Bardzo miło mi oznajmić, że mój długi tekst pochwalny na cześć Power Rangers spotkał się z bardzo entuzjastycznym przyjęciem. Tak bardzo, że w kilku przypadkach zostało mi nawet zadane pytanie „od czego zacząć, jeśli chciałoby się oglądać dzisiaj?”. Spieszę z odpowiedzią, prezentując 5 najlepszych sezonów dla początkujących!

Jak ustaliliśmy wcześniej, Power Rangers nie jest serialem jednolitym. W chwili obecnej składa się z 20-stu sezonów (21-szy już w drodze), z których 8 jest ze sobą powiązanych fabularnie, a pozostałe to odrębne, autonomiczne historie ze swoją własną konwencją, klimatem i tematyką. Już sama ilość sezonów potrafi wzbudzić słuszne przerażenie, nie mówiąc o próbach połapania się w chronologii, nawiązaniach czy ogólnej atmosferze poszczególnych serii. Przyznam sama, że na początku też zupełnie tego nie ogarniałam. Na pomoc przyszedł mi wówczas Misiael, pod którego czujnym okiem oglądałam te właściwe sezony, dobrane specjalnie pod to, by pokazać mi moc twórczą serialu i tym samym jeszcze mocniej rozpalić moją rosnącą fascynację. Że się udało (and then some) – nie trzeba dodawać. Dziś więc ja chcę Wam pomóc wkroczyć w świat Power Rangers, byście od razu trafili na to, co najlepsze i rozpoczęli – mam nadzieję – swoją własną przygodę na wysokiej nucie. Bez obaw: nikomu nie będę polecać cofania się w przeszłość i oglądania Mighty Morphin, bo wtedy już nigdy byście mi nie zaufali!

Poniższe sezony dobrane są pode mnie, z uwzględnieniem zarówno fabuły, jak i stopnia fajności, ale niemal wszystkie znajdziecie na dowolnej liście najlepszych z najlepszych – a nawet jak nie znajdziecie na jednej, to znajdziecie na innej. Wierzcie, nie polecam byle czego.

Power Rangers RPM

Dla kogo: Miłośników klimatów postapokaliptycznych, rozbudowanych i wielowątkowych fabuł, poważnych i mroczniejszych tonów, dobrze napisanych postaci kobiecych, cyborgów, odjazdowych samochodów, szkockiego akcentu i marionetek z cieni.

Jeśli czytacie mnie na bieżąco, to o Power Rangers RPM już się pewnie naczytaliście. Spełniający zaszczytną rolę mojego wprowadzenia do świata serialu, RPM to najlepsza rzecz z najlepszych rzeczy, jakie powstały pod marką Power Rangers, i nawet osoby nie przepadające za tym sezonem potrafią dostrzec jego wyjątkowość i wysoki poziom fabularny. W momencie, w którym odpalałam pierwszy odcinek, moje skojarzenia z Rangersami zaczynały się i praktycznie kończyły na nikłej znajomości Mighty Morphin z czasów dzieciństwa. Możecie sobie wyobrazić, że pomimo ciepłych wspomnień, nie były one szczególnie pochlebne. RPM jest zatem idealną pozycją na start, bo już na samym początku miażdży wszystkie uprzedzenia związane z niską jakością, nikłą wartością fabularną czy rażącym tandeciarstwem – a potem jest tylko lepiej.

Akcja RPM rozgrywa się w alternatywnej wersji przyszłości, w której zły wirus komputerowy opanował świat i zmusił pozostały przy życiu 1% ludzkości do schronienia się w otoczonym polem siłowym mieście. Wróg jednak nie ustaje w próbach absolutnego opanowania planety, dlatego do obrony miasta powołany zostaje specjalny zespół bojowy pod przewodnictwem enigmatycznej mentorki. Niedługo później ich droga krzyżuje się z cierpiącym na amnezję młodzieńcem, którego niezwykłe, ale podejrzane umiejętności zyskują mu zaproszenie do drużyny. Pozostaje pytanie, jak bardzo można mu ufać, jaki jest jego cel i dlaczego nie pamięta, kim jest? Cue mroczne przeszłości, zaskakujące zwroty akcji, wojny, zamęty i zniszczenia, i marionetki z cieni.

Dlaczego RPM jest tak wyjątkowy? Cóż, po pierwsze ma nadzwyczaj solidny scenariusz – przez co rozumiem nie tylko rozpisaną na cały sezon historię z wieloma zakrętami po drodze, ale również świetne, żywe dialogi, wiarygodne i rzeczywiste postacie oraz wątki poruszające głębokie, momentami wręcz niepokojące tematy, których próżno szukać w standardowych produkcjach dla dzieci. Słowo daję, jeśli przyjrzeć się im dorosłym okiem, aż trudno uwierzyć, że Power Rangers było na coś takiego stać. Do tego dochodzi wysoki poziom aktorski (mamy tu faktycznych aktorów z doświadczeniem), wielkie pokłady humoru zahaczającego o (genialne!) auto-parodie oraz świetną, dynamiczną otoczkę wizualno-techniczną. W całej historii serialu, to jeden z najbardziej spójnych i konsekwentnych sezonów, który odcinek za odcinkiem wzbudza apetyt na więcej. To wszystko nie oznacza, że jest pozbawionych elementów dla Power Rangers typowych, jak gumowe potwory tygodnia, ale fabuła, bohaterowie i klimat wynagradzają to z nawiązką. Tym bardziej jeśli weźmie się pod uwagę, że japoński odpowiednik RPM to humorystyczna historyjka z gadającymi zordami. Jak zrobić z humorystycznej historyjki z gadającymi zordami brudną i mroczną postapokalipsę? Obejrzyjcie RPM, żeby się przekonać.

PowerRangersJungleWallpaper21024

Power Rangers Jungle Fury

Dla kogo: Miłośników dalekowschodnich sztuk walki, klimatu klasztoru Shaolin, niekonwencjonalnych mistrzów kung fu, rozwoju postaci, shipów, piosenek z czołówek i pizzy.

Power Rangers Jungle Fury jest jednym z tych sezonów, który dzieli fandom na pół – podczas gdy jedna część wychwala go pod niebiosa, druga kopie jak leżącego. Jest jeszcze trzecia, która lubi, ale. Ja zaliczam się do tej pierwszej, a choć dostrzegam jego wady, akceptuję je z całą zawartością inwentarza. W chwili pisania tego tekstu jestem po pierwszym rewatchu – zaledwie miesiąc po pierwszym watchu – a jestem pewna, że wrócę do niego jeszcze nie raz. Dlaczego? Przede wszystkim żaden sezon z tak fajną, energiczną i wpadającą w ucho piosenką czołową nie ma prawa mi się nie podobać. Ale na serio, chodzi głównie o klimat dalekowschodnich mitologii i sztuk walki, na których Jungle Fury jest tematycznie oparty – a które od lat fascynują mnie prywatnie – oraz wyraźną odrębność od tradycyjnych charakterystyk serialu. Nie przeszkadza też fakt, że zawiera i moją ulubioną bohaterkę w Power Rangers ever – i ulubiony ship.

Jungle Fury opowiada o trzech adeptach sekretnej akademii sztuk walki, którzy zostają wybrani na strażników starożytnego demona uwięzionego w magicznej skrzyni dziesięć tysięcy lat wcześniej. Niestety, na skutek przykrych zbiegów okoliczności, demon wydostaje się na wolność i zamierza ponownie wywołać globalną wojnę w celu przejęcia panowania nad światem. Trójka młodych strażników, pod wodzą nowego, dość nietypowego mistrza, zostaje obarczona zadaniem pokonania zła, a to, czy są na to gotowi, czy nie, okaże się dla nich testem nie tylko siły, ale przede wszystkim charakteru.

Dlaczego Jungle Fury jest moim zdaniem taki dobry? Zacznijmy od tego, dlaczego jest kontrowersyjny, bo to przy okazji ciekawy przykład na to, jak bardzo różnorodnym i podatnym na tematyczne innowacje Power Rangers jest serialem. Na samym początku na pewno rzuca się w oczy sam wygląd Wojowników – dla tradycjonalistycznych miłośników serialu stroje bez pasków czy buty do kostek są barierą nie do przeskoczenia. Druga sprawa to morphery – okulary słoneczne niektórym do dziś wzburzają krew. Gdzie indziej mamy muzykę – w dotychczasowych seriach walkom towarzyszyły energiczne rockowe kawałki, w Jungle Fury słuchamy etnicznych bębnów, męskich chórów i dalekowschodnich smyczków. Co poniektórzy mają też pretensje o to, że fabuła za mocno bazuje na japońskim pierwowzorze, ale to już argument z innej bajki. Dla mnie? Jungle Fury jest sezonem w szczególności mocno opartym na bohaterach i już za sam ten fakt ma u mnie +10 do zajebistości – a jeszcze więcej za odmienność charakterologiczną postaci. Więcej, ten sezon ma też interesującą historię po drugiej stronie barykady, którą śledzi się z równą, jeśli nie większą fascynacją. Samo to – a zalet jest znacznie więcej! – sprawia, że Jungle Fury ogląda się praktycznie tak komfortowo jak inne seriale zza wielkiej wody i choćby pod tym względem jest bardzo dobrą propozycją na wprowadzenie.

PowerRangersSPDWallpaper1024

Power Rangers S.P.D.

Dla kogo: Miłośników science-fiction, miast przyszłości, policyjnych oddziałów specjalnych, męskich rywalizacji, szalonych dziesięcioletnich dziewczynek, silnych postaci kobiecych, supermocy i eksplodujących eksplozji.

W przeciwieństwie do Jungle Fury (i niekiedy RPM), Power Rangers S.P.D. jest powszechnie lubiany, do tego uniwersalnie chwalony jako chyba najlepszy sezon pod względem aktorskim. Faktycznie, aktorstwo stoi tu na bardzo wysokim poziomie, ale S.P.D. rozkochał mnie w sobie przede wszystkim bardzo wyraźnym elementem science-fiction, który jeszcze nigdy nie był w Power Rangers aż tak wyeksponowany. Co więcej, gdy zaczynałam oglądać, byłam już oswojona z podstawowymi charakterystykami serialu, ale jazdy, jakiej zgotował mi pilot długo nie zapomnę – jeszcze nigdy tak dobrze nie bawiłam się na żadnym pilocie Power Rangers. S.P.D. ma swoje problemy, ale energii wydobytej z dwóch pierwszych odcinków w dużej mierze starcza do końca.

Akcja tego sezonu dzieje się w przyszłości, na Ziemi, która stała się bezpieczną przystanią dla wielu koegzystujących ze sobą ras obcych. Na jednostki, które nie koegzystują, czeka S.P.D. – Space Patrol Delta – specjalna jednostka policyjna powołana do radzenia sobie w krytycznych sytuacjach. Bohaterami tej serii nie są jednak najlepsi z najlepszych, ale tzw. Squad B, utworzony w zastępstwie elitarnego Squadu A, który zaginął w akcji. Niedoświadczeni i skłóceni wewnętrznie, bohaterowie będą musieli nauczyć się współdziałać, jeśli chcą mieć jakiekolwiek szanse w walce przeciwko Imperium Troobiańskiemu, którego zawisło nad planetą z zamiarem podboju całej galaktyki.

Co sprawia, że S.P.D. podoba mi się tak bardzo? Poza kwestią wyraźnego science-fiction, sezon chwali się również sympatycznymi bohaterami w jeszcze ciekawszych relacjach, niezłym space operowym feelem z nutką militaryzmu oraz – dla fanów zgranych jednostek specjalnych pod przewodnictwem surowego, ale wyrozumiałego dowódcy – dużo humorystycznych sytuacji i jeszcze więcej character developmentu. Sguad B zaczyna jako zwaśniona ekipa połatana z indywidualistów ulepionych z innej gliny i należących do innych światów, dużym punktem skupienia są więc wewnętrzne konflikty, rywalizacje i dążenie do porozumienia. Warto też wspomnieć o kamieniu milowym w serii, który zaliczył swój debiut właśnie w S.P.D.: pojawia się tutaj pierwsza w historii serialu Czerwona Rangerka, która – co więcej – jest pomysłem ekipy amerykańskiej, a więc nie mająca swojej odpowiedniczki w Super Sentai. Sezon stoi na wysokim poziomie również technicznie, no i nigdzie indziej nie zobaczycie megazorda odbijającego wiązkę laserową kopniakiem. Warto to zobaczyć.

power-dino

Power Rangers Dino Thunder

Dla kogo: Wielbicieli Mighty Morphin i Tommy’ego Olivera, wygadanych społecznych rebeliantek, dinozaurów, konfliktów rodzicielskich, gadżetów i jaskiń Batmana.

Dino Thunder to sezon w historii serialu szczególny – za jego powstaniem stała celowa próba przywołania dawnego klimatu z Mighty Morphin, który w końcu wywindował Power Rangers na szczyty popularności. Wracamy więc do liceum, gdzie przyglądamy się przygodom trójki młodych uczniów odkrywających tajemnicze moce, ale przede wszystkim na powrót witamy najbardziej popularną postać całej marki: Tommy’ego Olivera, czyli oryginalnego Zielonego Wojownika. Tommy zmienił fryzurę, zaczął tytułować się doktorem paleontologii i został nauczycielem w szkole średniej małego kalifornijskiego miasteczka, ale nadal pozostał mistrzem sztuk walki, co uczynnie demonstruje już w pierwszych scenach otwierających sezon. Eksperyment z postawieniem go – jakby nie patrzeć, najbardziej doświadczonego Wojownika – w roli mentora czuwającego nad nowym pokoleniem Rangersów udał się doskonale, a cały Dino Thunder należy do jednych z najfajniejszych i najbardziej lubianych części, w której klimat dawnych czasów miesza się z nowoczesnością i dynamiką XXI w.

Jak już wspomniałam, bohaterami Dino Thunder jest trójka nastolatków, która przypadkowo odkrywa kryształy nadające im moce dinozaurów (kolejny ukłon w stronę Mighty Morphin). Pod wodzą Tommy’ego Olivera, stają do walki ze zmutowanym dinozaurem opanowanym rządzą przywrócenia prehistorycznych gadów jako władców świata.

Dlaczego polecam Dino Thunder, pomimo tego, że fabuła nie wydaje się przesadnie ciekawa? Jak wspomniałam, to sezon idealnie nadający się przede wszystkim dla fanów Mighty Morhpin – jest lekki i świetny na rozerwanie się, nie wymagający zbyt wiele skupienia w śledzeniu fabuły (duża część odcinków przedstawia jednak typowe życie nastolatków). Z drugiej strony ta początkowa „nudna” fabuła rozwija się w kilku nieźle poprowadzonych story arcach, które zawierają jedne z najbardziej interesujących wątków pobocznych w całym serialu: m.in. rodzicielskiej akceptacji pasji swojego dziecka czy ufności w obliczu zdrady. To Dino Thunder zawiera też najbardziej odjechany odcinek w historii Power Rangers – oglądanie przez bohaterów Super Sentai. Świetna rzecz, jeśli chce się w miarę bezboleśnie poznać charakter japońskich pierwowzorów. I na koniec jest Kira, która sprawia, że Dino Thunder warto obejrzeć tylko dla Żółtej Rangerki z całą galerią jej min, tekstów, komentarzy i docinków. Całość polecam, bo naprawdę nieźle się tu bawiłam, a to przecież wystarczająco dobry powód do oglądania.

power-time

Power Rangers Time Force

Dla kogo: Miłośników podróży w czasie, rozkwitających romansów, trudnych męskich przyjaźni, paczek przyjaciół, skomplikowanych złoczyńców, rozpieszczonych córeczek i Mad Maxa.

Power Rangers Time Force to jedna z najstarszych propozycji na tej liście, możecie więc sobie wyobrazić, że podchodziłam do niej nieco bardziej ostrożnie niż bym chciała. Problemem była dla mnie również postać Różowej Wojowniczki, o której wielkości i wspaniałości nasłuchałam się wcześniej na pęczki, więc naturalnie mnie od niej odrzucało. Okazało się jednak, że moja początkowa niechęć nie miała solidnych podstaw, bo Jen na te pochwały zasługiwała, a jeśli nie lubiłam jej prywatnie, to tylko dlatego, że była zbyt podobna do mnie. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze i żadnych animozji do nikogo już nie żywię, co daje piękne świadectwo scenariuszowi Time Force, który zdołał mnie przekonać, że nie miałam racji. I faktycznie, scenariusz sezonu to jego największa zaleta, która na dalszy plan zrzuca trącące myszką wizualia, a na pierwszy wypycha dojrzałe historie o szacunku, obowiązku i różnych rodzajach miłości.

Time Force rozpoczyna się w roku 3000, w którym specjalna policja o nazwie Time Force poluje na ostatniego kryminalistę na planecie. Zbiegły mutant wcale jednak nie ma zamiaru się poddawać – razem ze swoją świtą ucieka do roku 2001, w prezencie pożegnalnym zabijając jeszcze ówczesnego Czerwonego Wojownika. W pościg za nim rusza zdegradowana za porażkę czwórka, która na miejscu przyjmuje pomoc odległego przodka zmarłego. Przed nimi zadanie nie tylko schwytania siejącego zniszczenie mutanta, ale dopilnowanie, by linia czasowa zachowała właściwy bieg.

Z jakiego powodu chwalę Time Force? W przeciwieństwie nawet do wymienionych sezonów, ten praktycznie zawsze znajduje się w ścisłej czołówce najlepszych i to z wszystkich dobrych powodów. Choć nie jest to najbardziej dokładna wersja podróży w czasie, porusza krytyczne dla tego konceptu zagadnienia, takie jak strach przed utratą bliskich czy dylematy związane z działaniami, które mogą naruszyć bieg historii. Większość sezonu to też ciągła historia poprzetykana dłuższymi wątkami, wśród których znaleźć można cudowny, gniewny bromance pomiędzy dwoma byłymi przyjaciółmi oraz nieźle napisany romans dwóch skonfliktowanych charakterów. Mamy tu też jedną z najsympatyczniejszych i zżytych drużyn w historii serialu, których same codzienne perypetie stanowią źródło wielu radości. A na koniec warto opowiedzieć i o nietypowej gromadce złoczyńców zaliczających jeden z najbardziej zaskakujących i topiących serca finałów. Inaczej mówiąc, Time Force to kolejny solidny sezon, który dostarcza na wielu płaszczyznach naraz i z powodzeniem przechodzi próbę czasu.

Honorable mentions

Choć powyższa piątka jak na razie nie ma dla mnie konkurencji, są jeszcze dwa sezony, bez których ta lista nie byłaby kompletna – i oba różniące się od siebie jak ogień i woda.

Power Rangers in Space: Czyli kulminacja 6-cioletniej historii zapoczątkowanej w Mighty Morphin, a przy okazji sezon, który wyrwał Power Rangers ze szponów skasowania i w glorii i chwale przywrócił go do łask widowni. W In Space śledzimy poczynania czwórki znanej z Turbo oraz kosmicznego człowieka w poszukiwaniu porwanego Zordona. Tak, jak można się domyślać, w tym sezonie znacznie wzrosła skala wydarzeń – znaczna cześć akcji faktycznie dzieje się w kosmosie, a na barkach bohaterów spoczywają teraz losy całej galaktyki. Podobnie jak Time Force, In Space wygląda archaicznie, ale broni się scenariuszem, który po raz pierwszy w historii serialu zgotował widzom ciągłą, wielowątkową fabułę z wieloma zaskakującymi zwrotami i moralnie niejednoznacznymi postaciami. Absolutnie trzeba też powiedzieć o fenomenalnym, eksplodującym finale, który dla fanów Power Rangers jest do dziś praktycznie niedościgniony. To miało być zakończenie serialu – postarało się więc, by zejść ze sceny niepokonane.

Power Rangers Ninja Storm: Ze wszystkich wymienionych sezonów, ten nazwałabym najsłabszym, ale z jakiś powodów jest ukochany przez rzesze fanów, więc zakładam, że może się spodobać. Według mnie to luźna, czysto rozrywkowa historyjka, jeszcze bardziej wyluzowana niż powstały rok później Dino Thunder, którą ogląda się w miarę bezboleśnie głównie dzięki sympatycznym postaciom. Ninja Storm – tak, opowiadający o ninjach – wyróżnia się także świetnymi walkami cywilnymi i okazjonalnymi przebłyskami geniuszu i powinien być dobrą pozycją dla wszystkich, którzy potrafią przymknąć oko na komicznych złoczyńców, mentora w ciele świnki morskiej i dużą ilość „dude„, „chill” i „bro” w dialogach.

Z rzeczy naprawdę wartych obejrzenia, to tak naprawdę wszystko. Mam nadzieję, że zachęciłam Was do spróbowania i pomogłam w wyborze swojego pierwszego sezonu, ale jak macie jeszcze jakieś pytania, zawsze możecie mi je zadać tu, na Facebooku lub na Twitterze :)

  • atsumori

    eee no dobra a jest Zordon, wkurzajacy robot, kitowcy i Rita ? :D bo ja pamietam tylko taka wersje :D

    • Zordon, Alpha i Rita pojawiają się tylko w „Power Rangers in Space”, bo to fabularna kontynuacja MMPR (z czego Alphy jest najwięcej, a Rita i Zordon pełnią rolę postaci epizodycznych). W pozostałych sezonach nie ma żadnego z nich :)

      • atsumori

        kurde, jak ja Cie lubie :D
        spokojnie nie jestem psycho fanem, uwazam, ze to co robisz na swoim blogu jest fajne – nawet jesli nie moje zainteresowania z PR. Na codzien musisz byc bardzo fajna i pozytywna osoba ! Milego ogladania :)

  • Rany dzięki Twojej notce zdałam sobie sprawę, że oglądałam też Power Rangers S.P.D. i Time Force o czym kompletnie zapomniałam (nie pytaj) :) RPM w takim razie biorę w ciemno :)

  • Canary

    Witam! Bo chyba jeszcze się nie wypowiadałam przy żadnym ze wpisów :)
    Pod wpływem dwóch poprzednich tekstów o „Power Rangers” zaczęłam oglądać RPM i już prawie kończę. Nawet nie spodziewałam się, że przygody kolorowych wojowników mogą mnie ponownie wciągnąć (kiedyś oglądałam „Mistyczną Moc” i „Samurai” w telewizji, reszta mnie jakoś ominęła, choć pamiętam jakieś starsze serie z Polsatu). Wprawdzie kiczu dużo, a walki Zordów czasem nużą (i to niemożebnie xD), ale z serialem pozostaje się dla świetnych, sympatycznych postaci i rozwijających się relacji między nimi. Genialny jest również humor. Twórcy musieli mieć dużo dystansu do siebie i do całej marki. Najbardziej chyba podobały mi się odcinki z retrospekcjami, które przybliżyły historie poszczególnych bohaterów i pozwoliły poznać głębiej ich motywacje. Wciąż nie mogę się zdecydować kto jest moim ulubieńcem. Mam duży dylemat między Ziggym, a Flynnem. Poza tym do gustu przypadła mi również znakomita Dr K. :P Z wymienionych wyżej sezonów zainteresowało mnie „Time Force” (podróże w czasie <3) i "Jungle Fury" (wschodnie sztuki walki!). Może rzucę okiem, jak znajdę czas. Pomocny wpis ;)
    I mam pytanie właśnie odnośnie dwóch wcześniej wymienionych przeze mnie serii – "Mistycznej Mocy" i "Samurai". Co o nich sądzisz, jeśli je widziałaś rzecz jasna? ;)

    • Ach! Neofitka!

    • Nieźle trafiłaś – „Samuraia” skończyłam oglądać dokładnie dzisiaj, „Mystic Force” też mam już zaliczone. I no cóż, na pewno nie wyliczę ich wśród swoich ulubionych, ale choć mają kilka zalet, nie polecałabym ich osobom nie oszalałym na punkcie oglądania wszystkiego, co zostało nakręcone pod tytułem „Power Rangers”.

      „Mystic Force” ma przede wszystkim strasznie ciekawy koncept – magia zamiast technologii – ale cały sezon cierpi na dość istotną przypadłość: skupia się na historiach praktycznie wszystkich postaci z wyjątkiem głównych bohaterów (poza, rzecz jasna, Nickiem). Nie jest to sezon oparty na relacjach w drużynie, a na wielkich historiach, w których ci bohaterowie biorą udział. I to mnie boli, bo w końcu bohaterowie zazwyczaj interesują mnie najbardziej.

      Natomiast „Samurai” jest, no cóż, dużym krokiem wstecz. Chwali mu się chęć przywołania atmosfery MMPR, ale nie aż takie cofnięcie się do lat 90-tych. Też ma fajnych bohaterów, ale tragicznie zagranych, też ma fajne pomysły, ale totalnie nielogiczne w kontekście miejsca akcji. Oglądając doszłam do wniosku, że jeśli tylko ktoś potrafi wyobrazić sobie, że to lepszy sezon niż jest rzeczywistości, to da się obejrzeć go nawet z przyjemnością ;)

      No a co do dylematu Ziggy vs Flynn, nie martw się: można kochać ich obu po równo! :D

  • Od siebie poleciłbym jeszcze odcinek Forever Red – absolutnie przewspaniały epizod na 10-lecie serialu, w którym spotyka się dziesięciu Czerwonych Rangerów. Jest w nim przecudowna scena, gdy pod sam koniec bohaterowie licytują się, który z nich był najlepszym Czerwonym Rangerem i nabijają się z fryzury Tommy’ego.

    http://www.youtube.com/watch?v=lcrODDm1T00

  • Pingback: Karnawał Blogowy #14 - Bobrownia()