Funny story: pamiętacie, jak strasznie wyżywałam się na pilocie The Last Ship, tego serialu o ostatkach amerykańskiej marynarki wojennej poszukującej lekarstwa na śmiertelnego wirusa? Oczywiście miałam rację, jego pilot jest wciąż totalnie beznadziejny – ale jakże zakochałam się w nim już w drugim odcinku. Po finale 1. sezonu mogę zakrzyczeć jedno: dajcie mi więcej!

Funnier still, w zachwycie nad ostatnim okrętem nie jestem wcale sama – na Twitterze szybko wyłoniła się grupa entuzjastów napuszonych dialogów, niedorzecznych pomysłów i praworządnych amerykańskich żołnierzy (nie zapominając o efektownych wybuchach na tle powiewającej flagi Stanów Zjednoczonych… czy jakoś tak), więc wyobraźcie sobie, jak fajnie minęło nam te 10 tygodni. Niestety wszystko, co dobre, musi się kiedyś skończyć, ale w oczekiwaniu na kolejny sezon nie pozostanę w promowaniu wędrówki Nathana Jamesa bezczynna – i wierzcie mi, że zrobię to z prawdziwą przyjemnością. To mówiąc, dedykuję wpis Kasi Koczułap, mojej fellow-fance najlepszej postaci w tym serialu, która bardzo słusznie domaga się tego tekstu!

Zacznijmy od tego, że od czasu pilota The Last Ship nie zrobił się nagle dobrym serialem. Nie znikły perfekcyjnie przeprowadzane za jednym razem akcje, za dialogi nie zabrał się Joss Whedon, fabuła nie nabrała głębokiego i poważnego sensu, którzy aktorzy mogliby wypełnić ładunkiem dojrzałych emocji. Pilotowi brakowało nawet wstępu do czegoś emocjonalnego, nawet jak na serial akcji. Ale jak to zwykle mawiam, serial nie musi być wcale dobry, żeby był fajny. Tymczasem właśnie taki zrobił się The Last Ship w momencie zawitania do Guantanamo po paliwo i zapasy, a przy okazji rozprawienia się z panoszącym się tam gangiem oportunistycznych opryszków. Skupienie fabuły na pojedynczym wątku – w przeciwieństwie do tych dziesięciu naraz z pilota – było pierwszym sygnałem, że oto dzieje się jakiś serialowy cud. Ale gdy później okazało się, że wow, w tym odcinku naprawdę buduje się jakieś napięcie, wow, ten kapitan wcale nie gra tak sztywno i beznadziejnie, jak mi się wydawało, wow, tu się dzieją naprawdę fajne rzeczy, wow, ten fajowy koleś w ciemnych okularach wcale nie zginie 5 minut od pojawienia się na ekranie – ni stąd, ni zowąd nagle stwierdziłam, że, pardon my French, zajebiście mi się to podoba. Gdy chwilę później kapitan skwitował swoją podbramkową sytuację najbardziej pasującym tekstem na świecie, a w tle rozległa się sygnaturowa eksplozja na cały ekran, zrozumiałam, że popłynę z The Last Ship gdzie tylko mnie skieruje.

Bo nagle – ale tak naprawdę jak królik z kapelusza – lekka konwencja serialu o amerykańskich marines (lekka, bo znacznie znacznie mniej dramatyczna niż pechowe Last Resort) oraz pretekst do wywoływania emocji w postaci siejącego zniszczenie wirusa zaczęły wreszcie współpracować. Serial jakby sam z siebie przestał się przejmować, że bohaterowie potracili rodziny, przyjaciół i domy, a w zamian w dużej mierze skupił się na pokazaniu trudnej wędrówki okrętu, przez bawienie się w kotka i myszkę z rosyjskim konkurentem, ucinanie nosa samozwańczym dyktatorom, czy kreatywne rozwiązywanie krytycznych problemów. Motywem przewodnim pozostało oczywiście wynalezienie lekarstwa, które z kolei całkiem zgrabnie udało się scenarzystom rozprowadzić jako klej fabularny (#wyrabiamsięwmetaforach), ale serial spuścił z górnolotnego tonu osobistych tragedii na tyle, że spokojnie dało się poświęcić mu uwagę gdzie indziej. Ok, te chwile z motywacyjnymi przemowami o odpowiedzialności, kontynuowaniu misji, ratowaniu świata i trzymaniu się razem, bla bla bla, to nierozerwalny element przyjętej konwencji i nie da się od niego uciec, ale słowo daję, serial naprawdę nieźle potrafi odwracać uwagę od swoich słabości.

Weźmy na przykład chwile zajebistości. Chwile zajebistości to takie wyjątkowe momenty, w których postać dotychczas nijaka pokazuje pazura w stylu, o jakim się nam się śniło. Taki moment miał w The Last Ship Adam Baldwin i jego drugi oficer Slattery, który w poprzednim życiu okazał się być detektywem i prawdziwym stylu złego gliniarza wziął na spytki okrętowego szpiega. Szpieg prawie posikał się w majtki ze strachu, ja prawie posikałam się w majtki z radochy, takież to było zabawne.

Całkiem sporą ilością momentów zajebistości – o dziwo dla mnie – wykazał się też kapitan, który żwawo pogrywał sobie z przeciwnikami, beznamiętną miną wyrażając największe suchary amerykańskiego kina akcji. Gdzie indziej The Last Ship naprawdę fajnie wykorzystał całą paletę postaci trzecioplanowych, których nazwisk nie sposób zapamiętać, ale gdy raz po raz ratują załodze tyłki, nie sposób o nich zapomnieć. Jednak największą gwiazdą serialu nie okazała się wcale Rhona Mitra, która nadała nadętej doktor Scott całkiem sporo charakteru, ale postać, której w żadnych premierowych opisach w ogóle nie było. Nikt więc, ze mną na czele, nie spodziewał się, że jeden luzacki najemnik o wyglądzie zarośniętego pustelnika zrobi temu serialowi lepiej niż największy wybuch z najlepszym punchlinem. Grany przez Johna Pypera-Fergusona Tex lepiej niech dostanie w 2. sezonie miejsce w stałej obsadzie, bo żadna postać w The Last Ship nie zdobyła nawet połowy sympatii widzów niż jego niepoważny, wiecznie żartujący profesjonalista po czterdziestce. I to Wam powiem nie tylko ja. Wygląda to tak, że wystarczy wpisać Texa do jakiejkolwiek sceny z jakąkolwiek postacią, nieważne jak sztywną i sztampową, i już jest impreza. Słowo. Najlepsze interakcje ma naturalnie ze stanowczym i opanowanym kapitanem – bromance jak się patrzy – ale zaskakująco silna chemia wytworzyła się pomiędzy nim a panią doktor. Jego flirciarska natura, ale i szczere intencje pogłębiły moją sympatię do Texa tak bardzo, że absolutnie nie wyobrażam sobie, by miało go w tym serialu zabraknąć.

Z innych zalet, The Last Ship jest tak rozkosznie przewidywalny, prowadzony po tak prostym sznurku, że z każdego odcinka można by robić sobie drinking game. To aż niesamowite, że nowoczesna produkcja z 2014 roku ucieka się do oklepanych i ogranych na dziesiątą stronę chwytów, ale z drugiej strony, ileż wtedy frajdy w zgadywaniu wydarzeń. Jest w tym jakaś perwersyjna przyjemność wytykać serialowi błędy i jednocześnie klepać je kumpelsko po ramieniu. W pewnych kręgach podejdzie to pod kategorię „tak zły, że aż dobry” – i pewnie wcale nie będzie to dalekie od prawdy. Przy czym mnie najbardziej bawi chyba to, że The Last Ship okazał tak prosty i mało skomplikowany, że relaksujący, a wręcz odświeżający. Włączam odcinek i wiem, że niczym nie muszę się przejmować. Idealna rzecz na lato i ewidentny znak, że twórcy jednak wiedzieli, co robią.

Aczkolwiek trzeba też dodać, że finałowy odcinek – choć tak samo przewidywalny jak wszystkie inne – dodał serialowi odrobinę głębszej warstwy, a w dodatku zostawił bohaterów w ciekawej, mocno cliffhangerowej sytuacji. Była to pewna niespodzianka, jeśli nie w wątku samym w sobie, to w sposobie jego przedstawienia, więc o ile nie spodziewam się nagłego odbicia w kierunku politycznych thrillerów i walk o władzę, to przynajmniej mam pewność, że napięcia powinno tam być co najmniej dwa razy więcej. A o dziwo, pomimo prowadzenia fabuły za rączkę, dobrze rozegranego napięcia przez cały sezon wcale nie brakowało.

I tak to w skrócie właśnie wygląda: The Last Ship to fajny serial rozrywkowy i tak naprawdę nic więcej. Ani to dobra historia wirusowa, ani przesadnie ciekawa wizja końca świata, zdecydowanie żaden popis aktorstwa, ale kurcze, coś w nim jest. Pełnia tradycji amerykańskiego kina akcji? Brzmiące znajomo one-linery? Kilka interesujących gęb w mundurach? Rzecz jasna, profesjonalna realizacja to kolejna cegiełka, bo serial jest naprawdę ładny – jeśli lubi się sterylne laboratoria i ciasne korytarze niszczycieli (ja! ja!) – a do tego jak zobaczycie kilka ujęć pływania, to też powinny Wam się spodobać. Ja tam uwielbiam tą totalną, odmóżdżającą przewidywalność, Texa, statek i kurcze, sceny akcji. Bo są fajne. Tak jak cały The Last Ship. Dajcie szansę.

  • Kasia Koczułap

    Yay, super tekst! Zgadzam się w 100%. To jest doskonały serial na lato i to jest doskonały umilacz czasu. Oczywiście Tex jest najlepszą postać i po prostu piszczałam za każdym razem,, gdy był na ekranie. Ale lubię ich wszystkich, łącznie z napompowaną Rachel. Te wybuchy, patos, suche jak wiór onelinery, to wszystko wpisuje się w Michaela Baya i jego konwencję i to wszystko jest tak świetnie zbilansowane, że chyba tylko ostatnie marudery, nie potrafią się na tym serialu dobrze bawić.

    Dzięki raz jeszcze za dedykację! :*

  • Jestem po czwartym odcinku, więc nie mogę się jeszcze odnieść do tekstu. Ostatnio zaczęłam oglądać The Good Wife, przez co śledzę na bieżąco tylko kilka seriali i Last Ship czeka w kolejce na lepsze czasy – tylko nie wiem czy nadejdą, bo niedługo jesienne premiery! Chociaż po tym wpisie trochę przesunął się na liście w górę :)

  • Tores-

    Mój mąż twierdzi, że to jest po prostu kolejna część Star Treka, i dlatego to uwielbia.

  • Pingback: Linkomyśl-odsiewnia: wrzesień 2014 (1#) | Myśli wolno płynące()

  • Nadgoniłam. O rety! Co tam się porobiło :O

  • Ziemek Borowski

    „gangiem oportunistycznych opryszków”? Aż go obejrzę…