Powrót do universum Star Wars

ja-jedi

Dwie niezależne od siebie decyzje – kupno Kindle i postanowienie rychłego zagrania w Star Wars: The Old Republic – spowodowały, że na powrót zainteresowałam się powieściami umieszczonymi w Expanded Universe. Od tego momentu próbuję zrozumieć, czemu powrót do książek Star Wars zajął mi tak długo czasu.

Ostatnią gwiezdnowojenną książkę skończyłam gdzieś w okolicach czwartej klasy liceum, gdy w Polsce wydany został Wektor pierwszy. Moje wrażliwe serduszko bardzo przeżyło przeczytanie tego akurat tomu, a potem, w obawie, że po raz kolejny zostanie złamane, postanowiło, że nie będzie czytać ich więcej. W momencie powstania nowych filmów cofnęłam się jeszcze z czasów Nowej Republiki do Starej, ale wtedy już nie udało mi się wykrzesać takiego samego zapału. Tak minęło prawie 13 lat, w trakcie których moje zainteresowanie Star Warsami samymi w sobie bynajmniej nie malało. Ostatnio zaś, po części za sprawą hype’u związanego z nowym MMO, powróciło ze zdwojoną siłą. Za namową kumpla, zapalonego starwarsowca, wzięłam się za ponowne przeczytanie Ja, Jedi – żeby odświeżyć sobie tamten świat za pośrednictwem czegoś znajomego. Po tym eksperymencie moje serduszko zabiło mocniej w tęsknocie za ukochanym universum, ale jednocześnie móżdżek zwrócił uwagę na jedną, dosyć istotną dla mnie kwestię. Kwestię, która na całym tym odświeżeniu i tęsknocie rysuje jedną wielką rysę. Ale o tym później.

Muszę powiedzieć, że oglądanie filmów, granie w KOTOR-y, wpadanie na Wookieepedię, granie w sesje RPG, przeglądanie  LOL-ów, demotów, artów i innych youtube’ów, słowem przebywanie w towarzystwie Star Warsów praktycznie na co dzień – z wyjątkiem czytania książek – wydaje mi się teraz nieco ubogie. W końcu książki to doskonałe uzupełnienie obrazu, możliwość wejścia w głowę bohaterów, poznania ich punktu widzenia, ich związku z tym światem – świata i jego praw samych w sobie – już nie mówiąc o tym, jak świetnie wpływają na własną wyobraźnię. Przecież uwielbiam to! Tymczasem, celowo, pod wpływem głupiego tupnięcia nóżką, odmówiłam sobie tego na długie lata. Przecież uwielbiam ten świat! Uderzyło mnie. Czytałam Ja, Jedi, który tak naprawdę fabularnie podobał mi się pół na pół, ale uderzyło mnie, że ja naprawdę uwielbiam ten świat, cokolwiek by się w nim nie działo. Uświadomiłam sobie, że mi go brakowało, że bez książek była w tym jakaś dziura. Musiałam tylko dojrzeć do tego przez 13 lat.

W każdym razie, jest jeszcze coś ważniejszego. W ostateczności ta długa przepaść czasowa wyszła mi nawet na plus, bo czytając cokolwiek jako młódka patrzyłam na wszystko zupełnie innymi oczami. Nie dziwię się sobie, że tak przywiązałam się wtedy do bohaterów – wciąż jestem do nich przywiązana, ale już ze znacznym, znacznym dystansem. Nie obrażę się znowu, kiedy stanie się coś złego. Nie przeczytam opisów pobieżnie tylko po to, żeby przejść do dialogów. Nie machnę ręką na wgląd w filozofię postrzegania Mocy, tylko się nad nią zastanowię. Przykłady można mnożyć, ale sprawa sprowadza się do jednego – teraz mogę patrzeć na te historie przytomniej, świadomiej, z większym polem doświadczeń i upodobań za sobą. I powiem, że to było chyba najfajniejszym odczuciem z całego tego powrotu do gwiazd.

Może nawet przeczytam do końca tę Nową Erę Jedi? Kto wie.

Inna sprawa, że pole doświadczeń i upodobań literackich wytworzyło we mnie konkretne wymagania, którym większości starwarsowych powieści będzie raczej ciężko sprostać. Przeszukałam nowe tytuły, które mogą mnie zainteresować, ale boję się, że nie osiągną wystarczająco dobrego poziomu. Dużo dobrego słyszałam o np. Trylogii Dartha Bane’a, ale gdy sięgnęłam po nią sama, poczułam się stosunkowo rozczarowana. Póki co jest zbyt zwykłe, przewidywalne i niczym się nie wyróżnia, a bohater nie wzbudza we mnie praktycznie żadnej sympatii, żadnego porozumienia. Ale właśnie – bohater.

Przeszkadza mi, że w powieściach starwarsowych główne skrzypce grają bohaterowie, a nie bohaterki. Owszem, jest Leia, jest Mara, jest Jaina, postacie kobiece na pewno nie są marginalizowane, ale dlaczego nie mogłyby być postaciami centralnymi? Wokół których, zamiast Luke’a, Hana, Obi-Wana i reszty, kręci się cała rzecz? Żeby patrzeć na wydarzenia z ich punktu widzenia? Albo też patrzeć na ich punkt widzenia częściej niż raz na kilka rozdziałów? Zapobiegawczo pobiję się tu od razu w pierś, bo w końcu sama się przyznaję, jak mało czytałam, aczkolwiek nie sądzę, bym nie miała choć odrobiny racji. Ogromnie jednak chciałabym przeczytać starwarsową powieść napisaną z perspektywy postaci kobiecej, a sięgając pamięcią wstecz niestety nie mogę sobie takiej przypomnieć. To właśnie ta rysa, mocno odczuwalna dla mnie, jako kobiety, przez którą czuję w kanonicznych Star Warsach lekki niedosyt.

I żeby nie było – komiksy to nie to samo ;) Komiksów nie czytam ze względu na formę, która mnie nie potrafi wciągnąć.

Podsumowując, cieszę się, że udało mi się przywrócić do życia zamiłowanie do książek z Expanded Universe, ale jednocześnie mam zamiar czuwać nad jakością wybieranych pozycji. W końcu nie wszystko złoto, co się świeci, ale zawsze może się znaleźć jakaś perełka ;)

  • Kogi

    Ojoj, jaka Ty jesteś biedna, że nie potrafisz się wciągnąc w komiksy :(

  • Komiksy mają ładne rysunki, but that’s it :P
    Wolałabym te same historie przeczytać niż się na nie patrzeć ;)

  • Aga, gdzie tu się plusuje? :) Za te komiksy chciałem ci plusnąc…

  • Bolivar

    Przyznam, że do książek SW przymierzałem się od lat. Niestety zakup wszystkich na raz nie był ciekawą perspektywą… cenową. Jednak teraz zdecydowałem się na prenumeratę reklamowanej serii i po pierwszym tomie jestem zadowolony. Jednak dalej to już chyba tylko wersja cyfrowa ;)