Za nami kolejny – po fenomenalnym „Still” – cichy odcinek 4. sezonu The Walking Dead, mam więc nieodparte wrażenie, że w nadchodzących relacjach znajdę nie jedno, nie dwa, ale całą chmarę życzeń śmierci dla Beth. Życzeń, których ja nie umiem zaakceptować, ponieważ uważam Beth za jedną z najważniejszych postaci całego serialu – i dzisiaj to Wam udowodnię.

Na wstępie uprzedzam, że w tekście znajdą się spoilery, więc jeśli nie jesteście na bieżąco z serialem, możecie zepsuć sobie zabawę.

Jaki jest problem, wszyscy wiedzą: podczas gdy inni bohaterowie zajmują się zdobywaniem pożywienia, Beth pisze pamiętnik. Podczas gdy inni bohaterowie przedzierają się przez hordy szwendaczy, Beth śpiewa im później piosenkę. Podczas gdy inni ryzykują życiem w starciach z przeciwnikami, Beth siedzi w „domu” i zajmuje się dzieckiem. Krótko mówiąc, jest bezużyteczna, do niczego się nie nadaje, nie potrafi poradzić sobie sama, nie wnosi do grupy niczego wartościowego i jest w zasadzie tylko kulą u nogi bardziej kompetentnych i „ciekawszych” bohaterów. Najbardziej oberwało jej się oczywiście przy okazji „Still”, kiedy to jej pragnienie napicia się swojego pierwszego drinka stało się punktem zwrotnym i osią napędową fabuły. Czytając ten stos narzekań i ciągle widząc jedno i to samo „niech Beth pożrą wreszcie zombie”, zaczynam się jednak zastanawiać, czy ja zwyczajnie oglądam ten sam serial. Nie mogę bowiem oprzeć się wrażeniu, że ci wszyscy narzekający – być może wskutek „krwistego” tematu przewodniego – zapominają o całym szerszym kontekście. Bo oto w kontekście serialu o postapokalipsie zombie – o postapokalipsie, nie o zombie – Beth Greene reprezentuje życie. A o życie się w końcu całe The Walking Dead rozchodzi.

W pewnym sensie, nie dziwię się. Wśród tych wszystkich starć, przeciwności losu i niebezpieczeństw, w których co rusz lądują bohaterowie, o życiu można naprawdę zapomnieć. W takich sytuacjach liczą się emocje, liczy się napięcie, liczy się badassiarstwo w stawianiu czoła przeciwnikom – czy będą to nieumarli, czy będą to ludzie – liczą się ci najwytrwalsi, ci najlepsi, ci, którzy dzięki swemu sprytowi, zaradności i umiejętnościom w ostatnim momencie wychodzą cało z opresji. Wtedy przestaje mieć znaczenie sadzenie marchewek, karmienie świń, ozdabianie swojego „pokoju” rysunkami – wszystko, co bezpośrednio nie dotyczy naładowanego akcją, napięciem i adrenaliną przetrwania, traci wagę. „Źle” się to ogląda, toczy się za wolno, to nie ten serial, którego się oczekiwało, i tak dalej. Rozumiem to i w pewnym sensie naprawdę się nie dziwię. Nie zrozumiem jednak, dlaczego w tym całym oglądaniu zmagań bohaterów tak trudno jest czasem wejść w ich głowy i przez chwilę zastanowić się, dlaczego postępują tak, a nie inaczej.

A zatem skupmy się na Beth, koronnym przykładzie powszechnego niezrozumienia. Niewinnej naiwnej, młodej dziewczynie, której świat zwalił się na głowę tak mocno, że postanowiła sama się z nim pożegnać. Gdy w 2. sezonie ta niewinna, niedoświadczona młódka podcięła sobie żyły, nie chcąc stawać twarzą w twarz z końcem normalności, było to dla mnie uderzająco tragicznym komentarzem, że dla tego świata nie ma nadziei. Że skoro ci wrażliwi, delikatni i idealistyczni odmawiają mu dalszej satysfakcji, to czeka go jedynie moralna degeneracja, przeobrażenie w brutalne monstrum tylko dla najsilniejszych. Gdy jednak w 3. sezonie pojawiła się nowa Beth – ta, która przetrwała wbrew sobie, światu i innym – niemal drżałam w każdym momencie ciążącego nad nią zagrożenia. Nie chciałam stracić kontaktu z faktem, że się nie poddała, że postanowiła wytrwać i że przede wszystkim postanowiła nie poddawać się nigdy więcej. Ale nie tylko się nie poddawać – żyć. Uśmiechać się, śpiewać, odnajdywać radość w małych rzeczach, pokazywać, że w życiu nie chodzi tylko o bycie żywą, oddychającą istotą. Że potrafiła znaleźć w tej postapokaliptycznej rzeczywistości swój promyk słońca i trzymać się go tak kurczowo, żeby nigdy więcej go nie utracić.

I tak w 4. sezonie Beth ten swój promyk słońca zyskała, by zaraz znów go utracić. Pamiętacie moment, w którym, błąkając się z Darylem po ucieczce z więzienia, rozpala ogień używając kartek ze swojego pamiętnika? To była tak drobna, a zarazem tak mocna i niesamowicie wymowna scena, że w zasadzie bezbłędnie podsumowała całe The Walking Dead. Bohaterowie stracili swoich bliskich, swój dorobek, swoje poczucie bezpieczeństwa, tysiące nieistotnych z punktu widzenia czasu spraw, którymi teraz nie warto zaprzątać sobie głowy. Tak wiele wymaga od nich przetrwanie, że nie mogą pozwolić sobie nawet na zatrzymanie własnoręcznie zapisanych myśli. Rwąc kartki ze swojego pamiętnika – powiernika swoich marzeń i swej dziecięcej naiwności – Beth demonstruje jednak niesamowitą dojrzałość. Wie przecież, że pomiędzy głodem, zimnem czy śmiercią, sentyment nie stanowi żadnego wyboru. Ale to nie oznacza, że musi jednocześnie rezygnować ze swojej namiastki tego kurczowo trzymanego promyka. Bycie żywym nie oznacza jeszcze życia.

I tutaj dochodzimy do sedna sprawy: dlaczego tak ważnym było dla niej napicie się swojego pierwszego drinka akurat wtedy, w środku zamieszkałego przez szwendaczy lasu, tuż po krwawej masakrze, utracie ojca, gwałtownym pożegnaniu z bliskimi? Ponieważ Beth wierzy. Wierzy, że świat po zagładzie nie oznacza jeszcze końca, wierzy, że wciąż można mieć cel, że wciąż można chcieć, pragnąć i marzyć. W jej upartym „smarkatym” geście dostrzegam bunt – przeciwko apatii zrezygnowanego Daryla, przeciwko utracie domu, przeciwko tragicznej śmierci ojca. Napicie się jest tak samo celem, jak i symbolem – jej próbą oddania hołdu ojcu (niczym innym, jak wypiciem za jego pamięć), protestem wobec podłości tego świata (straciła jedyną osobę, która mogła jej tego zabronić, więc teraz może być wolna w podejmowaniu własnych decyzji) oraz manifestem życia. Z punktu widzenia doświadczonego survivalisty, mogło wydać się to głupie, szczeniackie, nieodpowiedzialne – ale dla Beth miało znaczenieWybierz spośród najpopularniejszych tagów, ponieważ dało jej namiastkę normalności, odrobinę kontroli, zwykłą, niczym nie skrępowaną radość.

Właśnie to znaczenie – znaczenie, jakie wnosi do serialu cała postać Beth – uważam za niezwykle w The Walking Dead ważne. To Beth oraz postawa, jaką reprezentuje, dźwigają na swych barkach komentarz, że w postapokalipsie nie liczy się tylko przetrwanie – coś, o czym z odcinka na odcinek i ze sceny akcji na scenę akcji można bardzo łatwo zapomnieć. To dlatego te ostatnie odcinki, w których pozornie nic się nie dzieje, są tak przejmujące – bo pokazują nam ludzką stronę bohaterów. Nie ich badassiarstwo, nie ich działania, nie ich niezachwianą pewność w obliczu niebezpieczeństwa, ale ich obawy, ich pragnienia, ich własne drobne potrzeby: towarzystwa, zabawy, zrobienia chociaż raz czegoś for the hell of it. To w końcu najzwyklejsze na świecie ludzkie odruchy, a przecież nie chcemy oglądać w serialu papierowych postaci?

I oczywiście, naiwność Beth jest skrajna i boli mnie, że lada moment dziewczyna na pewno boleśnie się o tym przekona. Nie chcę, żeby straciła ten swój promyk, bo nie chcę, by znikła z The Walking Dead nadzieja, jaką symbolizuje. Ale czy tylko jedna Beth chce patrzeć na świat przez kolorowe okulary? Jakże podobnym podejściem wykazuje się przecież Maggie – pragnąca założyć rodzinę i wieść życie nie napędzane strachem. Czym różnią się od tego niezdarne próby Michonne, by pocieszyć skołowanego Carla? Dlaczego Glenn z takim uporem brnie do przodu? Jeśli o mnie chodzi, na wszystkie te pytania jest jedna i ta sama odpowiedź.

Ale wiecie, co jest w Beth najciekawsze? Że ona sama zdaje sobie sprawę z własnych słabości, a mimo wszystko świadomie wybiera, by wierzyć. Moment, w którym bez mrugnięcia okiem, jakby była to najzwyklejsza rzecz na świecie, opowiada Darylowi o własnej śmierci, niemal złamał mi serce (i najprawdopodobniej jeszcze złamie). Słyszeć to naiwne dziewczę z takim spokojem mówiące o własnym końcu? To chyba najgorsza – i najlepsza – rzecz, jaką The Walking Dead kiedykolwiek zrobił.

  • Jak ja się tu z Tobą nie zgadzam ^^

    Nie mam problemu z Beth jako najbardziej nieprzystosowaną i niezaradną bohaterką, dostrzegam cały urok i potencjał tej kreacji. Mój problem polega na tym, że ten potencjał nigdy nie został w pełni wykorzystany.

    Powiedzmy sobie szczerze, Beth nigdy nie dostała zupełnie własnego, samodzielnego storyline’u. Stała się takim fabularnym przynieś-podaj-pozamiataj. Największym punktem zwrotnym jest próba samobójstwa, tyle, że cały wątek koncentruje się raczej na Andreii i Lori rozważającej aborcję. Nie przypominam sobie ani jednego szczególnie ważnego zdarzenia z jej udziałem z sezonu trzeciego, popraw mnie, jeśli się mylę. W pierwszej połowie czwartego jest bierna i zrezygnowana, nie widzę jej tu w roli promyczka nadziei. Nie opłakuje zmarłych, bo nie warto, bo wie, że zaraz odejdą kolejne osoby. Powtarza w kółko „wszyscy mamy swoje zadania, wszyscy mamy swoje zadania” ale dla mnie nie było w tym zbyt wiele wiary w przyszłość, wyglądało to raczej na bezmyślne działanie na automacie, znów – rezygnacja. Zero refleksji. Stanowiła za to świetne tło dla pełnej życia Maggie, która nie zamierzała się poddawać, nie chciała wpaść w rutynę wstań-oddychaj-przebrnij przez kolejny dzień-powtórz. Teraz mamy drugą połówkę, w której Daryl znajduje się dokładnie w tej samej pozycji, stracił całą nadzieję i popadł w kompletną bierność. I co się dzieje z Beth? Nagle przepełnia ją wiara i motywacja. Serio?…

    Być może jest to wina zbyt częstych przegrupowań wśród scenarzystów i tego, że każdy ma inną wizję na Beth, nie mam pojęcia. Do tego gra Emily Kinney, która nie wadziła jakoś szczególnie kiedy stała sobie gdzieś z boku. Ale kiedy spadł na nią ciężar podźwignięcia 40 minut historii opartej wyłącznie na rozwoju postaci? Nie kupuję tego, wydaje mi się strasznie nijaka i nieprzekonująca.

    I nie, nie wydaje mi się, by Beth symbolizująca życie, wrażliwość, cokolwiek była szczególnie istotna dla historii. Bo dokładnie to samo symbolizują Glenn i Maggie, którzy nie boją się żyć, czy Judith. I tę samą wrażliwość i bezradność widać w Carlu tracącym grunt pod nogami. I jeśli ją odstrzelą w tym sezonie – naprawdę, nie odczuję jej braku.

    • Amen to that! :D
      Do tego Beth jest strasznie irytującą smarkulą, która najprawdopodobniej że nie wie co się dookoła dzieje. Nadal nie mogę wyrzucić z pamięci jej zeszłoodcinkowego wspaniałego pomysłu „Najebmy się, spalmy tą względnie bezpieczną chałupę i chodźmy napruci w las. Nocą”. Srsly?! o_O

      • To akurat było jak najbardziej na miejscu. Przecież byli pijani mogli podejmować irracjonalne decyzje. Już mniejsza z tym, że po takiej ilości bimbru nie powinni dać rady mówić ;) Mi się spalenie domku podobało z tego powodu, że to było symboliczne odcięcie się od przeszłości przez Daryla. Koniec z apatią i wyznaczenie sobie nowego celu. Sam quest po alkohol odebrałem trochę inaczej. Było to postawienie sobie jakiegoś zadania by jej życie miało jakiś cel. Nie chodziło o chęć odnalezienia samej siebie i wejścia w samodzielność, a raczej wypełnienie czymś życia, znalezienia sobie czegoś do roboty by zapełnić pustkę. Dlatego gdy znalazła sznapsa rozpłakała się nie próbując go, bała się kończyć kolejny etap.
        Też mam trochę problem z Beth jako promykiem nadziei w tym świecie. Ona się do niego przystosowała i w nim odnalazła. Opiekowała się dziećmi bo mogło w ten sposób pomóc innym. Doskonale przy tym zdawała sobie sprawę w jakim brutalnym świecie żyję. Na początku sezonu to ona odliczała kolejne dni bez wypadku, a potem po śmierci chłopaka, który do niej podbijał bez większych emocji przyjęła jego zejścia i wyzerowała licznik. I dlatego tak ją lubię – bo umiała się przystosować mimo własnych ułomności i stała się użyteczna.

        @Owca to, że Beth nie dostała własnej historii nie jest problemem, przecież w rzeczywistości po apokalipsie muszą się znaleźć nawet przeciętne jednostki, bez większych aspiracji. Ja dlatego tak bardzo żałuje śmierci T-Doga. Dlatego właśnie, że był strasznie nijaki i nie ważny, przeżył tyle istotnych postaci, że myślałem, że ta postać to żart scenarzystów i przetrwa wszystkich ;)

        • Notorycznie podejmują irracjonalne decyzje. Co do alko, to zwłaszcza Beth, która nigdy wcześniej nie piła -_-”
          Ależ ja rozumiem ten symbolizm odcięcia się od przeszłości, ale nie przeszkadza Ci to, że zostało to dość brutalnie na nim wymuszone przez Beth? I tak, mamy zombie postapo (chyba już czwarty rok w serialowym uniwersum), wszyscy przyjaciele i bliscy się rozpierzchli we wszystkie strony a ta dwójka nie ma nic lepszego do roboty, żadnego sensownego pomysłu więc zdecydowali się na szukanie wysokoprocentowych trunków, Poważnie?!
          Nie rozumiem jak dla Ciebie wycofanie się i zamknięcie w czterech ścianach z cudzym dzieckiem jest przystosowaniem się do otaczającej rzeczywistości, serio :P
          Czytając Twój opis Beth z czasów więzienia tym bardziej nie rozumiem tej nagłej przemiany w „skowronka nadziei”.
          BTW I Beth i Maggie dostają tytuł Sióstr Roku. Z obu stron zero zainteresowania. Jedna ma tylko „oh, Deryl…” a druga „Gleeeeeeen!”. Co z tego, że kilka dni wcześniej zdekapitowano im ojca.

          • No a nie wiem, Paweł, powiedz, miałeś kiedyś jakiś Strasznie Ważny Egzamin, do którego powinieneś zakuwać dniami i nocami i o niczym innym nie myśleć, jak o tym egzaminie – i w pewnym momencie stwierdzić, że to olewasz, bo chcesz się w danym momencie zwyczajnie i w świętym spokoju napić piwa? ;)

            • Jeżeli to metafora to jej nie kumam, a jeśli to odpowiedź na to co napisałem o „genialnym” szukaniu alkoholu, to sorry, ale mając na uwadze okoliczności w jakich się znajdują to pierwsze co bym robił to szukał pogubionej ekipy/przyjaciół/rodziny/co-tam-zostało a następnie względnie bezpiecznego schronienia, a dopiero później pozwoliłbym sobie na kolejkę czy dwie. No i Aeth, przede wszystkim – poszukiwanie melanżu znajdując się w lesie wypełnionym zombiakami, mając na wyposażeniu jedynie kuszę z kilkoma strzałami, dwa noże i plecak kosmetyków…?

              • Ale czy Ty naprawdę uważasz, że Beth chciała napić się drinka po to, żeby się upić? Rozumiem, że można jej nie lubić, ale wydaje mi się, że zupełnie jej nie doceniasz – albo chociaż trochę, chociaż odrobinkę.

                Dopiero co straciła ojca – czy ma siedzieć i płakać i dać się pożreć, bo jest taka biedna? Co dzieje się z człowiekiem po utracie bliskiej osoby? Zapomina o stracie i udaje, że wszystko jest w porządku? Nie, musi odreagować, musi się pogodzić, musi to wszystko na swój własny sposób przetrawić. Może poszukiwanie drinka wydaje się strasznie małostkowe i głupie, ale raz, Beth nie jest wcale taka bezbronna, dwa, nie groziło im bezpośrednie zagrożenie, trzy, musiała dać jakiegoś kopa Darylowi, żeby się wreszcie otrząsnął – i cztery, napicie się było dla niej ważne i tyle (wyjaśniłam w tekście, dlaczego).

                Nie wiem, czy sama w podobnej sytuacji przejmowałabym się takimi głupotami, ale dopóki pasuje mi to do charakteru postaci i ma sens z JEJ punktu widzenia, to ja nie mam z tym żadnego problemu. Wręcz uważam, że postać ma do tego pełne prawo.

                A metafora miała oznaczać, że nie da się ciągle i na 100% myśleć tylko o jednym – człowiek potrzebuje jakoś to ciągłe myślenie odreagowywać.

                • Problem rozwiązany – nie czuję jej postaci, nie rozumiem jej i jest dla mnie oderwania od rzeczywistości, nawet tej naiwnej serialowej. Nie potrafię przez to jej lubić. Dla mnie Maggie jest dobrym przykładem na to jak powinna się zachowywać w tej sytuacji .
                  Co do metafory to ok, rozumiem ale ich obecna sytuacja wymaga tego! I albo rób coś sensownego by przeżyć a później rozpaczać nad straconym, albo załam się, zrezygnuj ze wszystkich i wszystkiego i daj się zeżreć.

                  • Spalenie chałupki po pijaku rzeczywiście było skrajnie durne (pomińmy nieszczęsny metabolizm, bo to faktycznie strzał w stopę :P), ale szczerze, przymykam na to oko, bo damn, ta scena była epicka. Generalnie miałam z tego odcinka więcej frajdy, niż powinnam ^^
                    Co do szukania alko, IMO głównym celem Beth było zmuszenie Daryla do podjęcia jakiegokolwiek działania, wyznaczenie osiągalnego celu, takie malutkie zwycięstwo, przynajmniej początkowo.

                    @Czesiek_PL To, że Beth nie dostała własnej historii jest właśnie źródłem wszystkich problemów. Niech sobie będzie przeciętna, ale niech jej przeciętność będzie jakoś zarysowana. Bo w tym właśnie rzecz, że Beth to taki twór kompletnie pozbawiony konturu.

    • Podobnie jak Cześkowi, mnie też zupełnie nie przeszkadza nie wykorzystywanie potencjału Beth. To, że do tej pory przewijała się na drugim planie nie oznacza, że jej wartość dla grupy była mała, a to, że w 4. sezonie wyszła na pierwszy plan tylko potwierdza, że ma w sobie potencjał. Fakt, że mogła być prowadzona niekonsekwentnie mogę z zupełnością wybaczyć biorąc pod uwagę, jak bardzo podoba mi się jej „impact” teraz.

      Co do tego, że „opłakuje zmarłych, bo nie warto, bo wie, że zaraz odejdą kolejne osoby” – wie, ale też docenia czas, jaki z nimi spędziła. Sama to mówi. Poza tym widać dokładnie, że Beth nie jest ślepa na otaczającą ją rzeczywistość, ale zawsze potrafi znaleźć w niej coś dobrego, coś wartego uwagi.

      „Powtarza w kółko „wszyscy mamy swoje zadania, wszyscy mamy swoje zadania” ale dla mnie nie było w tym zbyt wiele wiary w przyszłość, wyglądało to raczej na bezmyślne działanie na automacie, znów – rezygnacja.” – biorąc pod uwagę, że w więzieniu panowała wtedy epidemia i życie jej ojca wisiało na włosku, nie była to dla mnie bezmyślna rezygnacja, ale kurczowe trzymanie się czegoś, żeby nie zwariować z żalu i smutku (w tym przypadku pocieszały ją słowa ojca, o którego życie drżała).

      „Nagle przepełnia ją wiara i motywacja. Serio?…” – nie uważam, że nagle – po prostu rezygnacja Daryla stała się katalizatorem, by Beth wreszcie przejęła kontrolę (chociażby dlatego, że nie było wokół nikogo innego, kto mógł to zrobić, a Beth nie chciała błąkać się bez celu).

      • Tak, ale nie mówimy o wartości dla grupy, a o wartości dla fabuły. A do tej niewiele wniosła na przestrzeni trzech sezonów.

        też docenia czas, jaki z nimi spędziła
        Ale nastawienie „ciesz się póki możesz, zaraz przepadnie” nie jest przejawem optymizmu. Niby wchodziła z ludźmi w jakieś bliższe relacje, ale nie wydaje mi się, by wkładała w nie serce, tak jak pozostali. Nie płakała po swoim chłopaku, bo nie była ani trochę zaangażowana, nie szukała w tej sytuacji niczego dobrego, żadnej pozytywnej myśli, której mogłaby się trzymać, bo już dawno się poddała.

        Łapię Twoją wizję, naprawdę ma sens. Rzecz w tym, że cokolwiek by się z Beth nie działo, nigdy nam tego nie pokazano na ekranie i nieważne, z jak wielkim przymrużeniem na tę postać patrzę, widzę tylko dodatek do main hero danego wątku. Teraz wysunęła się na pierwszy plan, po co? Żeby dźgać Daryla patykiem i posuwać akcję do przodu, mniejsza o spójność jej charakteru. I wracamy do zmarnowanego potencjału.

  • Qzin

    A ja się nie zgodzę, nie patrzyłem na nią co prawda w ten sposób, ale uważam, że beznadziejne w podróży po alkohol było zachowanie Daryla. Gość totalnie nie pasował, zamiast ją zjechać z góry na dół, że taki pomysł to samobójstwo i ew. znaleźć jej odrobinę bimbru jako prezent niespodziankę, postanowił jej towarzyszyć w totalnie nieistotnym queście.

    W komiksie podobało mi się rozwiązanie: „Spalili nam więzienie, dokąd mogła udać się reszta tych co przeżyli? Może z porwotem na farmę? To chyba jedyne miejsce, które znamy wszyscy.”

    Miało jakiś sens. Tutaj, prowadzą fabułę zupełnie inaczej… Openingu w którym był Glen i Daryl kompletnie nie ogarnąłem. To była retrospekcja, a czarnoskóry to Bob czy futurospekcja z nowym bohaterem?

    • To była retrospekcja pokazująca, jak wyglądało życie Boba tuż przed przyłączeniem się do grupy z więzienia. Że był wtedy sam (do czego nawiązuje tytuł odcinka – „Alone”), co pięknie kontrastuje potem dalsza część odcinka – w teraźniejszości – kiedy cieszy się, że sam już nie jest. Ogarniaj :>

      A co do Daryla – wg mnie to była świetna rzecz pokazać, jaki był Daryl wtedy i jaki jest Daryl teraz. Daryl teraz jest wrażliwy, opiekuńczy i mu zależy (stąd udział w queście Beth), Daryl wtedy był bezużytecznym dupkiem, który dał się poniewierać życiu (stąd alkoholowy rant). Nawet w czasie postapokalipsy nie można być zawsze i w każdych okolicznościach na baczność, bo się wtedy zwariuje.

  • Ja również się z Tobą nie zgadzam i wciąż życzę Beth śmierci w męczarniach.

    Nie widzę w niej promyczka nadziei. Widzę jakąś schizofreniczną postać błąkającą się po obrzeżach fabuły. Jakiś taki maksymalnie sztuczny twór, stworzony maksymalnie na odwal, żeby wmurować go w fabułę jak klocek. Kiedy scenarzystom wygodnie, Beth jest załamana nowym światem (próba samobójstwa), kiedy potrzeba jest w miarę optymistyczna (śpiewanie w więzieniu), kiedy pasuje jest zrezygnowana i pogodzona z losem (odliczanie dni od wypadku, reakcja na śmierć jej „chłopaka”), a kiedy nie ma innych pomysłów to staje się najbardziej naiwnym stworzeniem jakie nosiła ta planeta. Beth nie można nawet podpiąć pod miotającą się ze skrajności w skrajność załamaną wariatkę, bo jest zwyczajnie zbyt bezpłciowa.Tu nie ma ewolucji charakteru, nie ma hartowania postaci. Ba, nie ma nawet konsekwencji! Powiesz, że to przez to, że show ma kilkunastu scenarzystów i każdy szarpie Beth w swoją stronę. Tylko, że mnie jako widza, który ogląda serial, zupełnie to nie obchodzi.

    Idąc jeszcze dalej, rozumiem nadzieję i życie. Naprawdę. Ale na litość boską! To jest apokalipsa! Coś się skończyło, świat nigdy nie będzie taki sam. I o ile jak najbardziej rozumiem chęć dodania do swojego życia jakiejś wartości poza oddychaniem, o tyle nie rozumiem tak totalnego nie przystosowania się we wrogim środowisku. Wystarczy poczytać wspomnienia ofiar wojny czy katastrof, by boleśnie uświadomić sobie, że durnowate, szczeniackie widzimisię z alkoholem to sytuacja, która najzwyczajniej w świecie nie mogłaby mieć miejsca tyle czasu po katastrofie. To świat, który zdążył okrzepnąć, w którym patrzyło się na śmierć bliskich, w którym nikogo nie dziwi, że statystycznie prędzej zeżre mnie zombie niż przejedzie samochód. A mimo wszystko mamy taką Beth, która musi się nawalić, bo sczeźnie, taką Beth, która w środku nocy idzie w las „bo tak”. Jasne, nie każdy jest Darylem, ale na litość boską, ten kto nim nie jest, przeżył tak długo dlatego, że zdawał sobie sprawę z własnych słabości! Że trzymał z silniejszymi! Że nie wychylał się i nie ryzykował! Że wszystko potrafił sobie przemyśleć! A nie takie: „urabura, mam naście lat, od dwóch lat żyję w świecie pełnym zombie, ale mam to w nosie”. Dla mnie Beth to jasne i wymowne przypomnienie o tym jak umowny jest to serial.

    Mówisz, że „TWD” potrzebuje promyczka nadziei. Nie potrzebuje, bo już go ma. Maggie, Glenna, Carla… To wszystko postaci dużo lepiej, konsekwentniej, logiczniej napisane niż Beth. I pewnie dlatego nie zbierają na siebie tyle hejtu :p

    • No tak, ale trochę mieszasz chronologię – gdyby Beth była miotana na wszystkie strony, tak jak piszesz, to te wszystkie rzeczy zdarzyłyby się na przestrzeni jednego sezonu, a nie trzech. Ja widzę w niej rozwój, widzę w niej zmiany, widzę w niej świadomość świata, w jakim żyje właśnie dzięki temu, co przez te trzy sezony przeżyła. Dzisiejsza Beth to nie ta sama Beth, która podcięła sobie żyły.

      No i ona wcale nie poszła w las, „bo tak”. Kurcze, pisałam, dlaczego ten drink był dla niej tak ważny (nawet przed chwilą w odpowiedzi Pawłowi), więc po prostu nie rozumiem, dlaczego wciąż jest to dla Was takie nic. Beth nie ma postapokalipsy w nosie, wręcz przeciwnie.

      To świat, który zdążył okrzepnąć, w którym patrzyło się na śmierć bliskich, w którym nikogo nie dziwi, że statystycznie prędzej zeżre mnie zombie niż przejedzie samochód. A mimo wszystko mamy taką Beth, która musi się nawalić, bo sczeźnie” – mówiąc krótko, i właśnie dlatego, że świat jest tak brutalny, Beth potrzebowała się napić, zrobić coś innego, odreagować.

      • Oczywiście, że Beth nie jest typem postaci, która się miota. Jest typem postaci, która łazi w kółko. Wciąż i na nowo wraca do tego samego, bo scenarzystom jest tak wygodnie. I przepraszam Aeth, ale wytłumacz mi ciąg przyczynowo skutkowy: Beth-realistka (ot śmierć się zdarza, nawet mojego chłopaka)–>śmierć Hershela,upadek więzienia –> Beth-Złote-Dziecko-Promyczek-Nasz-Jeden. No kurde, jak?! Jeszcze nawet bym to łyknęła gdyby to była postać bardziej doświadczona, ale nastolatka?!

        W las w środku nocy poszła podczas sceny przy ognisku w odcinku „Inmates” niby tropić (po ciemku). To już jest po prostu skrajna durnota.

        Rozumiem, chęć odreagowania, naprawdę. Zasłużyła. Ale naprawdę nie widzisz różnicy pomiędzy „chcę się napić, ale nie będę narażać życia, znajdę gorzałę to się napiję, niech Daryl stoi na straży” od „chodźmy się nawalić, jak padniemy po drodze to przynajmniej w słusznym celu”? O pierwszym piszesz, a drugie pokazano nam w serialu.

  • róża

    odrobina racji jest ale przesadzasz. Ona jest taka i taka i taka i taka? Daj spokój! Najważniejszym bohaterem raczej nie jest. Tak wogule nie martw się co do niej, bo w piątym sezonie przeżyje.

    • Nie musi być bohaterem ważnym, żeby być bohaterem wartościowym. A dla mnie Beth ma wielką wartość i bardzo bym nie chciała, żeby musiała pożegnać się z tym serialem.

  • róża

    paweł bojarski ma dużo racji! To co ona powiedziała mądre nie było…