Kiedy dochodzi do dyskusji o sensie adaptowania filmu na serial, pojawia się zazwyczaj jedno pytanie: po co? Cóż, jedną z odpowiedzi jest: bo można zrobić to inaczej. Takie podejście przyjęli twórcy zamówionej przez Syfy serialowej wersji 12 małp, które zdaje się trafiać w dziesiątkę już po pierwszym odcinku. Zapomnijcie o filmie – to zupełnie inna historia.

Słowem wstępu: czekałam na ten serial ogromnie. Zresztą czekanie na nowe seriale Syfy jest już u mnie czynnością powszechną, bo nie dość, że mają naprawdę ciekawe i obiecujące projekty (The Expanse!), to jeszcze podchodzą do swojego powrotu na szczyt naprawdę poważnie. 12 małp zdecydowanie się do takich projektów zalicza, niekoniecznie przez sam fakt zmierzenia się z niezwykle przecież lubianym filmem, ale bardziej przez wzgląd na twórcze nastawienie: otóż jednym z showrunnerów serialu jest Natalie Chaidez, scenarzystka odpowiedzialna m.in. za Terminatora: Kroniki Sary Connor oraz pierwszy, najlepszy sezonów Herosów. Oba tytuły podejmowały temat podróży w czasie (jeden się wręcz na nim opierał), co jak nic pozwala sądzić, że serial jest w dobrych rękach. Co więcej – 12 małp na początku wcale nie miał być reimaginowaną wersją filmu, ba, na początku twórcy stanowczo wręcz odmawiali nakręcenia takiego projektu. Jednak zderzenie ich autorskiego pomysłu – serialu o tytule Splinter – z dziełem Terry’ego Gilliama zaowocowało ideą połączenia obu historii w jedno, czego efektem jest serial pożyczający z filmu główną konstrukcję, ale obudowujący ją oryginalnymi elementami. W skrócie? To historia niemal zupełnie inna, inaczej opowiedziana i posiadające inne punkty skupienia – i może pod tym względem najbardziej ciekawa.

Powyższe fakty możecie przeczytać w obszernym wywiadzie z Natalie Chaidez, ale pomijając, że nie czytałam go przed premierą, nic więc o tym zakulisowym tle nie wiedziałam, na 12 małp czekałam z praktycznie zupełnie innych powodów. Pierwszy – wiadomo – sci-fi. Postapo. Śmiertelny wirus wybijający mieszkańców planety w pień. Nawet nie podróże w czasie, które nigdy specjalnie mnie ekscytowały, ale po prostu dobry kawałek niezłej fantastyki, który opowie mi ciekawą, wielowątkową historię zwartą w zamkniętej ilości odcinków. Drugi: Aaron Stanford. W chwili, w której dowiedziałam się o pierwszych obsadzonych rolach byłam jakieś kilka tygodni po zakończeniu najnowszej Nikity, tym samym absolutnie zakochana w postaci Birkhoffa i grającego go Aarona Stanforda. Osoby nie znające najnowszej Nikity być może pamiętają go jako Pyro w dwóch ostatnich częściach X-Menów Bryana Singera albo bohatera Wzgórza mają oczy z 2006 roku. W każdym razie: uwielbiam tego faceta. Więc nowy serial fantastyczny z Aaronem Stanfordem w roli głównej? Hell yes! A potem wyszło, że w obsadzie towarzyszyć mu będzie kolega z planu Nikity (Noah Bean) oraz agent FBI z Fringe (Kirk Acevedo) i nagle ten serial stał się pięć razy fajniejszy jeszcze zanim obejrzałam pilota.

fot. Syfy

Tyle tytułem wstępu, teraz konkret: pilot dobry czy zły? Jedni powiedzą Wam, że świetny (fani fantastyki), drudzy, że nie bardzo (weźcie poprawkę na fantastykę), a ja napiszę, że jestem pod wielkim wrażeniem, jak bardzo przypadły mi do gustu te rozwiązania, które początkowo wydawały mi się nietrafione. Im dłużej o tej premierze myślę, tym bardziej ją doceniam – bo jeśli coś zrobiła świetnie, to podłoże pod rozwinięcie swojej historii.

Podobnie jak film, 12 małp opowiada o podróżniku w czasie o imieniu Cole wysłanym do przeszłości, aby zapobiec wybuchowi globalnej epidemii. W przeciwieństwie do filmu, bohater ma jednak nie zdobyć informacje o wirusie, ale za wszelką cenę nie dopuścić do jego powstania. Meaning: pozbawić życia twórcę. Również w przeciwieństwie do filmu, w serialu jesteśmy wrzuceni w akcję praktycznie od razu. Nim na serio poznajemy dr Cassandrę Railly (stosunkowo nieznana Amanda Schull), niemal natychmiast zostaje przez Cole’a uprowadzona, by kilka chwil później być świadkiem jego zniknięcia prosto na jej oczach. W krótkich chwilach burzliwej znajomości kobieta poznaje jednak ponurą wizję jego przyszłości i mało tego – postanawia nieznajomemu uwierzyć. Gdy akcja natychmiast przeskakuje dwa lata przód, widzimy już niemal zgrany zespół wspólnymi siłami próbujący powstrzymać nadchodzącą apokalipsę. I wiecie co? Wepchnięcie połowy fabuły znanej filmu w jakieś trzydzieści minut to paradoksalnie najlepsza zaleta tego pilota. Nie wiem jak Wy, ale ja bym chyba nie chciała przez kilka odcinków oglądać powolnego budowania zaufania pomiędzy parą głównych bohaterów, jeśli zamiast tego mogłabym oglądać ich relację w już rozpoczętym wyścigu z czasem.

12 małp przechodzi więc do rzeczy od razu, od razu dając nam ekspozycję, motywacje, backgroundy bohaterów, niezłe i pokręcone (po podróże w czasie) zwroty akcji, świetne zawiązanie dalszej akcji, a na deser jeszcze niezłe role w zasadzie wszystkich zainteresowanych, z czego na czoło wybija się luźna chemia pomiędzy Aaronem Stanfordem a Amandą Schull. Jedną z obietnic twórców względem całego sezonu jest duże skupienie na relacji pomiędzy tą dwójką, w pilocie zaś już na starcie widać, że faktycznie będzie to historia zarówno o nim, jak o niej. To Cole’a poznajemy pierwszego, ale dużą część odcinka oglądamy z punktu widzenia Cassandry, która może się nie wydaje, ale jest postacią znacznie ciekawszą niż stereotypowa partner-in-crime. Przede wszystkim zalicza ogromny plus samym faktem wsparcia historii Cole’a, co kończy się dla niej utratą kochającego partnera, szacunku w gronie naukowym i nawet doktorskiego tytułu. Spotkanie z bohaterem zniszczyło jej życie, w środowisku czyniąc z niej niemalże wariatkę (i tutaj można się zastanowić, czy zmiana imienia bohaterki z Kathryn na Cassandrę jest nieprzypadkowa), ale nie zniszczyło najważniejszego, czyli jej ducha. I właśnie ten duch, upór i wiara czynią z niej postać mocno zakotwiczoną w przedstawianej historii, nawet pomimo tego (a może właśnie przez to), że jej przemianą jesteśmy obdarowani z defaultu. Nie ma snucia się przez ekran w poszukiwaniu sensu życia – jest od razu poszukiwanie rozwiązań.

Na takim a nie innym tle Cassandry zyskuje również Cole, inny rodzaj wyrzutka, którego historię teoretycznie powinniśmy poznać na początku, ale dostajemy ją dopiero kilkanaście minut od rozpoczęcia. Pomijając motywy wyboru do misji, to człowiek naprawdę zdeterminowany zapobiec tragicznej wersji świata, w której przyszło mu żyć, bo jej po prostu nienawidzi. Przyszłością rządzą głód, chłód, brud i agresja, a on jest jednym ze „szczęśliwych” odpornych na działanie wirusa – nic dziwnego, że można zwariować. Cole jest bowiem trochę niestabilny, trochę dziki, do tego porywczy i niespokojny (tutaj brawa dla Aarona), stąd powściągliwa i opanowana Cassandra pełni dla niego rolę naturalnej przeciwwagi. I trzeba przyznać, że razem tworzą niezły duet – jest w nim miejsce na wzajemne zrozumienie, współczucie czy nawet odrobinę humoru, a przede wszystkim współpracę. Są zgrani jak pewien zegarek pełniący w serialu dość istotną rolę, a to bardzo dobrze tej fabule rokuje.

fot. Syfy

Podoba mi się również pewien fatalizm Cole’a. Niemal przez cały odcinek powtarza jak mantrę, że „wszyscy i tak już nie żyją” i tym bardziej zdecydowany jest zapobiec swojej przyszłości – nie wahając się nawet przed morderstwem. W świecie obecnym nie trzyma go wiele więcej, bo nie ma nic do stracenia. Ciekawa jestem – i z nadzieją tego wyczekuję – czy dostrzeże, że poza wypełnieniem swojej misji świat warto będzie ocalić również z innych powodów.

Inną ciekawą rzeczą, którą ten pilot może się pochwalić są oczywiście zabawy z czasem. Po pierwsze będziemy tu często wracać do czasu postapokalipsy (tam rezyduje Kirk Acevedo, więc by wypadało), można więc już zacierać rączki na zniszczenia i szczątki ludzkiej cywilizacji. Po drugie – wygląda na to, że odwiedzimy nie tylko rok 2015, ale i wcześniejsze. Nie chcę za wiele w tym temacie zdradzać w obawie przed zepsuciem interesującego twistu, ale myślę, że fani podróży w czasie powinni być zadowoleni. Gdzieniegdzie słyszy się już opinie o braku spójności i dziurach w koncepcie, ale zastanówmy się wtedy, która historia o skokach w czasie jest w stu procentach jednolita. Jak kwituje to sam bohater: it’s not an exact science.

Tymczasem zmian w stosunku do filmu jest tu znacznie więcej, a jedną z największych i najciekawszych jest zmiana płci postaci, którą u Terry’ego Gilliama odgrywał Brad Pitt: Jeffrey jest tu Jennifer. Według producentów ten gender swap miał na celu odseparowanie się od roli Pitta – w końcu jednej z najbardziej ikonicznych w filmie oraz jego karierze – i przez to próbę stworzenia zupełnie nowej, nie przypominającej Jeffreya bohaterki. Według mnie? Całkiem sensowne podejście, dodatkowo poświadczające, że producenci nie potrzebują wykorzystywać sukcesu filmu do opowiedzenia swojej własnej historii. Powtórzę się, bo to ważne: serialowe 12 małp idzie w zupełnie innym kierunku, skupia się na innych motywach i opowiada inną historię. I z wszystkich zalet, ta jest chyba najważniejsza.

Co więcej? Dobre wrażenie robi sam scenariusz, który potrafi tak zręcznie sterować dialogami, że równie wiele można wyczytać z ciszy. To nie jeden z tych pilotów, które zarzucają nas faktami – to jeden z tych, gdzie są nam one opowiadane. Pod wieloma względami to więc naprawdę udana, przemyślana premiera, która ma do opowiedzenia ciekawe rzeczy w towarzystwie dobrze skonstruowanych i dobranych bohaterów uwikłanych w skomplikowaną, wielowymiarową (dosłownie) historię. Jeśli od tego momentu wszystko powiedzie się tak obiecująco, jak się wydaje, Syfy ma w kieszeni hit. I w dodatku możecie oglądać go po polsku dwa dni po emisji amerykańskiej, w niedziele o 22:00 na kanale Scifi Universal. A oglądać warto.

  • Elmo307

    lubię go

  • Brzmi naprawdę dobrze. A jako, że mam sentyment do filmu fabularnego, za jakiś czas obejrzę pewnie i serial. Zaciekawiłaś.