryginału z jakim się spotkałam. Nie wspominając nawet o nawiązaniach fabularnych. Będę się bić z myślami, czy pod względem adaptacji lepsze jest Silent Hill, czy Książę Persji, ale coś czuję, że to drugie zwycięży – choćby tylko o włos.

Prince of Persia: The Sands of Time zostało już docenione wszędzie, gdzie miało, więc ja mogę powiedzieć tylko jedno: zasłużenie. Jeśli nie graliście – zagrajcie. Ja jestem z tego powodu bardzo, ale to bardzo zadowolona. 9/10.

  • Ojej, jak ja lubię tę grę! Poważnie, chyba z osiem razy ją przeszedłem. PoP:SoT to moja trzecia ulubiona gra z serii przygód o Księciu. Trzecia, bo generalnie większość gier o Księciu od Ubisoftu (pomijając ten koszmarek, który powstał na fali filmu… Zapomniane Piaski? Jakoś tak… I średnio udane Two Thrones) to naprawdę znakomite produkcje.

    Wyżej cenię Prince of Persia 2008 (znane też jako bezpodtytułowe Prince of Persia), za po prostu fenomenalny świat przedstawiony wsysający wszystkie części Final Fantasy tego świata razem wzięte, znakomitą mechanikę walki(rezygnacja z Piasków Czasu na rzecz… no, sama zobaczysz, gdy zagrasz, ale pomysł przedni), nowego Księcia, który tym razem nawet nie jest żadnym księciem, tylko jakimś włóczęgą, nową damsel in distress, która, jak to w tej serii bywa, częściej ratuje tyłek głównemu bohaterowi, niż odwrotnie i absolutnie genialny plot twist na sam koniec. I soundtrack jakby ukradziony z jakiegoś czarno-białego filmu o Sinbadzie! I fantazyjne łachmany głównego bohatera! I cell-shadingowa konwencja graficzna! I nieliczni przeciwnicy, z których każdy ma jakąś tragiczną historię i solidny background fabularny! I intro, w którym Książe idzie przez pustynię i nawołuje… kogoś. I mógłbym tak wymieniać chyba bez końca! Pyszności! W ogóle, całym sercem zachęcam.

    Ale i tak najlepszym Księciem według mnie jest Warrior Within. Po cukierkowatych Piaskach Czasu dostajemy w twarz stylistyką perskiego gotyku (yay!), uroczy łapserdak z poprzedniej części staje się nieogolonym mężczyzną zaszczutym przez ścigającego go demona, który jedynej nadziei na przeżycie upatruje w dotarciu na Wyspę Czasu i zapobiegnięciu powstania piasków. A demon ów zwie się Dahaka i jest najbardziej przerażającym stworem w historii popkultury i niech się Cthulhu z Dagonem schowają. I ta fabuła z wibbly-wobly-timey-wimey, podróżami w czasie, paradoksami i niekiedy wręcz moffatyzmami. I ostra rockowa ścieżka dźwiękowa. I najlepszy system walki, jaki kiedykolwiek widziałem, bo prosty w obsłudze, ale złożony i dający niesamowicie wielkie możliwości manewrów. I w ogóle.

    Jej, jak ja kocham te gry. Będzie notka, oj będzie…

    • No to, Misiael, będę musiała Cię trochę zmartwić, bo jak na razie Warrior Within podoba mi się mocno średnio i trwam przy nim głównie z obowiązku. W myśl rasowego sequela wszystkiego jest w nim więcej i bardziej, ale zamiast się tym bawić, strasznie się tym męczę. Cięższy i gotycki klimat jeszcze mi nie przeszkadza (choć zdecydowanie wolałam ten cukierkowy z SoT), natomiast konieczność ciągłego walczenia, biegania po kilka razy po tych samych lokacjach i przechodzenia coraz bardziej absurdalnych i przydługawych pułapek, i to w momencie, w którym nie dostaje się wiele w zamian, bo fabuły jest tu jakoś strasznie mało, lekko mi się odechciewa… System walki jest super, to przyznam, ale sam gameplay mi nie wystarcza :(

      Natomiast strasznie cieszę się na myśl o Prince of Persia 2008, zwłaszcza po sposobie, w jakim go zareklamowałeś ;) Przemogłam się i niedługo kupuję PS3, więc moja przygoda z Księciem będzie trwać jeszcze długo :)

    • Daj szansę PoP:WW – fabuła jest podawana subtelnie, drobne rzeczy, na które nie zwracałaś uwagi wcześniej, w dalszych partiach gry nabierają sensu i niosą zaskoczenie za zaskoczeniem, bieganie po tych samych lokacjach nie przeszkadza, bo każda ma dwie wersje (z przeszłości i teraźniejszości), zaś niektóre z nich są po prostu genialne (Wiszące Ogrody!). No i oczywiście jest Dahaka – nawet, gdyby gra była słaba pod każdym względem, to i tak Dahaka samą swoją obecnością by ją podrasował o kilka stopni. Naprawdę, wstrzymaj się z oceną do czasu, aż przejdziesz całość.

    • Nie no, gram dalej i na pewno przejdę – satysfakcja z pokonania każdego kolejnego etapu jest bądź co bądź budująca, a fabułę chcę poznać do końca (bo jeszcze Two Thrones, a ja lubię mieć ciągłość fabularną). Sands of Time porwało mnie jednak szybciej i głębiej, a gdyby Warrior Within robiło na mnie takie samo wrażenie, już bym to wiedziała (jestem w Clockworks and Gears i klnę na to jak szewc). Tak czy inaczej, jestem ciekawa ciągu dalszego, więc zobaczymy, jaka z tego wyjdzie całościowa opinia :)

    • Nie chciałbym tutaj generalizować, ale podejrzewam, że to dlatego, że ja jestem chłopcem, a ty dziewczynką, a wiadomo, że nas, chłopców, kręcą mhhhroczne klimaty, roznegliżowane panienki, angstujący bohaterowie, a wy, dziewczynki, preferujecie disnejowsko-baśniowe klimaty (w czym przoduje SoT). Hmm…

      Clockworks and Gears? To jeszcze jesteś przed tą lawiną istotnych fabularnie wydarzeń. Może i WW rozkręca się stosunkowo długo, ale kiedy już się rozkręci, to wiruje, niczym morgenstern. Do pyszności z tej gry dodałbym walki z Olbrzymami.

      A Dwa Trony? Cóż, nie jest to moja ulubiona gra – utknęła w rozkroku pomiędzy SoT i WW, co nie wyszło jej na dobre, bo te dwie stylistyki się po prostu pogryzły ze sobą. Mało innowacji, a te, które są nie cieszą, no i najgorsza fabuła z całej trylogii. I najgorszy soundtrack z całej trylogii. Ale i tak warto, bo jednak, mimo wszystko, nawilża.

    • No ja jako dziewczynka preferuję angażujące wątki fabularne, wciągający gameplay i sensowne postacie, a jak na razie panienki są tylko roznegliżowane, bohater tylko od czasu do czasu nad czymś zaduma, a mroczny klimat jest tak mroczny, że nic przez niego nie widzę ;) Ale ok, może się czepiam – w każdym razie pod wieloma względami Warrior Within nie klei mi się tak samo jak Sands of Time. Może to rzeczywiście kwestia preferencji (pustynne klimaty uwielbiam pasjami), ale mam też odrobinę wrażenia, że twórcy trochę tę grę za bardzo rozwlekli i za bardzo „zmrocznili”. Gdyby zrobili to trochę mniej, czyli dokonali tego mniej drastycznie i bardziej subtelnie, byłoby ok. A przeskok jest tu jednak spory…

      Anyway, nie mogę doczekać się aż wyjdę z tych zegarów, bo już naprawdę nie chcę tam być ;) No i zachęciłeś mnie tym rozkręcaniem fabuły :)

    • Może to też kwestia tego, że WW to mój pierwszy Książe spod igieł Ubisoftu (wcześniej był oczywiście oryginalny ośmiobitowy PoP na Pegasusa) i dla mnie stylistyka Warrior Within jest tą „bazową”. No, ale Piaskom Czasu niczego nie ujmuję, bo to zaiste piękna, baśniowa opowieść, która angażuje emocjonalnie i nie pozostawia obojętnym.

      W ogóle mam takie przemyślenie, że sukcesywne tracenie przez Księcia mundurka to symbol jego dorastania, transformacji z lekkoducha i młodzika w wojownika i mężczyznę. Jest w Piaskach Czasu taka scena, w której zdradzony (i pozbawiony koszulki już kompletnie) Książę ląduje w jakichś mrocznych więziennych katakumbach, czemu towarzyszy ponura gitarowa muzyka. Dla mnie to pewien punkt zwrotny w całej grze i zapowiedź tego Księcia, którego znamy w WW.

  • Ja z „Prince’ami” mam bardzo dziwną historię. Ogólnie to komputer był u mnie bardzo późno w domostwie, więc wszelkie te stare „Alladyny” i inne takie przeszły po mnie jak woda po kaczce-a do tej pory swoją bezgraniczną miłością kocham jedynie przygodówki bo to od nich zaczęła się moja fascynacja grami[i tu mówię o takich w stylu zbieranie i grzebanie w śmieciach doprowadzi cię do ciekawej wskazówki:P].
    Jeśli chodzi o PoP, to tak jak wyżej wspomniał Misiael, również miałam do czynienia z tą nieco inną wersją z 2008 roku i jeszcze jedną której tytułu niestety nie pamiętam, bo wydaje się bardzo podobna do „Piasków czasu”, ale wygląda księcia jest nieco inny.

    Sorry za tak nieskładny wpisik, ale nie mogłam się powstrzymać.

  • @suzarro
    „i jeszcze jedną której tytułu niestety nie pamiętam, bo wydaje się bardzo podobna do „Piasków czasu”, ale wygląda księcia jest nieco inny. „

    Prince of Persia: Two Thrones albo Prince of Persia: The Forgotten Sands. Strzelałbym, że chodzi o to drugie, bo gra była silnie promowana przy okazji premiery filmu.

    • Faktycznie,właśnie przyjrzałam się grafice w necie i to jest TFS;]

  • PoP, tyle wspomnień :) Pamiętam jak za małolata nie udało się z kumplem ukończyć gry bo zagadki były za trudne… Kiedyś też kupiłem sobie bodajże Playa z grą i po drodze do domu z kiosku płytka się zgubiła :) W sumie gry nigdy nie skończyłem, ale przymieżam się do tego od dłuższego czasu, zwłaszcza po zobaczeniu filmu i pograniu w cell shadingową wersję. Teraz po przeczytaniu tego wpisu złych twittów Aeth nabrałem jeszcze większej ochoty by zagrać.