Zanim pomyślicie, że zwariowałam, uprzedzę Was, że wcale nie. Ci zresztą, którzy śledzili moje wpisy na Facebooku i Twitterze wiedzą, że nie tyle oglądałam, co się w Power Rangersach zakochałam. Ale-ale, wcale nie w jakiś tam zwykłych, tandetnych czy bzdurnych Power Rangersach, ale w serii RPM, która jest, proszę państwa, post-apokalipsą. To była miłość od pierwszego wejrzenia.

Muszę się Wam znów do czegoś przyznać: kolorowi wojownicy w błyszczących kostiumach udających super-wytrzymałe zbroje bojowe fascynują mnie od dawna. W dalekiej przeszłości z wypiekami na twarzy oglądałam na Polsacie Mighty Morphin Power Rangers, chyba nawet budząc się z pełną premedytacją wcześnie rano, żeby tylko nie przegapić kolejnego odcinka z moją ulubioną żółtą rangerką Trini na czele. Wtedy była to młodzieńcza zabawa w superbohaterów, tyle że zamiast animowanych Żółwi Ninja, Motomyszy z Marsa czy Czarodziejek z Księżyca, miałam przed oczami żywych aktorów. Serial zrobił na mnie takie wrażenie, że do dziś pamiętam, że właśnie z MMPR powstała w mojej głowie wyimaginowana bohaterka, dla której przez lata tworzyłam później niestworzone – i całkiem mroczne – historie (jej, aż mi cieplej na te wspomnienia). A przecież, nie upiększając, kartonowe scenografie i plastikowi wrogowie nawet dla młodszej mnie nie byli trudni do zauważenia. Dziś, mimo upływu czasu, ewolucji telewizji i ulepszenia efektów specjalnych, Power Rangers wcale się technicznie nie zmienili. A jednak wciąż czuję tę fascynację, zakopaną gdzieś głęboko pod latami nowszych, świeższych i teoretycznie bardziej poważnych doświadczeń. Na czym może polegać dziś, jak może się wśród tego dziecięcego plastiku utrzymać? No cóż, mówiąc w skrócie, dzięki dobremu storytellingowi.

Świetnie pisze o tym Misiael na Mistycyźmie popkulturowym, który swoimi obszernymi, wnikliwymi analizami poszczególnych serii zaciekawił mnie tematem na powrót. Patrząc na te kilometry wyprodukowanych przez niego tekstów o produkcji, którą zbywa się zazwyczaj pełnym politowania uśmieszkiem, chcąc nie chcąc musiałam przystanąć i się zastanowić. Przecież w ten sam sposób zaczęła się moja przygoda z Warehouse 13 – serialem, który podbił moje serce, stając się przyczyną wielu, wielu wzruszeń, a także niesamowitego ciepła, jakie na zawsze z niego wyniosłam. Przystanęłam więc i popatrzyłam, że w tekstach Misiaela o obu tytułach pojawiają się niemal identyczne uwagi: świetnie wykreowani bohaterowie, wyjątkowa dynamika w zespole, motywy niezastąpionej przyjaźni i siły bijącej z wspólnego działania. Jak to możliwe, żeby te dwie produkcje, na pierwszy rzut oka różniące się od siebie jak ogień woda (choćby, dajmy na to, docelowym targetem) mogły mieć ze sobą wspólnego dokładnie to, co tak kocham w tych wszystkich swoich serialach? Byłam sceptykiem i niedowiarkiem – ale na szczęście teraz już wiem lepiej. Ciekawość była moim pierwszym stopniem do nieba, choć akurat wcale nie ostatnim.

Bo widzicie, niedawno odbył się Comic-Con. Zazwyczaj nie kojarzę sobie Comic-Conu z Power Rangersami – ani w tym, ani w poprzednim, ani w żadnym roku – ale natychmiast przypomniałam sobie o nich oglądając wywiady z Rose McIver na temat nadchodzącego za kilka miesięcy iZombie. Oczywiście, wiedziałam, że Rose McIver ma w swojej filmografii Power Rangersów – to fakt, który zbyłam kulturalnym uśmieszkiem kiedy tylko się o nim dowiedziałam. Filmografię Rose McIver przeglądałam oczywiście dlatego, że po jej roli Dzwoneczka w Once Upon a Time praktycznie się w niej zakochałam. Są takie aktorki, które po prostu się uwielbia – bo świetnie pasują do danej roli, bo są niesamowicie sympatyczne na żywo, bo mają elektryzującą urodę, i tak dalej. Recz jasna nie tylko aktorki, ale z nimi czuję jakąś silniejszą, siostrzaną – wyimaginowaną – więź. No więc Rose McIver tak mi się spodobała, że stwierdziłam, że nie doczekam się tego iZombie w midseason, muszę spotkać się z nią wcześniej. Byłam już prawie zdecydowana obejrzeć Masters of Sex, pomimo tego, że jakoś zupełnie nie kręci mnie temat amerykańskich badań nad seksualnością w latach 60-tych. Ale potem przypomniałam sobie, że chwila, przecież są jeszcze ci Power Rangersi, tak bardzo polecani – już praktycznie mnie osobiście – przez Misiaela. Stwierdziłam, że hej, czemu nie, upiekę dwie pieczenie na jednym ogniu. I tak jest lato, mogę pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa. Przecież od patrzenia na te kolorowe kostiumy nie stanie mi się żadna krzywda?

Ale potem okazało się, że Power Rangers RPM przerosło wszystkie moje najśmielsze oczekiwania tysiąckrotnie. Co-dammit-najmniej.

I wiecie co? Nie wiem, od czego zacząć. Mam tu do powiedzenia tyle dobrych i pozytywnych rzeczy, że najchętniej omówiłabym je wszystkie naraz. Minęło kilka dni od obejrzenia całej serii, a ja nadal siedzę na Tubmlrze, przeglądam fanfiction.net i buszuję po randomowych hasłach w Googlach. Dawno mnie tak nie wzięło na serial, a w sumie nawet nie pamiętam, jaki był ostatnim, na którego punkcie tak się zakręciłam. Przed obejrzeniem dostałam w zasadzie info, że RPM jest prawdopodobnie najlepszą rzeczą, jaka wyszła spod marki Power Rangers, ale gdzieżbym się spodziewała aż takich wspaniałości. Nie miałam porównania, racja, ale rany, jak ja nie miałam też wiary. Cieszę się ogromnie, że postanowiłam się przekonać, bo teraz nikomu nie oddam tych rozgrzewających emocji, jakie zalewają mnie na wspomnienie tej przygody.

Ta zaczęła się, naturalnie, od pierwszego odcinka, bo oto okazały się w nim trzy absolutnie cudowne rzeczy. Po pierwsze, nie tylko Rose McIver była mi wcześniej znana i lubiana. Okazało się, że lidera drużyny, czerwonego rangera Scotta, gra Eka Darville – aktor, który zapada w pamięć, jeśli obejrzało się co najmniej kilka odcinków The Originals. Ja obejrzałam cały 1. sezon – z wielką przyjemnością, dodam – a Diego, choć trzecioplanowy, wyróżnia się tam w sposób charakterystyczny. Chwilę później zobaczyłam w obsadzie nazwisko Adelaide Kane i od razu byłam pewna, że już wcześnie gdzieś je widziałam. Krótki research ujawnił mi je jako Corę Hale z 3. sezonu Teen Wolfa, która teraz, przy okazji, gra główną rolę młodej Mary w młodzieżowym Reign. Nie powiem, że te wieści nie ociepliły mojego stosunku do RPM, bo byłoby to kłamstwo. Strasznie fajnie było zacząć tę przygodę w towarzystwie nie jednej, nie dwóch, a aż trzech znanych twarzy. Krótko mówiąc, to był bardzo dobry start.

Ale zaraz potem moim oczom ukazała się wielka, brudna pustynia, a tuż obok otoczone ochronną kopułą miasto Corinth, jedyna i ostatnia enklawa ludzkości po zagładzie ze strony wściekłego komputerowego wirusa – Venjixa – który za pomocą swoich robotów bojowych chce opanować świat. Wpierw stwierdziłam, że nie wierzę w to, co widzę – post-apokalipsa? Zamiast ratować jedno miasteczko randomowo wybrane na mapie, Power Rangersi będą ochraniać ostatnią zamieszkałą przez ludzkość bezpieczną przystań? Zamiast nastolatków borykających się ze szkolnymi problemami, dostanę specjalnie powołany do ochrony miasta zespół? Zamiast kosmicznych istot wysyłających na Ziemię swoich przygłupich minionów, będę mieć sztuczną inteligencję stworzoną ręką człowieka? Oczywiście, nie oszukujmy się, miniony nadal są przygłupie, a sztuczna inteligencja mogłaby w kilku miejscach bardziej pomyśleć, ale o ileż stopni zmieniło to moją perspektywę. Znów widać, jaką ignorantką byłam w kwestii całej tej marki, skoro wszystko porównywałam do jednej inkarnacji serii sprzed wielu, wielu lat. Mówię Wam, nie minęło pięć minut, a ja już nie wierzyłam w swoje szczęście.

A to był dopiero początek. Od razu zauważyłam, że poważne miny i pełne zamyślenia spojrzenia zwiastują nie najgorsze aktorstwo – wydaje mi się, że w geście zdumienia wysoko uniosłam nawet brwi – ale gdy na scenę wkroczyło najbardziej niedopasowane dynamiczne duo po tej stronie Mocy, a zwłaszcza rozbrykany jak kucyk pony młokos z zatrważającym talentem do tworzenia lalek z cieni, wyszło, że Power Rangers RPM wygrywa nie tylko pod względem castingu, ale całego aktorstwa i chemii razem wziętych – and then some. Gdybym nie wiedziała, że to Power Rangers, mogłabym przysiąc, że oglądam dowolny popularny serial w wieczornych spotach godzinowych.

Tylko gdyby jeszcze nie było tego mało, pojawiła się w tym pilocie jeszcze wisienka na torcie, kiedy dodałam sobie dwa do dwóch i wyszło mi, że mogę spodziewać się praktycznie stale ciągłej fabuły. Niczego nie kocham w serialach tak jak ciągłej, wielowątkowej fabuły, a pierwsze trzy odcinki niespodziewanie zawiązały mi przed oczami niezwykle dużą ilość motywów – tak dużą, że podświadomie powątpiewałam w jakiekolwiek próby ich rozwijania. Przeliczyłam się tak bardzo, że gdybym dostała od każdego z nich po gębie, przez miesiąc chodziłabym z bandażami na twarzy.

W tym miejscu chcielibyście już pewnie jakiś konkretów, więc bardzo proszę. Pozwolę sobie zacząć od w zasadzie najważniejszego, czyli kleju, który niejeden niedorzeczny serial skleił już w nierozerwalną, niepodważalnie kompletną i niezastąpioną całość. Bohaterów. Drużyny. Zespołu. Piątki młodych ludzi, którzy ramię w ramię walczą w obronie podopiecznych, a potem spędzają prawie każdą wolną chwilę we własnym towarzystwie – i za każdym razem chciałoby się oglądać ich więcej i więcej. Liderem zespołu, tradycyjnie czerwonym rangerem, jest Scott (Eka Darville), drugi syn głównodowodzącego miastem generała. Scott dźwiga na swoich barkach ten sam ciężar, pod jakim ugniatają się wszyscy inni drudzy synowie ludzi sukcesu – nie jest pierwszym synem. Gorsza sprawa, że pierwszy syn zginął w starciu z siłami Venjixa, a ojciec, zamiast poświęcić ostatniej latorośli więcej uwagi, emocjonalnie się od niej odseparował. Na szczęście Scott to młodzieniec znający swoją wartość, a do tego naturalnie pasujący do swojej przywódczej roli. Rozważny i opanowany, łatwo mógłby zostać etatowym sztywniakiem – ale to swój chłop głęboko troszczący się o przyjaciół, niemal tak głęboko, jak o swą połyskującą w świetle słońca sportową brykę. Boys will be boys, ale nie przed podjęciem kilku męskich decyzji.

Dalej mamy Flynna (Ari Boyland), niebieskiego rangera i przy okazji Szkota mówiącego z przecudnym i ledwo zrozumiałym akcentem (nieco bardziej niezrozumiałym od Fitza). Wiecznie pogodny, uśmiechnięty i zawsze gotowy do pomocy – czy to w walce, czy poza nią – będąc w zespole spełnia największe marzenie swojego życia, czyli pomagania ludziom. Ale nie jakiegoś tam pustego frazesu, ale prawdziwego, pochodzącego z głębi serca pomagania, którego nie zniechęca ani wiatr, ani ulewa, ani wstrętna biurokracja (!). I znów, mógłby to być bohater tak stereotypowy jak tylko się dało, pozostający w cieniu bardziej wyróżniających się postaci, ale nie da się, po prostu nie umiałam powstrzymać się przed lubieniem go na całego. Jest aż tak fajny i aż tak przesympatyczny. Prawdą jest stwierdzenie gdzieś w którymś odcinków-originów, że Flynn to serce tego zespołu. Nie wyobrażam go sobie funkcjonującego bez niego.

I tutaj czas na Rose McIver, czyli żółtą rangerkę Summer – i oczywiście moją ulubioną postać w całym serialu. Nie wiem, z czego to się bierze, ale gdy tylko słyszę „Power Rangers” moją pierwszą myślą jest „o, ciekawe, kim jest tym razem żółta rangerka”. A żółty wcale nie jest moim ulubionym kolorem, nawet mu do niego nie blisko. W każdym razie Summer ma z moją ulubioną Trini wiele wspólnego, bo to waleczna dziewczyna, a do tego mistrzowsko fruwająca na motocyklu, ale pozostająca wrażliwą, pełną empatii młodą kobietą, która przeszła ogromną transformację, by odnaleźć prawdziwą siebie. Nie zepsuję Wam niespodzianki – i kilku naprawdę świetnych scen – mówiąc o jaką transformację chodzi, ale jestem pewna, że przynajmniej się uśmiechniecie (jeśli, oczywiście, zechcecie obejrzeć, a zachęcam). Wiadomo, jak łatwo popaść w przesadę pisząc fikcyjne bohaterki w świecie superbohaterów, ale moim zdaniem RPM wybrnęło z tego obronną ręką (nie bez drobnych potknięć, ale jednak), tworząc postać silną duchem i ciałem, która odważnie i nieustępliwie brnie do obranego przez siebie celu, nie stąpając przy tym po innych. Serio, nawet, gdyby nie grała jej Rose McIver, polubiłabym ją od pierwszej sekundy.

Teraz zaczyna się odrobinę ciekawiej, bo czwarty wojownik, czarny ranger Dillon (Dan Ewing) dołącza do zespołu dopiero w pierwszych odcinkach, ciągnąc za sobą stosunkowo mroczną i przygnębiającą historię stanowiącą jeden z głównych wątków fabularnych serialu. Cierpiący na amnezję, z cybernetycznymi wszczepami wzmacniającymi jego fizyczne możliwości (kojarzący się z x-menowskim Wolverinem w więcej niż jeden sposób), Dillon to młody gniewny, etatowy bad boy o udręczonej duszy, który do rangersów dołącza niechętnie, ale szybko staje na wysokości zadania – ale każdy by się roztopił trafiając do tak fajnej i zgranej drużyny. Przez większość serialu wybuchy, obawy i sama osoba Dillona napędzają fabułę kolejnymi zwrotami i niespodziankami, ale daleka jestem od stwierdzenia, że skupia na sobie całą uwagę. Będąc outsiderem, dobrze się jednak sprawdza jako fabularna kotwica, zwłaszcza ze swym częstym ironicznym podejściem do tematu. Bo to wcale nie jest tak, że Dillon nic tylko rozpamiętuje swoje nieszczęście – far, far from it.

No i w końcu dochodzimy do Ziggy’ego (Milo Cawthorne), zielonego promyczka, bez którego RPM nie byłoby nawet w połowie tak fantastyczne jak jest, a na pewno nie aż tak zabawne, błyskotliwe i wciągające. W tym momencie zdradziłam Wam już spoiler, ale cóż, można się go spodziewać, więc musicie mi wybaczyć. Spoiler czy nie, Ziggy to w każdym razie drużynowy klaun, wieczny wesołek i ten-który-nie-rzuca-się-do-walki-pierwszy, ale jak już się rzuca (tudzież ktoś go wrzuci), to ręka, noga, mózg na ścianie. Ziggy nie walczy, Ziggy improwizuje, i jest w tym tak cudownie niezdarny, że od razu można mu oddać serce. Jako pyszałek o tchórzliwej naturze, jest oczywiście silny w gębie (lub słaby, w zależności od punktu widzenia), ale w głębi to wierny przyjaciel i nieustraszony obrońca uciśnionych. Albo w każdym razie obrońca uciśnionych.

Całą gromadką dowodzi jeszcze tajemnicza Dr. K (Olivia Tennet), żadna potężna pozaziemska istota, ale wyglądająca jak zahukana szkolna uczennica geniuszka, która zmaga się z przeszłością jeszcze tragiczniejszą niż Dillon, a pod skorupą poważnej i nie znoszącej bullshitu przywódczyni skrywa wnętrze najwrażliwsze z wszystkich. To bez wątpienia najciekawsza postać w całym serialu, najbardziej skomplikowana, zaskakująca i – tak – silna, która ostatecznie udowodniła mi, jak dobrze można przemycić ważne, życiowe komentarze w de facto aktorskiej kreskówce dla dzieci. Te wszystkie łzy, które napływały mi do oczu, kiedy się ich w ogóle nie spodziewałam, to zasługa właśnie Dr. K.

Nie będę Wam zdradzać, kto jeszcze dołącza, jak i dlaczego, bo to zbyt ciekawy zwrot akcji, ale koniecznie muszę Wam opowiedzieć o tym, jak ta szóstka postaci wpływa na siebie nawzajem i przez to jak wspaniała jest ich dynamika w zespole. Bohaterowie nie unikają tu zarówno szybko zawiązujących się przyjaźni – jak na przykład zabawna, bo pozornie niedopasowana relacja pomiędzy Ziggym a Dillonem – ani błyskawicznych konfliktów – jak na przykład męska rywalizacja pomiędzy dwoma samcami alfa, Dillonem a Scottem. Ci ostatni różnią się do siebie praktycznie wszystkim – jeden to typ sportowca, drugi bardziej przypomina rockowca, ale obaj kochają swoje samochody i chętnie próbują udowadniać sobie ich wzajemną wyższość. Prawdopodobnie mogli rywalizować również o względy Summer – jest ku temu pewna wskazówka – ale dziewczynę do samotnego wilka przyciągnęło od samego początku i nawet pod cenzurą dobrze widać, że element romansowy nie został tu pomięty (te fanfiki z fanfiction.net? właśnie o tym). Zresztą niejeden – ba, może i nie dwa – bo chłodny stosunek Dr. K do Ziggy’ego i ciepły stosunek Ziggy’ego do Dr. K jest bardzo trudny do przeoczenia (głównie dlatego, że stanowi jedno z większych źródeł humoru). Co więcej, w obsadzie wyraźnie wytworzyła się konkretna chemia, przez co w luźniejszych „cywilnych” scenach doskonale widać, że wszyscy świetnie się w swoim towarzystwie bawią. Zresztą niech mówi samo za siebie, że większość aktorów do dziś utrzymuje ze sobą ciepły kontakt (na przykład komentując się wzajemnie na Twitterze), nie wspominając o tym, że dwoje z nich jest małżeństwem, a do tego nakręcili film razem z jeszcze inną dwójką kolegów z planu (i przy okazji na dodatek ze scenarzystką). Takie zbiegi okoliczności się nie zdarzają.

A skoro mowa o zbiegach okoliczności, przejdźmy do tej złożonej, wielowątkowej fabuły, która zostawiła mi w głowie tak dymiącą dziurę, że do tej pory nie ochłonęła jeszcze z wrażenia. Na początku wcale tak tego nie widać, ale gdy po jakiś dziesięciu odcinkach poszczególne historie zaczynają się zazębiać, w pierwszym momencie mało nie uznałam, że mam zwidy. Warto zacząć od tego, że przed startem właściwej fabuły dostajemy już wspomniane przeze mnie odcinki-originy, które w krótki sposób wyjaśniają nam backstories poszczególnych członków zespołu. To, że nadają bohaterom wymiaru, to jedno – ale zupełnie osobną sprawą jest całkowita pamięć o tych wątkach w późniejszych etapach serialu. Mówiąc skrótowo, wszystko wpływa tu na wszystko, łączy się ze sobą pajęczyną niewidocznych na pierwszy rzut oka powiązań, a jak już się łączy, mózg eksploduje. Zdążycie o czymś zapomnieć, a potem powróci jak bumerang – and it style. Poza tym, jak już wspomniałam, są tu zawarte naprawdę niebanalne i często w gruncie rzeczy przykre, a nawet brutalne wątki – podane oczywiście w lżejszym, strawniejszym dla młodszych sosie, ale tak czy inaczej – które nadają Power Rangers RPM zdecydowanie mroczniejszego charakteru niż można się spodziewać. Podobno ta seria nie tylko jest najlepszą rzeczą, jaka wyszła spod marki, ale i najdojrzalszą i najpoważniejszą. Przy czym fakt, że akcja ma miejsce po zagładzie świata to pryszcz w porównaniu z niektórymi dramatami natury osobistej.

Ale żeby nie było, z drugiej strony RPM to też wyśmienita, błyskotliwa komedia, która sadzi niezapomnianymi one-linerami, odszczekuje genialnymi odzywkami i nie stroni od pokładów ironii, często świadomie skierowanej dokładnie na siebie. Jest tu na przykład wybitnie zapadający w pamięć odcinek, który w zasadzie śmieje się z całej wieloletniej historii Power Rangersów, ale w sposób tak zgrabny, dobroduszny i pocieszny, że jest w zasadzie gloryfikacją ich specyficznego stylu. Gdzie indziej mamy też odrobinę parodii, jeszcze indziej wycinek zewnętrznej popkultury w osobach Hicksa i Vasquez, podkomendnych generała, kawałek dalej z kolei sytuacyjny slapstick, a wszystko to umiejętnie zmieszane w jedną pogodną całość, która naprawdę mieni się wszystkimi kolorami tęczy – i przy okazji wzbudza w człowieku wątpliwość, czy akurat ta seria faktycznie była przeznaczona dla młodszych odbiorców. Założę się, że gdybym była młodsza i mniej obyta, co najmniej połowa tych żartów w ogóle by do mnie nie trafiła.

Ale właśnie, z samą produkcją serii RPM wiążą się warte uwagi fakty – przede wszystkim ten, że początkowo miał to być ostatni sezon kręcony za oceanem, bo ówczesny właściciel praw do marki, Disney, chciał ją zamordować. Producenci dostali budżet (który wydali w połowie sezonu, a potem mieli jeszcze problemy z przetasowaniami ekipy) i generalne machnięcie ręką, więc to pewnie dlatego wyszła im tak świetna, znacznie mniej skrępowana rzecz – dodatkowo dziejąca się tak naprawdę w alternatywnej rzeczywistości, całkowicie odseparowanej od wszystkich poprzednich sezonów razem wziętych. Tak, to kolejna zachęta, żebyście spróbowali. Jednak problem z Disneyem był jeszcze taki, że z powodów rebrandowania stacji Jetix w Disney XD, RPM był emitowany nie tam, ale w dziecięcym bloku na kanale ABC, gwarantując serialowi słabą oglądalność i niską rozpoznawalność. Status niedocenionego – przy czym jednego z najwyżej ocenianych – trzyma mu się chyba do dziś. Biorąc pod uwagę, jak bardzo popłakałam się z wzruszenia na finale, gdyby nie Disney i jego krzywdząca polityka, może dostałabym chociaż kilka odcinków więcej…

Zahaczyłam o produkcję i kasę, więc przejdę teraz do tematu, który być może niektórych ciekawi najbardziej: realizacji technicznej. No więc te świecące kostiumy udające zbroje bojowe? Nie da się bez nich obejść, ale szczerze Wam powiem, choreografia walk, dynamiczne zdjęcia (tak dynamiczne, że kamera walczyła tam chyba razem z nimi) oraz efekty specjalne (coś jak rozpryski energii z Tekkenów) zrobiły na mnie autentycznie wielkie wrażenie. Słowo daję, wszystkie starcia w cywilu czy zbrojach oglądało mi się niebywale dobrze i nie wstydzę się mówić o tym na głos. Lubię, gdy w scenach akcji dzieje się dużo i dzieje się szybko, a Power Rangers RPM wyznaczali na tym polu zupełnie nowe tempo. Jest też milion wybuchów (z rodzaju tych niedorzecznych, pozowanych), ale jak już raz ugryzło się tę konwencję, to uwierzcie, wchodzi. Oczywiście są też 1-sekundowe transformacje (nie wiedziałam, że można transformować się tak szybko, ale hej, dowiedziałam się) i specjalne ataki, które wyglądają jak żywcem wycięte z jakiegoś anime – co ma swój urok i zresztą czemu nie ma się co dziwić (RPM, jak każda inna seria Power Rangers, korzysta z ujęć japońskiego pierwowzoru, w tym przypadku serii Engine Sentai Go-Onger). Są też jednak te nieszczęsne zordy, megazordy, paleozordy i co tam jeszcze, a to autentycznie jedyna rzecz, przy której zerkałam na boki upewniając się, że nikt nie zagląda mi przez ramię.

Ok, ok, przesadzam – to była raczej reakcja humorystyczna wymierzona we mnie i moją tolerancję niż w serial sam w sobie, ale muszę przyznać, jeśli jest coś, czego z RPM z radością bym się pozbyła, to właśnie z zordów. Nie dość, że zabierają czas ekranowy tym świetnym walkom wręcz, to jeszcze tak straszliwie odstają poziomem od reszty, że niemal zwijałam się z bólu od facepalmów, jakie same przyklejały mi się do twarzy. W pewnym momencie przywykłam – tylko po to, żeby parę odcinków później dowiedzieć się, że bohaterowie wymyślili jeszcze nowy sposób na połączenie swoich pojazdów w jedno. A potem jeszcze nowszy. I z jeszcze innych pojazdów. A potem… no dobra, nie będę Was zniechęcać, ale cieszę się, że jak to przeżyłam, to pewnie przeżyję już wszystko. Stokrotnie wolałabym już, żeby walki zordów były animowane komputerowo tak samo kiepsko jak ich transformacje, ale na pewno nie jako naparzankę dwóch kolesi poubieranych w silikonowe zbroje udające metal i chłostających się nad kartonową makietą miasta. To zupełnie inny poziom, to zupełnie inny wymiar. Jak dobrze, że fabuła zaprzecza tej sztuczności w każdy możliwy sposób, bo inaczej naprawdę mogłabym pomyśleć, że Power Rangers nadają się tylko dla dzieci.

A nie nadają się. Naprawdę, docelowa demografia to jedno, Power Rangers RPM to drugie. Mogłabym sobie życzyć, żeby odcinki były te dwadzieścia minut dłuższe, żeby miały czas rozwinąć te wszystkie wspaniałe wątki jak rozkwitające na wiosnę kwiatki, ale tak naprawdę nie muszą, bo już w tej formie dały mi mnóstwo nieopisanej frajdy. Więcej, bo na serio zainteresowałam się tematem i teraz ciągle nie mogę się zdecydować, którą serię obejrzeć następnie. To, co napisałam, że „zwykłe, bzdurne i tandetne”? W życiu tego nie powtórzę (a napisałam tak w sumie tylko po to, żeby to później obalić). No bo czy „zwykłe” oznacza od razu „jak zwykle”? Czy „bzdurne” może być tylko „głupim”? „Tandetne” nie może mieć odrobiny kunsztu? Przekonałam się, że jak najbardziej może i będę to teraz głosić z pełną parą w piersiach.

Tak po prawdzie, wcale Was nie przekonuję do obejrzenia. To nie będzie produkcja dla każdego, co do tego nie ma wątpliwości. Ale jeśli tak jak ja kochacie przefajnych bohaterów, zgrane drużyny i kreskówkowy humor – a przy tym niejeden błysk geniuszu – powinniście się tu poczuć tak samo w domu. Powtórzę po raz kolejny: nie miałam pojęcia, jakie to będzie dobre – a było. A teraz wracam na Tumblra czytać analizy, przeglądać gify i szukać fanfików.

  • Ha! Jeśli ktoś znowu mi będzie mówił, że jestem nienormalny, bo oglądam Power Rangers, to pokażę mu ten wpis. RPM to cudo nad cudami, przewspaniała gra motywami, wielkie pokłady autoironii i popkulturowych smaczków… Po prostu mistrzostwo świata. Oczywiście, większość ludzi z punktu RPM zbagatelizuje „bo to przecież Power Rangers, to nie może być dobre”. Cóż, ich strata.

    A co do zordów – ich tandetność w jakiś sposób wiąże się z originem Dr. K, bo

    SPOILER

    K była odseparowana od wszystkiego poza nauką ścisłą (i skrzypiec) już we wczesnym dzieciństwie, więc miała zmysł estetyczny na poziomie kilkulatki bawiącej się wściekle kolorowymi plastikowymi zabawkami, co zapewne wpłynęło na taki, a nie inny projekt zordów

    KONIEC SPOILERA

    Ogółem – podpisuję się pod wszystkim co napisałaś. No, prawie wszystkim. Ja lubię walki Megazordów :) Albo po prostu do nich przywykłem.

  • Kamil

    A moze coś z innej bajki? Takiej bardziej oryginalnej? Duuuużo dobrego słyszałem o Kamen Rider Gaim, który aktualnie idzie w Japonii i chyba nawet ktoś robił angielskie napisy do tego :P A do RPM czuję się zachecony

  • Zanka

    Aż sprobuję- PR było miłością mojego dzieciństwa ;)

    „Byłam już prawie zdecydowana obejrzeć Masters of Sex, pomimo tego, że jakoś zupełnie nie kręci mnie temat amerykańskich badań nad seksualnością w latach 60-tych.” Polecam! Nie oglądam prawie seriali obyczajowych, a obejrzenie MoS uważam za jedną z najlepszych serialowych decyzji- przede wszystkim świetnie wykreowane postaci (te kobiety!) i tło obyczajowe lat 60-tych.

  • nunu

    hej wiesz gdzie mogłabym oglądnąć tą serie,uwielbiam ją i nigdzie nie moge znaleźć :///

  • Mateusz Ciok

    po warsztatach jak ja skończe pr rpm

  • Ha! Też uwielbiałam PR! Wychowałam się na nich, można rzec. :) Najbardziej zapadli mi w pamięć SPDowcy, ale to chyba dlatego, że to też ostatnia seria, którą obejrzałam od początku do końca i z kilkoma powtórkami. Później już sobie odpuściłam.
    Pamiętam, że zawsze żałowałam, że dziewczyny dostają tylko żółty albo różowy, ale za to podoba mi się, że postacie kobiece nie były tworzone na ‚odwal’, że tak napiszę. Czasami się zdarzały pewne damy w opałach, ale zazwyczaj wątki były dobrze rozrysowane.